Co do tego, co Idzik zapytał wcześniej o przesunięcie - ja chyba rozumiem teraz co miał na myśli. Zostawienie otwartego szkicownika to był jeden krok. Ale od kiedy o tym myślę w kontekście Chirona to zaczynam się zastanawiać czy w ogóle kiedy twórczość może przestać boleć. Czy to jest w ogóle cel?
A czy ktoś z was miał coś w rodzaju przełomu? Nie że nagle wszystko się zmieniło, ale jakiś moment kiedy coś poczuło się inaczej w stosunku do własnej twórczości albo do miłości? Pytam bo wcześniej pisaliśmy o masce i lustrze i zastanawiam się czy to lustro może z czasem stać się czymś innym.
Ja mialam taki moment ale nie w tworczosci - w relacji. Ktoś powiedzial mi coś bardzo konkretnego i dobrego o mnie i zamiast odpowiedzieć podejrzliiwością jak zwykle po prostu zapłakałam nie z bolu nie wiem nawet z czego. I potem bylo jakoś mniej ciasno. Nie wiem czy to byl przelom Chironowy czy po prostu zycie ale pamietam to. 😉
To co Wiciokrzew napisała o płaczu - to jest coś. Że zamiast podejrzliwości przyszło coś innego. Właśnie zastanawiam się czy to jest ten moment przesunięcia o którym mówiłem wcześniej. Że nie chodzi o wielką pracę nad sobą tylko o jeden moment kiedy ciało reaguje inaczej niż zwykle. Czy to może być tak proste?
