Muszę powiedzieć, że ten temat jest mi szczególnie bliski, bo sam doświadczyłem tego wielokrotnie. Najbardziej wyrazisty przypadek — budziłem się w nocy i czułem zapach kadzidła, takiego sandałowego, dość specyficznego. Nikt w domu nie palił kadzideł, okna zamknięte, środek zimy. Trwało to może minutę, półtorej, potem po prostu znikało. Za pierwszym razem pomyślałem, że mi się wydaje. Za trzecim zacząłem to traktować poważnie.
Co ciekawe, za każdym razem było to w okresie, kiedy intensywnie pracowałem energetycznie — medytacje, praca z intencją. Jakby ktoś chciał potwierdzić, że jestem na dobrej drodze. W literaturze spirytystycznej takie zapachy bywają interpretowane jako forma kontaktu ze strony przewodników duchowych albo zmarłych bliskich, którzy tą drogą próbują się zakomunikować.
Sandałowiec akurat jest klasyka — w wielu tradycjach łączony z wyższymi wibracjami i oczyszczaniem przestrzeni. Ale mi się kojarzy z czymś innym. Kiedyś prowadziłam seans z grupą osób i w pewnym momencie wszyscy — dosłownie wszyscy obecni — poczuli zapach fiołków. Nikt nie miał przy sobie perfum, żadnych olejków, nic. Fiołki, wyraźne, jak stoisz nad klombem.
Potem jedna z uczestniczek zaczęła płakać, bo jej babcia hodowała fiołki i zmarła kilka miesięcy wcześniej. Trudno to zracjonalizować, kiedy pięć osób w zamkniętym pomieszczeniu czuje dokładnie to samo.
Ja podchodzę do tego trochę inaczej niż większość. Tak, znam relacje, znam literaturę, ale uważam, że w co najmniej połowie przypadków mamy do czynienia z phantosmią — to zaburzenie neurologiczne, w którym mózg generuje fałszywe sygnały węchowe. Może być związane z migreną, z problemami zatokowymi, a nawet z epilepsją skroniową. Zanim ktoś zacznie mówić o duchach, niech najpierw wykluczy przyczyny medyczne.
To nie znaczy, że neguję istnienie zjawiska jako takiego. Ale zbyt łatwo ludzie wpadają w interpretację nadprzyrodzoną, bo to bardziej emocjonujące niż wizyta u neurologa.
Ja dodam coś z historii, bo to nie jest temat nowy. Franek Kluski, polski medium z lat 20. XX w., był znany m.in. z tego, że podczas jego seansów uczestnicy czuli bardzo zróżnicowane zapachy — owoce, kwiaty, kadzidło, a czasem pot, czosnek, nawet zapach mokrego zwierzęcia. Te wonie pojawiały się i znikały bez żadnego logicznego źródła, a notowali je niezależni obserwatorzy, w tym naukowcy z Instytutu Metapsychicznego w Paryżu. Ppłk Okołowicz opisuje to szczegółowo w swoich wspomnieniach z seansów.
Jasne, Kluski jest kontrowersyjną postacią i sceptycy mają swoje argumenty. Ale sam fakt, że relacje o zapachach towarzyszących zjawiskom paranormalnym mają tak długą historię i pojawiają się w tak różnych kontekstach — od seansów spirytystycznych po zwykłe mieszkania — daje do myślenia.
To, co Barni opisuje, w anglojęzycznej literaturze nazywa się clairalience — „jasne wąchanie", przez analogię do clairvoyance. Jest to jeden z mniej znanych kanałów pozazmysłowych, ale wcale nie rzadszy od pozostałych. Po prostu ludzie rzadko o nim mówią, bo brzmi to dziwniej niż „widzę duchy" czy „słyszę głosy". A tu ktoś mówi „czuję zapach fajki mojego zmarłego dziadka" i od razu trafia do kategorii dziwaka.
Tymczasem węch jest bezpośrednio połączony z ciałem migdałowatym i hipokampem — częściami mózgu odpowiedzialnymi za emocje i pamięć. To najkrótsza droga sensoryczna do głębokich struktur mózgu. Jeśli cokolwiek miałoby „przebijać" z innego wymiaru, to właśnie tą drogą byłoby najłatwiej.
U mnie była taka sytuacja — przeprowadziliśmy się do starego mieszkania po dziadkach męża i przez pierwszy rok regularnie czuliśmy zapach gotowanego bigosu. Serio. Głównie w kuchni, ale czasem też w przedpokoju. Dziadek męża słynął z tego bigosu, robił go na każde święta. Mąż się wzruszał, ja się trochę bałam, bo to jednak zapach znikąd.
Po roku urządziliśmy remont kuchni i zapach zniknął. Nie wiem, czy duchy się „wyprowadzają" po remoncie, czy po prostu usunęliśmy jakieś stare resztki z szafek, ale fakt jest faktem.
Mam pytanie do tych, co czuli siarkę — bo w tekście jest o tym mowa, a z moich obserwacji wynika, że ten zapach budzi największy niepokój. Siarka w tradycji chrześcijańskiej to jednoznaczne skojarzenie z piekłem i demonami. Święta Teresa z Ávili opisywała, jak po wypędzeniu złego ducha wodą święconą zakonnice czuły „swąd szkaradny, jakby siarki". To XVI wiek.
Ale pytanie — czy to rzeczywiście siarka, czy ludzie tak interpretują każdy nieprzyjemny zapach, bo mają taki wzorzec kulturowy?
Moja sąsiadka opowiadała mi kiedyś, że po śmierci matki przez kilka tygodni czuła w sypialni zapach lawendy — matka suszyła lawendę i trzymała w szafie z pościelą. Sąsiadka przeszukała całe mieszkanie, wyrzuciła wszystkie rzeczy po matce, wyprała pościel — nic nie pomogło. Zapach pojawiał się głównie wieczorem, przed snem.
Potem poszła do medium, które powiedziało jej, że matka chce się pożegnać i żeby pozwoliła jej odejść. Sąsiadka w końcu zaakceptowała stratę, pogodziła się z odejściem matki — i zapach ustał. Czy to zadziałało „energetycznie" czy psychosomatycznie? Nie wiem. Ale ustał.
Chcę tu wtrącić coś z własnej praktyki. Pracuję z kartami od lat i czasem podczas rozkładu czuję zapachy, które dają mi dodatkowe informacje. Raz, robiąc rozkład dla klientki, poczułem wyraźny zapach spalenizny — nie dym papierosowy, raczej coś jak palony plastik. W rozkładzie wypadały karty wskazujące na toksyczny związek. Ten zapach jakby „podkreślał" przekaz kart.
Mówię o tym, bo clairalience nie musi dotyczyć tylko duchów. To może być po prostu dodatkowy kanał percepcji, który aktywuje się w stanach podwyższonej wrażliwości — podczas medytacji, rozkładu kart, rytuału, a czasem spontanicznie.
Będę szczery — sam jestem raczej po stronie tych, którzy szukają wyjaśnień racjonalnych. Ale miałem jedno doświadczenie, które mną wstrząsnęło. Kilka lat temu byłem w starym kościele na Podkarpaciu, zwiedzałem z aparatem. W jednej z bocznych naw poczułem nagle silny zapach róż. Był luty, kościół nieogrzewany, żywego kwiatu nie było na kilometr.
Zapach utrzymywał się przez może trzy, cztery minuty. Potem zniknął. Towarzyszyło temu dziwne uczucie — nie strach, raczej coś jak powaga, skupienie. Jakbym wszedł w czyjąś przestrzeń. Potem dowiedziałem się, że w tej nawie pochowano w XVIII w. zakonnicę, która podobno za życia „pachniała różami".
Ciekawy wątek, ale chcę wrócić na chwilę do kwestii praktycznej — bo dotychczas rozmawiamy głównie o „pasywnym" doświadczaniu zapachów. A co z celowym ich wywoływaniem? W wielu tradycjach magicznych zapachy są wykorzystywane w rytuałach nie tylko jako ozdoba, ale jako element aktywny — kadzidło z żywicy olibanum ma otwierać przestrzeń na kontakt z wyższymi bytami, mirra chroni przed negatywnymi energiami, a asafetyda — cuchnąca jak diabli — służy do wypędzania niechcianych duchów.
Czy ktoś z was miał doświadczenie z zapachami, które pojawiały się „same" w trakcie rytuału, bez palenia czegokolwiek?
Dodam jeszcze jeden aspekt, o którym mało kto mówi — zapachy jako ostrzeżenia. Nie duchy, nie bliscy, a raczej taki wewnętrzny system alarmowy. Moja babka — czarownica wiejska, jak się potem okazało — mówiła, że kiedy nagle poczujesz zapach świeżej ziemi, jakby ktoś kopał grób, to znaczy, że ktoś z bliskich umrze. Brzmi makabrycznie, ale w polskim folklorze ten motyw się powtarza. I moja babka twierdziła, że u niej to się sprawdzało — na kilka dni przed śmiercią kogoś z rodziny budziła się z tym zapachem.
Mam pytanie trochę z boku — czy ktoś z was doświadczył zapachów w kontekście snów? Bo ja kilka razy śniłam i czułam konkretne zapachy we śnie. Raz była to lawenda, innym razem spalenizna. Budziłam się i zapach był jeszcze chwilę wyczuwalny, potem zanikał. Nie wiem, czy to jest ten sam mechanizm co clairalience, czy coś zupełnie innego — bo w końcu mózg we śnie robi dziwne rzeczy.
Przeczytałam wasze wpisy i chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden kontekst — zapachy w nawiedzonych domach. Jest taki schemat, który powtarza się w relacjach: ktoś wprowadza się do starego domu, zaczyna czuć zapachy, których nie potrafi wyjaśnić — perfumy, tytoń, gotowanie. Potem okazuje się, że poprzedni właściciel albo lokator miał takie właśnie nawyki.
Warrenowie — ci od Amityville i Annabelle — wielokrotnie opisywali zapachy jako jeden z pierwszych sygnałów nawiedzenia. Szczególnie cuchnące zapachy — siarka, rozkład, fekalia — miały według nich wskazywać na obecność demoniczną, a nie „zwykłego" ducha.
Mam takie pytanie do ekspertów — czy istnieje jakiś sposób na rozróżnienie, czy dany zapach ma źródło paranormalne czy przyziemne? Bo wyobrażam sobie kogoś, kto czuje coś dziwnego w domu i nie wie, czy dzwonić do hydraulika czy szukać medium.
Przeczytałam, że w indyjskiej tradycji tantryckiej istnieją medytacje, których celem jest właśnie rozwinięcie „wewnętrznego węchu" — zdolności do wyczuwania subtelnych zapachów energetycznych. Ma to być jeden z siddhi, czyli nadprzyrodzonych zdolności uzyskiwanych przez praktykę. Czy ktoś z was próbował czegoś podobnego?
Wracam do tematu siarki, bo mam własne doświadczenie i nie wiem, co o nim myśleć. Kilka lat temu byłam z grupą w opuszczonym szpitalu — taki urbex, ale z kontekstem paranormalnym, bo szpital miał reputację nawiedzonego. Na jednym z pięter, w korytarzu, nagle uderzyła mnie fala smrodu — coś między siarką a zgniłymi jajkami. Inni w grupie poczuli to samo. Trwało to może dziesięć sekund i znikło.
Nie wiem, co to było. Szpital nie miał działającej kanalizacji ani ogrzewania. Ale był stary, pełen pleśni i chemii z remontów. Więc mogło to być cokolwiek. Problem w tym, że w tym samym momencie dwie osoby z grupy poczuły „obecność" — zimno i uczucie, że ktoś stoi za nimi.
Wiecie co, ja po latach praktyki mam takie podejście — nie muszę wiedzieć, czy zapach jest „naprawdę" paranormalny czy nie. Ważne jest to, co mi mówi, co ze mną robi i czy mogę z tej informacji skorzystać. Jak czuję siarkę w domu klienta — robię oczyszczanie. Jak czuję róże przy czyimś zdjęciu — mówię, że ktoś bliski jest przy nim. Efekt jest taki, że ludzie czują się lepiej, a sytuacje się rozwiązują.
Czy to działa, bo wypędzam duchy, czy dlatego, że daję ludziom ramy do przepracowania emocji? Nie wiem i szczerze — nie jest to dla mnie najważniejsze pytanie.
Wrzucę tu jeszcze jedną obserwację. Znam kilka osób, które twierdzą, że potrafią „wyczuć" chorobę u innych ludzi po zapachu. Nie fizycznym zapachu — bo chory na cukrzycę czy niewydolność nerek może faktycznie pachnieć inaczej — ale po czymś subtelniejszym. Jedna osoba mówi, że nowotwór „pachnie" dla niej jak stare żelazo, a depresja jak mokry karton.
Można to zbyć jako wyobraźnię, ale psy potrafią węchem wykrywać raka z ponad dziewięćdziesięcioprocentową skutecznością. Jeśli zwierzę ma taki zmysł, to nie jest wykluczone, że człowiek w pewnych stanach też go uruchamia — tylko na innym poziomie.
Wracam jeszcze do tematu zapachów w kontekście nawiedzonych miejsc, bo przypomniałam sobie coś. Czytałam kiedyś o eksperymencie Michaela Persingera z tzw. „hełmem bożym" — generował słabe pole magnetyczne wokół głowy i wywoływał u ludzi poczucie obecności, dziwne dźwięki, a u niektórych — zapachy. Czyli odpowiednie stymulowanie mózgu może „wymusić" doznania zapachowe.
A teraz — stare domy, kościoły, szpitale często mają nietypowe warunki elektromagnetyczne. Może to nie duchy generują zapachy, tylko pola elektromagnetyczne stymulują odpowiednie obszary mózgu?
Wracając do praktyki — czy komuś z was zdarzyło się doświadczyć zapachu siarki lub innego nieprzyjemnego zapachu w kontekście, który nie był „nawiedzony dom"? Pytam, bo mam teorię, że te zapachy mogą być związane nie tyle z miejscem, co z osobą — z jej stanem energetycznym.
Chcę tu podzielić się jedną historią, bo pasuje. Kilka lat temu byłem na warsztatach szamańskich w górach. Prowadzący poprosił nas o medytację z intencją nawiązania kontaktu z duchami przodków. W pewnym momencie poczułem zapach — bardzo specyficzny, taki jak stary, wilgotny las. Mech, rozpad liści, żywica. Bardzo „gruntowny" zapach. Byliśmy w sali konferencyjnej hotelu.
Po medytacji okazało się, że dwie inne osoby czuły dokładnie ten sam zapach — las. Trzy osoby, ten sam zapach, zamknięte pomieszczenie, żadnych olejków ani kadzideł. Prowadzący powiedział, że to normalne i że duchy natury komunikują się często przez zapachy ziemi, drewna, wody.
Wtrącę się tu z trochę innej strony. Pracuję z ziołami i zapachami od lat — i mam wrażenie, że pewne zapachy mają coś w rodzaju „życia własnego". Kiedy przygotowuję mieszanki ziołowe na oczyszczanie, czasem zapach zmienia się w trakcie pracy — nie dlatego, że dodaję nowe składniki, ale jakby same zioła „ożywały" w odpowiedzi na intencję. To brzmi jak antropomorfizacja i pewnie nią jest, ale po dwudziestu latach pracy z roślinami mam prawo do takich obserwacji.
Ta rozmowa fajnie krąży między nauką a duchowością i chcę dodać coś pośredniego. Pracowałem kiedyś jako wolontariusz w hospicjum i pielęgniarki opowiadały, że przed śmiercią pacjenta czasem czuć w pokoju dziwne zapachy. Czasem przyjemne — kwiaty, coś słodkiego — a czasem ciężkie, kwaśne. Jedna pielęgniarka, z trzydziestoletnim stażem, mówiła, że po pewnym czasie nauczyła się rozpoznawać „zapach odchodzenia" — coś, czego nie da się opisać, ale co pojawiało się na kilka godzin przed śmiercią.
To nie jest ezoteryka — to obserwacja praktyka. A czy ma źródło biochemiczne, energetyczne czy duchowe — kto wie.
Interesuje mnie jeszcze jeden wątek — zapachy pojawiające się w związku z przedmiotami. Mam kolekcję starych ksiąg i kilka z nich — te najstarsze, XVII-wieczne — czasem wydzielają zapachy, które nie mają nic wspólnego ze starym papierem. Raz był to zapach wosku pszczelego, innym razem dymu z kominka. Nie pleśni, nie rozkładu — raczej jakby książka „pamiętała" środowisko, w którym była przez wieki.
Czy to jest psychometria na poziomie węchowym? A może stare materiały po prostu uwalniają związki chemiczne w nieprzewidywalny sposób?
Czytam to wszystko i chcę zapytać o coś praktycznego — bo widzę, że kilka osób tu doświadcza zapachów przy pracy energetycznej. Czy ktoś próbował celowo wykorzystać zapachy jako formę komunikacji z duchami? Nie palić kadzidło „do" ducha, ale poprosić ducha, żeby odpowiedział zapachem? Coś jak testowanie kanału.
Zmienię trochę tor rozmowy. Co z zapachami perfum? Bo to jest chyba najczęściej raportowany typ — ludzie czują perfumy zmarłej osoby. Matka, babcia, ciocia — kobiece perfumy w pustym pokoju. Moja żona miała takie doświadczenie po śmierci swojej matki. Czuła jej perfumy — Chanel No. 5 — w kuchni, wieczorami. Nikt w domu tego nie używał. Trwało to około dwóch tygodni.
