No więc historia jest trochę śmieszna, a trochę... nie wiem, jakoś tak ciekawie to wyszło 🙂
Woodstock 2011, idziemy sobie z ekipą między namiotami, a tu na środku drogi stoi dziewczyna z całą kupą czerwonych, okrągłych naklejek. Przykleja je przechodzącym ludziom, jedną, dwie, ale nikt nie mógł się dowiedzieć o co chodzi, bo bariera językowa zrobiła swoje. Podchodzimy i jeden z moich towarzyszy podstawia pierś, gotowy na naklejkę. Ona go jednak kompletnie olewa i zaczyna metodycznie obklejać... mnie. Dość szybko połapałam się, że układ tych kółek odpowiada położeniu czakr na ciele. Pytam ją więc po angielsku czemu innym daje jedną, dwie albo wcale, a mnie tak obkleja od głowy do... hm, samego dołu. A ona łamaną angielszczyzną mówi, że tak mnie widzi, że promieniuję. I że to jest bardzo piękne.
Przyznam, że ciary mnie przeszły. Podziękowałam, zawinęłam ekipę i w bezpiecznym oddaleniu rozdzieliłam te naklejki troche sprawiedliwiej między wszystkich ;D
I teraz tak, żeby było jasne: byłam wtedy całkowicie trzeźwa 🙂 Mam umysł chyba niezle przeżarty sceptycyzmem i nie daję wiary niczemu bez racjonalnych podstaw, ale to spotkanie jakoś mi nie daje spokoju. Może ktoś zna się na tym „pięknym blasku” którego nie widać? I co właściwie miały symbolizować te naklejki? 😉
naklejki, naklejki... a co właściwie na nich było napisane albo narysowane?
bo jeśli rzeczywiście dotyczyło to czakr, to ktoś tu raczej działał bez głębszego zastanowienia się nad tym co robi...
