Myślę że właśnie o to chodzi w tym tytule wątku - że "nasze pochodzenie będzie dla nas dziwne". Może nie od razu, ale w pewnym momencie, gdy zaczynamy porównywać swoje dzieciństwo z innymi, coś kliknie. I to kliknięcie może być albo wyzwoleniem, albo może uderzyć w poczucie własnej wartości, jeśli ta "dziwność" była czymś trudnym.
Ale wracam do wartości własnej, bo jeszcze nie skończyliśmy tego wątku. Jeśli ktoś buduje wartość na przynależności i wyróżnianiu się jednocześnie, i nie dostaje żadnego z tego pełnie - to co jest alternatywą? Jak Wodnik w czwartym domu może inaczej budować poczucie własnej wartości, żeby nie było to ciągłe szukanie grupy albo ciągłe bycie odmieńcem?? 😀
No to pytam dalej bo nikt nie odpowiedział - jak wogóle wygląda alternatywa? Jeśli ten wzorzec jest wbudowany w fundament, to czy można go przebudować, czy raczej chodzi o to, żeby go świadomie nosić i nie dać się przez niego zdominować?
Myślę, że to jest pytanie o to, czym jest praca z czwartym domem. Nie sądzę, że "przebudowujesz fundament" - to brzmi jak wyburzenie domu. Raczej rozumiesz, na czym stoisz. A wartość własna przy Wodniku w czwartym... może właśnie nie być oparta na przynależności ani na wyjątkowości, tylko na czymś bardziej wewnętrznym. Tyle że to "wewnętrzne" jest najtrudniejsze do zbudowania, jeśli cały dom premiował zewnętrzne.
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale właśnie to mnie uderzyło - piszecie o "wartości wewnętrznej" jakby to była prosta rzecz do zbudowania, jeśli już się wie, o co chodzi. Ale skąd w ogóle wiedzieć, co to znaczy mieć wartość wewnętrzną, jeśli od urodzenia byłaś uczona, że liczy się to, co robisz albo jak wyglądasz?
Słuchajcie, rozumiem tę metaforę z mapą i terenem ale nadal mam wątpliwość. czy to, co opisujecie, nie jest po prostu opisem każdej osoby wchodzącej w terapię albo jakikolwiek proces samopoznania? Nie kwestionuję wartości rozmowy, ale zastanawiam się, gdzie tu jest specyfika Wodnika w czwartym, a gdzie po prostu ludzkie doświadczenie. 🙂
Hmm, no dobra, ale powiem wam coś z perspektywy sceptycznej - czytam ten wątek od dłuższego czasu i widzę, że właściwie każdy, kto tutaj pisze, "odnajduje siebie" w tym opisie. czy to nie jest trochę tak, że opisy astrologiczne są na tyle szerokie, że każdy się w nich zobaczy? 😉
Wracając do tego, skąd brać tę wartość wewnętrzną - Lonia mówiła o dyskomforcie jako punkcie wejścia. Ale co potem? Bo mam wrażenie, że sama świadomość, że "mój fundament był wodnikowy", może być pułapką - zamiast iść w czucie, jestem w stanie zacząć jeszcze bardziej intelektualizować swoje dzieciństwo.
Nemezis, to jest celna obserwacja i sam w to wpadłem. Przez jakiś czas "praca nad sobą" wyglądała u mnie tak że zbierałem wiedzę o sobie - czytałem, analizowałem, interpretowałem. I byłem z siebie dumny, bo rozumiałem mechanizmy. Ale to było dokładnie to samo, co zawsze - myślenie zamiast czucia, tylko teraz z etykietką "rozwój osobisty".
To co Pentaklista opisuje brzmi jak coś, co mogłoby się przydarzyć właśnie komuś z tym układem, prawda? Że nawet terapia albo astrologia staje się kolejnym sposobem na pozostanie w głowie. jak w ogóle się z tego wyrywa? Czy ktoś z was miał jakiś konkretny moment który wyciągnął go z tej pętli?
Ojejku, ten wątek robi sie coraz ciekawszy bo właściwie wychodzi tu cos, o czym mało się mówi wprost przy Wodniku w czwartym - ze chłód emocjonalny w domu nie musi być wynikiem złej woli. Może być wynikiem tego, że rodzice sami mieli podobny wzorzec i poprostu przekazali to, co znali. To troche zmienia perspektywę na to, jak szukamy źródeł swojego poczucia wartości - czy winne jest "złe dzieciństwo", czy raczej pewien wzorzec, który przechodzi przez pokolenia?
A to co Lonia opisuje z ciałem - czy to nie jest problem, bo właśnie przy tym układzie te sygnały cielesne są często odczytywane jako informacje do rozwiązania, a nie jako cos, w czym się jest? Ja przynajmniej tak mam, że jak czuję tę ciężkość, to zaraz zaczynam szukać przyczyny, przyczyny przyczyny, i nagle jestem gdzieś zupełnie indziej niż w tym, co czuję. 😀
Ojoj, przepraszam, że wchodzę z bardziej podstawowym pytaniem - ale czy ta żałoba, o której mówicie, jest czymś, przez co trzeba przejść raz i jest po niej, czy raczej wraca? Bo czytam ten wątek i mam wrażenie, że każdy z was opisuje jakiś nawrót, kolejną warstwę, a nie jeden zamknięty proces.
