Temat który wywołuje skrajne emocje, bo każda strona ma coś do udowodnienia. Rytaliści twierdzą, że bez nich nie ma efektów. Zwolenniczki pracy własnej mówią, że cudza energia nic nie zdziała. Prawda jak zwykle siedzi gdzieś pośrodku i zależy od bardzo wielu czynników, których większość ludzi nie bierze pod uwagę zanim wyda kilkaset złotych albo zanim zasiądzie do czegoś, do czego nie ma podstaw.
Zacznę od rzeczy, którą uważam za fundamentalną: rytuał to nie przepis na ciasto, gdzie ktoś inny może upiec je za ciebie i będzie tak samo. W pracy rytualnej energia osoby, dla której się pracuje, jest materiałem wyjściowym. Bez jej aktywnego udziału – choćby mentalnego – pracujesz na bardzo okrojonym zestawie.
Widzę ten temat przez pryzmat lat praktyki i mojej odpowiedzi jest prosta: rytuał zrobiony samodzielnie ma jedną przewagę absolutną – intencja jest czysta i bezpośrednia. Nie ma pośrednika, który może ją przekrzywić, rozmyć albo w ogóle jej nie rozumieć. To jest coś, czego żaden rytualista, nawet bardzo dobry, nie jest w stanie w pełni odtworzyć.
Ale to zakłada, że osoba działająca samodzielnie wie co robi. A co jeśli nie wie? Słaba, niestabilna intencja połączona z brakiem techniki może dać gorszy efekt niż dobry operator, który wie jak pracować z energią, nawet jeśli nie zna cię osobiście.
Dodałabym jeszcze model trzeci, który w Polsce jest dominujący wśród klientów rytalistów: rytuał jako usługa, którą zamawiasz i czekasz na wynik, nic od siebie nie wnosząc. Klient pasywny. I tu pojawia się problem, bo większość rytalistów na polskim rynku nie mówi wprost, że bez aktywnego udziału klienta – choćby mentalnego skupienia, wizualizacji, pracy emocjonalnej – skuteczność spada.
