Mam Słońce w koniunkcji z Plutonem w Skorpionie i od lat zastanawiam się nad tym samym. Czy to aspekt, który skazuje nas na wieczne umieranie i odradzanie się, czy może chodzi o coś głębszego - o to, że nie możemy po prostu 'być', tylko zawsze musimy się stawać? Bo u mnie to działa tak, że każde spokojniejsze okresy w życiu to jakiś fałsz. Prędzej czy później coś wybucha, coś się wali i zaczynam od nowa. Czy macie podobnie?
Słońce-Pluton to jeden z tych aspektów, który naprawdę robi robotę w natalnym. Ale powiedziałabym inaczej niż 'skazanie na transformację' - raczej jest w tym jakiś przymus autentyczności. Pluton przy Słońcu nie toleruje maski. I stąd biorą się te kryzysy, o których piszesz - bo kiedy zaczynacie żyć nie-sobą, Pluton to w końcu rozkłada. Ale mam pytanie do Ciebie: czy te okresy 'wybuchu' wiążą się z czymś konkretnym - jakimś wzorcem? Czy raczej pojawiają się nieprzewidywalnie?
Też mam ten aspekt, trygonem, i czytam ten temat z dużym zainteresowaniem. U mnie nie ma aż takich dramatycznych wywrotek jak piszesz, ale jest pewne poczucie, że 'normalne' życie po prostu do mnie nie pasuje. Jakbym zawsze musiała kopać głębiej. Zastanawiam się czy siła aspektu zależy od tego, czy jest koniunkcja, trygon, kwadrat - bo chyba nie działa tak samo?
Czytam tę dyskusję i zastanawiam się - czy to nie jest tak, że Słońce-Pluton 'skazuje' nas na transformację tylko dlatego, że sami tak o tym myślimy? Trochę jak samospełniająca się przepowiednia. Moja koleżanka ma koniunkcję i żyje bardzo spokojnie, nigdy nie mówiła żeby miała jakieś szczególne kryzysy tożsamości.
Mam takie pytanie, może naive, ale czy Słońce-Pluton w różnych domach działa inaczej? Bo rozumiem, że aspekt to aspekt, ale jeśli Słońce jest w 1 domu to chyba zupełnie co innego niż w 12?
Wracając do pytania z tytułu - 'czy musimy się odrodzić by być sobą'. Mam wrażenie, że to jest pytanie postawione trochę opak. Bo może przy Słońce-Pluton 'bycie sobą' i 'odradzanie się' to to samo? Że dla takich osób tożsamość z natury jest procesem, nie stanem. I wtedy pytanie 'kiedy wreszcie będę sobą' nie ma sensu, bo odpowiedź brzmi: zawsze i nigdy jednocześnie.
Przepraszam, że się wtrącam, bo nie znam się za bardzo na astrologii - ale jak się czyta ten temat to brzmi jakby Pluton był takim złośliwym bożkiem, który lubi niszczyć. Czy on naprawdę jest taki 'zły'? Albo inaczej - skąd wiadomo, że to akurat Pluton 'robi' te kryzysy, a nie po prostu życie?
Ciekawy temat, mam pytanko - a jak to jest z tranzytami? Bo aspekt natalny Słońce-Pluton to jedno, ale tranzytujacy Pluton po Słońcu to chyba jeszcze inny temat i też potrafi nakopać, nawet jak ktoś nie ma tego w natalu? Czy te doświadczenia są porównywalne?
Czytam posty Zenka i myślę, że właśnie ta niemożność rozróżnienia jest trochę sednem tematu. Czy to aspekt mnie 'robi', czy ja interpretuję swoje życie przez aspekt? Sama mam ten dylemat. Ale jedno wiem - odkąd zaczęłam rozumieć, że to może być plutońskie, przestałam walczyć z tym uczuciem 'wszystko się kończy'. I paradoksalnie jest mi lżej. Więc może nie chodzi o to, czy astrologia to wyjaśnia 'obiektywnie', tylko czy ta mapa pomaga.
Wróćmy na chwilę do pytania Zenka, bo mnie też to ciekawi. Czy tranzyty mogą 'aktywować' natalny aspekt, który dotąd był uśpiony? Mam wrażenie, że mój kwadrat Słońce-Pluton przez długi czas był jakby niewidoczny w moim życiu, a potem coś się zaczęło dziać i nagle pasuje do wszystkich opisów.
Czytam ten wątek od początku i coraz bardziej zastanawiam się nad jedną rzeczą. Dużo mówicie o tym aspekcie jako o czymś, z czym się walczy albo co się 'przepracowuje'. Ale czy nie jest tak, że część osób z Słońce-Pluton po prostu... lubi tę intensywność? Że nie tęskni za spokojnym życiem, bo byłoby dla nich za płytkie?
Szczerze? Przestałam pytać 'dlaczego Pluton mi to robi' i zaczęłam pytać 'czego ja chcę'. Brzmi banalnie, ale dla mnie to była przepaść. Opozycja dawała mi poczucie, że jestem rozdarta między dwiema siłami, które są ode mnie silniejsze. Moment kiedy przestałam tak myśleć, to był bodajże największy przełom od lat. Ale - i to ważne - nie twierdzę, że każdy powinien pójść tą samą drogą.
Powiem szczerze, że nie wiem. Jakbym stał na gruzach i zaczynał rozumieć, że to nie jest koniec, ale jeszcze nie widzę co będę budować. To dziwne uczucie - trochę spokojniejsze niż rok temu, ale nie jak ulga, bardziej jak... przerwa między falami.
Raz mi się wydawało, że tak. Przez jakieś pół roku po bardzo trudnym okresie byłam naprawdę spokojna. I zaczęłam się zastanawiać - czy ja się zmieniłam, czy po prostu jestem w pauzie. Okazało się, że to pauza. Ale co ciekawe - następna fala była jakby mniejsza. Albo ja byłam przy niej inaczej ustawiona. Może o to chodzi w tej transformacji - nie o to, że fale ustają, ale że my inaczej stoimy w wodzie?
Ale jak rozróżnić czy to pauza czy faktyczna zmiana? Bo ja się teraz boję, że jestem w pauzie i za chwilę znowu coś mnie przewróci. I nie wiem, jak się do tego przygotować. Czy w ogóle da się przygotować, czy to zawsze przychodzi nagle?
To co Bogusia napisała jest właściwie odpowiedzią na pytanie o sens tych rozmów. Nie chodzi o to, żeby forum zastąpiło terapię - bo nie zastąpi - ale żeby poczuć, że coś jest możliwe. I to mi pasuje do tematu tego wątku. Słońce-Pluton nie skazuje cię na nieustanną transformację w sensie katuszy. Może skazuje na nieustanne sprawdzanie co jest możliwe.
Śledziłam cały wątek i chcę zapytać o jedną rzecz, która mnie nurtuje od początku. Mówimy dużo o koniunkcji, kwadracie, opozycji - ale jak jest z trygonem Słońce-Pluton? Czy on też daje tę intensywność i konieczność przemiany, czy może jest jakoś łagodniejszy? Mam właśnie trygon i nie do końca wiem, czy jestem częścią tej rozmowy.
Może to głupie pytanie, bo jestem tu raczej z ciekawości niż z wiedzy, ale - czytam ten wątek i zastanawiam się czy ktoś z was kiedyś żałował, że wie o tym aspekcie? Że dowiedział się i już nie może 'nie wiedzieć'? Pytam serio, bo z zewnątrz wygląda to trochę jak otwarcie puszki Pandory.
Ale to co piszesz - że następna fala była mniejsza - to mnie zastanawia. Czy to znaczy, że ten aspekt z czasem traci na sile? Bo czytałem gdzieś, że Pluton to nie odpuszcza, a tu wyglada że jednak coś się zmienia.
Ale jak to jest z tym zakorzenieniem - jak je zbudować skoro Pluton właściwie ciągle podrywa grunt pod nogami? To trochę jak próba posadzenia drzewa w miejscu, które ciągle się trzęsie.
Czytam tę rozmowę i mam takie przeczucie - czy wy mówicie, że cel Słońce-Pluton to właściwie zbudowanie takiej tożsamości, której nie da się zniszczyć? Bo to by wyjaśniało, czemu droga jest tak brutalna. Że musisz stracić wszystko co przypadkowe, żeby zostało to co prawdziwe.
To rozróżnienie między popychaniem a przyciąganiem jest ciekawe. Numerologicznie mówiąc - i wiem, że to nie jest wątek o numerologii, ale to pasuje - dziewiątka ma podobną dynamikę. Kończysz coś czy coś cię kończy. I nigdy do końca nie wiesz, które.
Przepraszam za pytanie z zewnątrz, ale co to właściwie znaczy 'pracować z aspektem'? Słyszę to od początku wątku i rozumiem mniej więcej, ale ciekawi mnie jak to wygląda konkretnie. Medutujesz? Analizujesz? Coś robisz rytualnie?
Wracając do pytania Zlocień o 'wiedzenie' - bo chcę jeszcze coś dodać. To co powiedziałam wcześniej, że żałowałam przez jakiś czas, to była prawda. Ale teraz myślę, że wiedza nie jest problemem. Problemem było to, że traktowałam ją jak wyrok. Słońce-Pluton, koniunkcja, trudny aspekt - i już z góry wiedziałam co 'musi' mnie spotkać. A to jest pułapka. Aspekt opisuje wzorzec, nie scenariusz.
To rozróżnienie między opisem a wytłumaczeniem bardzo do mnie trafia. Chyba właśnie wpadłam w tę pułapkę - zaczęłam traktować swój trygon jak gotowe wyjaśnienie dla wszystkiego co mi się przydarza. I wtedy się zatrzymałam, ale właśnie - jak się z tego wychodzi?
Wychodzisz z tego powoli, przez znużenie 🙂 W pewnym momencie masz po prostu dosyć czytania własnego życia jak tekstu do analizy. I to znużenie jest zdrowe. Mnie to zajęło dobre dwa lata od kiedy zaczęłam poważniej zajmować się astrologią.
Dwa lata to dużo. Naprawdę czujesz że teraz masz ten dystans, czy to też się waha? Pytam bo jestem gdzieś na początku tej drogi i trochę przeraża mnie myśl, że przez ten czas będę sobie nieustannie tłumaczyć wszystko przez Słońce-Pluton.
