Chciałam poruszyć coś, o czym rzadko się tutaj mówi w kontekście afirmacji. pracuję z nimi od jakiegoś czasu i zauważyłam, że pewne rzeczy "zaskoczyły" dopiero wtedy, kiedy ktoś z zewnątrz to zauważył. Nie chodzi o to, żeby ktoś mnie chwalił czy przyklasnął, ale o to, że kiedy bliska osoba powiedziała mi "hej, naprawdę się zmieniłaś", coś we mnie jakby... kliknęło. Jakby ta zmiana stała się bardziej prawdziwa. Czy wy też to czujecie? Czy afirmacje mogą "utknąć" jeśli robimy je tylko w ciszy, tylko dla siebie, bez żadnego zewnętrznego lustra?
To jest ciekawe spostrzeżenie,ale ostrożnie bym z tym szła. Bo z jednej strony rozumiem To brzmi dokładnie jak poczucie że ktoś zewnętrzny "zatwierdził" zmianę. Z drugiej, jeśli afirmacje działają tylko albo głównie wtedy, kiedy ktoś inny to potwierdzi, to gdzieś po drodze może być problem z tym, że zmiana nie jest jeszcze zinternalizowana 🙂 Pytanie jest takie, czy ta zmiana była prawdziwa przed tym, jak ktoś ją zauważył? Jeśli tak, to potwierdzenie z zewnątrz było tylko miłym bonusem. Jeśli nie, to może coś jeszcze czeka na przepracowanie
Hmm, ja bym to trochę inaczej postawiła... Jest taka koncepcja w psychologii, że tożsamość kształtuje się w relacji, nie w próżni. Więc to, że potrzebujemy być "widziani" w zmianie, to nie jest słabość ani brak zinternalizowania, to poprostu jak działa ludzka psyche. Problem pojawia się, kiedy stajemy się zależni od tego potwierdzenia, kiedy bez niego cofamy się do starych wzorców. Ale samo chcenie żeby ktoś zobaczył, moim zdaniem ok.
A co jeśli w ogóle nie mamy takiej osoby w swoim życiu? 🙂 Znaczy, ktoś kto na prawdę by nas obserwował i zauważył zmianę? Bo mam wrazenie że większość ludzi wokół mnie jest zajęta swoimi sprawami i w sumie mało kto patrzy uważnie
To jest akurat bardzo dobre pytanie i sądzę,że sporo osób jest wlasnie w tej sytuacji. Przez lata patrzyłem na to tak, że praca z afirmacjami czy z jakąkolwiek zmianą wewnętrzną to w pierwszym etapie praca solowa, bo nikt inny nie jest w stanie zobaczyć czegoś, co dopiero kiełkuje. Ale na pewnym etapie, kiedy zmiana jest juz wyraźniejsza, człowiek naturalnie szuka lustra w innych. I tu jest haczyk, bo jeśli wokół masz tylko ludzi, którzy cię "zamrozili" w starym obrazie, to możesz latami pracować i nie dostawać żadnego odzwierciedlenia. Wtedy bycie widzianym może wymagać albo innego środowiska, albo inaczej dobranych relacji
No ale dziennik to nie to samo co żywy człowiek, nie? Dziennik nie zareaguje, nie powie "widzę że coś się zmieniło". Chyba o to chodziło w tym temacie że chodzi o żywą relację, nie o samo dokumentowanie siebie.
Zastanawiam się czy to nie jest trochę jak z tym,że jak coś powiesz głośno, to staje się bardziej realne. Może tu chodzi o coś podobnego, jak powiesz komuś "zmieniam się" albo ktoś to zauważy bez słów, to ta rzecz wychodzi z twojej głowy i wchodzi w przestrzeń między ludźmi? Nie wiem czy to ma sens, po prostu tak mi to wygląda.
Ale jak w ogóle znaleźć tę osobę? Znaczy taką, która naprawdę uważnie patrzy i przy tym nie ocenia i nie próbuje cię z powrotem wciągnąć w stary obraz? 🙂 Bo mam w swoim życiu jedną taką znajomą, która za każdym razem jak mówię że coś się u mnie zmienia, od razu mówi "no nie wiem, mnie to wygląda tak samo jak zawsze". I nie wiem czy ona ma rację, czy po prostu nie chce albo nie umie zobaczyć.
Czytam tą dyskusję od początku i mam pytanie do wszystkich, bo chyba go tutaj nikt nie zadał wprost. czy wy myślicie że to świadectwo innych ma być aktywne, tzn. ktoś mówi "widzę że się zmieniłaś", czy może wystarczy też takie pasywne, kiedy ktoś po prostu zaczyna inaczej cię traktować, bez słów? Bo dla mnie to drugie bywa nawet bardziej wymowne.
A czy to znaczy ze afirmacje sie nie sprawdzaja jak nie ma sie komu o tym powiedziec? bo troche tak wynika z tego watku i troche mnie to niepokoi szczerze
