Malachitka98 to jest dobra analogia. Ale mam jeszcze jedno pytanie które mi zostało od początku tej rozmowy. Zakładając że już mam swoją formułę, dobraną, przetestowaną, działającą - jak długo ją stosować? Czy można ją 'przetrenować'?
też mnie to ciekawi. Bo z jednej strony mówi się o regularności jako warunku. Z drugiej - jeśli coś zaczyna brzmieć jak papuga, to chyba traci siłę. Czy jest jakiś sygnał, że pora zmienić formułę na nową, bo ta już zrobiła swoje?
Odpowiadając na to co zostawiła Sagea05 - sygnał że formuła zrobiła swoje jest zazwyczaj dość wyraźny, choć nieoczekiwany. Przestaje wywoływać jakikolwiek opór. Mówisz ją i jest... zwyczajnie. Ani ulga, ani napięcie. To moment w którym przekonanie jest już wbudowane i formuła stała się neutralna. Wtedy można ją odłożyć albo zmienić na kolejny poziom tego samego tematu.
To ciekawe co mówi Malachitka98, bo ja właśnie wpadłam w ten schemat. Robiłam długie serie powtórzeń, bo myślałam że to jak ćwiczenie - im więcej tym lepiej. A tu wychodzi że to bardziej jak medytacja niż trening fizyczny. Czy jest jakiś próg - ile powtórzeń dziennie to za dużo?
- próg nie jest liczbowy, jest jakościowy. Pytanie nie brzmi 'ile razy' tylko 'kiedy przestajesz słyszeć to co mówisz'. Jak tylko zaczniesz to robić na autopilocie, to jest ten moment. Może to być po trzech powtórzeniach albo po trzydziestu, zależy od osoby i od dnia.
Ja miałam inny problem - robiłam afirmacje zawsze o tej samej porze i ciałem już samo wchodziło w rodzaj transu. Myślałam że to dobrze, że kondycjonuję się. A potem koleżanka mi powiedziała że może właśnie dlatego to takie bezskutkowe, bo rytuał zastąpił treść. Czy coś takiego jest w ogóle możliwe?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że to jest dużo bardziej skomplikowane niż myślałam. Serio - zmiana godziny, obserwacja emocji, próg uwagi... Czy żeby afirmacje w ogóle zadziałały, człowiek musi być już dość rozwinięty wewnętrznie? Bo z tego wszystkiego wynika że osoba która dopiero zaczyna i nie ma żadnej samoobserwacji po prostu nie ma szans.
Chcę wrócić na chwilę do pytania z tytułu, bo trochę odpłynęliśmy. Rozmawiamy dużo o mechanizmach pracy z formułą, ale wyjściowe pytanie było takie: czy ta sama formuła działa dla różnych osób. I z tej rozmowy wynika mi że odpowiedź jest 'zależy od kogoś o wiele bardziej niż od samej formuły'. Czy to jest konkluzja z którą wszyscy się zgadzają, czy ktoś widzi to inaczej?
Wchodzę z boku, bo ta rozmowa o zaprzeczeniach mnie zastanowiła. Czyli jeśli dobrze rozumiem - afirmacja to nie tylko treść, ale też gramatyka zdania? Że można mieć dobre intencje i zły zapis i to już robi różnicę? Bo to brzmi jakby trzeba było być trochę językoznawcą żeby to dobrze zrobić.
Wracam do wyjściowego pytania, bo Dobrusia.ka właśnie dotknęła czegoś ważnego. Jeśli dobre efekty zależą od gramatyki, treści, pory dnia, częstotliwości, stanu emocjonalnego i osobistego rezonansu - to odpowiedź na pytanie z tytułu jest coraz wyraźniejsza. Nie ma jednej formuły która zadziała dla wszystkich, bo tych zmiennych jest za dużo. Ale czy to znaczy że nie ma sensu szukać wspólnych zasad budowania formuł?
To co Hellan mówi o zmianie zachowania a nie przekonania - to jest coś czego wcześniej nie rozumiałam. Myślałam o afirmacjach jako o zmianie myślenia, a tu wychodzi że miernikiem jest to co robię? Czy to znaczy że afirmacja ma zmienić działanie przez zmianę myślenia, czy może omijać myślenie i działać bezpośrednio na zachowanie?
nie omija myślenia, ale też nie musi przejść przez świadome przekonanie żeby wpłynąć na działanie. Długotrwałe powtarzanie zmienia to co automatycznie przychodzi do głowy w konkretnych sytuacjach - nie dlatego że zdecydowałaś się wierzyć, tylko dlatego że dany wzorzec jest bardziej dostępny. To jest mechanizm, który działa niezależnie od tego czy 'wierzysz' w afirmacje jako metodę.
Trochę z innej strony - czy ktoś z was próbował łączyć afirmacje z pracą z ciałem? Mam na myśli nie tylko wypowiadanie ich w stanie relaksu, ale coś bardziej fizycznego - konkretne oddychanie, gest, pozycja. Pytam, bo czytałem że zakotwiczenie afirmacji w ciele może skrócić czas zanim zacznie coś się zmieniać, ale nie mam własnych wniosków z dłuższej praktyki.
Chcę zapytać o coś praktycznego bo trochę gubię się w tej dyskusji. Ile czasu realnie trzeba żeby stwierdzić że dana formuła działa albo nie działa? Bo słyszałam różne rzeczy - 21 dni, 40 dni, 66 dni. Które z tego ma w ogóle jakieś podstawy?
Słucham tej rozmowy o oporze i mam taką obserwację z moich notatek. Prowadziłam przez kilka tygodni porównanie tej samej formuły wypowiadanej rano i wieczorem. Wieczorna wywoływała więcej oporu. Potem zmieniłam formułę na wieczorną i opór się zmniejszył. Czyli może opór to czasem kwestia pory, a nie treści?
Dobra, ale ja dalej nie rozumiem jednej rzeczy. Mówimy o obserwacji, o oporze, o porze dnia, o brzmieniu - to wszystko jest bardzo indywidualne. To wychodzi na to, że każdy musi sobie sam wymyślić własną metodę weryfikacji? Bo to brzmi jak wielka strata czasu.
Wróćcie do tego co Leontyna powiedziała o brzmieniu. Bo to mnie zastanowiło - czy to znaczy, że ta sama afirmacja przetłumaczona na inny język działa inaczej? Bo czytałam że niektóre osoby robią afirmacje po angielsku, bo brzmi bardziej... nie wiem, bardziej odległe i przez to łatwiej im uwierzyć? Że po polsku jest za bezpośrednio i wywołuje opór?
To co Hellan mówi o sieci domyślnej brzmi jak odpowiedź na pytanie z tytułu od innej strony. Jeśli afirmacja działa przez obniżenie aktywności samokrytycznej, to może jej skuteczność zależy nie tyle od treści co od tego jak bardzo dana osoba ma tę sieć aktywną na co dzień. Osoby z silnym wewnętrznym krytykiem potrzebują może więcej pracy żeby w ogóle zrobić miejsce, zanim treść dotrze.
To jest dla mnie bardzo duże zdanie, bo jak słyszę 'silny wewnętrzny krytyk' to natychmiast się identyfikuję. I właśnie dlatego zadałam to pytanie w tytule - bo miałam wrażenie że afirmacje polecane wszystkim po prostu u mnie nie działają, i nie wiedziałam czy to wina formuły, czy wina mnie. Z tej rozmowy wyłania się coś innego - że może trzeba zacząć od czegoś bliższego, żeby w ogóle zrobić wejście?
i to jest chyba najważniejsza rzecz z całej dyskusji. Że afirmacja 'jestem pewna siebie' powiedziana osobie która ma silnego wewnętrznego krytyka wywołuje natychmiastowe zaprzeczenie wewnętrzne. Natomiast 'uczę się ufać sobie w małych sprawach' - o dziwo - przechodzi. Bo jest sprawdzalne i nie wyzwala systemu ochronnego tak mocno. Sama przez to przechodziłam.
Dobra, trochę się zgubiłam. Czyli mamy: zmiana formy, pora dnia, własny głos, pisanie, szept. To już jest tyle wariantów, że głowa boli. Kiedy człowiek ma w końcu po prostu powiedzieć te słowa i nie analizować?
Wracam do tego co Kabalistka05 powiedziała wcześniej o silnym wewnętrznym krytyku. Bo mi to siedzi w głowie. Czy jest jakaś afirmacja, która w ogóle jest zaprojektowana pod kątem silnego krytyka? Coś inaczej skonstruowanego gramatycznie może, bo 'jestem' od razu wywołuje zaprzeczenie, ale może 'wybieram' albo 'zaczynam' brzmiałoby mniej agresywnie dla tego krytyka?
to jest dla mnie ważna informacja z tej rozmowy, że ta reakcja którą opisujesz jest znana i ma rozwiązanie. Bo myślę że wiele osób robi klasyczne afirmacje, czuje dokładnie to co ty opisujesz, i rzuca wszystko twierdząc że to nie działa. A problem był w konstrukcji, nie w metodzie.
Mam pytanie może banalne, ale powiem szczerze. Skąd mamy wiedzieć, że ten wewnętrzny głos który zaprzecza to 'krytyk' do przepracowania, a nie po prostu głos rozsądku? Bo może ktoś mówi 'jestem pewna siebie' a głos odpowiada 'nie jesteś' i ma rację. Skąd różnica?
Chciałem wrócić do czegoś z wcześniej, bo zostało bez rozwinięcia. Była mowa o języku obcym jako buforze. Zastanawiam się czy nie ma tu też roli numerologicznej - brzmienie słów w różnych językach to inne wibracje liczbowe. 'I am confident' ma inną sumę niż 'jestem pewna siebie'. Dla kogoś kto pracuje z numerologią języka to nie jest neutralne.
