Myślę o tym już którys raz nad jedną rzeczą i nie mogę znaleźć na to satysfakcjonującej odpowiedzi. Chodzi o afirmacje w kontekście kryzysu emocjonalnego - nie takiego codziennego zniechęcenia, ale prawdziwego dołka, kiedy człowiek ledwo funkcjonuje. Czy to wogóle ma sens wtedy powtarzać "jestem spokojna i szczęśliwa", skoro w środku jest zupełna cisza albo chaos? Sama próbowałam parę razy i miałam wrażenie, że to działa albo zupełnie nie, w zależności od fazy. hmm, prowadzę notatki i widzę, że przy głębszych kryzysach efekt był... żaden. Albo wręcz odwrotny - czułam się jeszcze gorzej, bo ta afirmacja brzmiała jak kpina. ciekawi mnie tesz jedna rzecz, którą kiedyś gdzieś czytałam, że podobno regularne afirmacje mogą wpływać nawet na wygląd - kolor oczu, skóra, coś w tym stylu. ktoś miał z tym jakieś doświadczenia? Bo to brzmi trochę kosmicznie, ale nie wiem
No ten temat to jest sedno, bo większość poradników o afirmacjach opisuje je tak, jak by działały jednakowo w każdych warunkach. A to nieprawda. Kryzys emocjonalny to nie jest zwykłe gorsze samopoczucie - w takim stanie umysł jest dosłownie zamknięty na pozytywny przekaz, bo układ nerwowy jest przeciążony. Afirmacja wpychana na siłę w środku załamania może robić coś odwrotnego do zamierzonego, i to nie jest tylko wrażenie. Ja przez lata stosowania zauważyłam, że liczy się moment i forma. hej, W kryzysie lepiej zacząć od czegoś neutralnego, coś w stylu "to mija" albo "jestem tutaj, oddycham". Nie od razu hurraoptymizm. To musi być coś, czemu umysł nie będzie się aktywnie opierał.
Ale skąd wiadomo że umysł się "opiera"? Znaczy jak to poznać? Bo ja jak powtarzam afirmację i czuję,ze cos nie gra, to nie wiem czy to właśnie ten opór o którym mówisz, czy poprostu afirmacja jest za słaba. Przepraszam jeśli to głupie pytanie ale szczerze nie ogarniam tej różnicy.
Hmm, to co opisuje Stella brzmi rozsądnie, ale mam pytanie - skąd ten "mały krok" ma się wziąć, jak ktoś jest w środku kryzysu i wszystko co wymyśli wydaje mu się fałszywe? Serio pytam, bo sama przez to przechodziłam i w tamtym momencie nie byłam w stanie wymyślić nic, co brzmiałoby choć trochę prawdziwie. Każde zdanie które próbowałam sformułować - od razu wewnętrzna blokada.
U mnie to działało tak ze jak bylem w najgorszym momnecie to afirmacje byly dla mnie kompletna abstrakcja. Ale potem, po kilku dniach kiedy cos sie juz troche stabilizowalo, wracalem do nich i wtedy czulem ze cos sie rusza. Jakbym nie mógł ich stosować W kryzysie, tylko PRZEZ kryzys. Nie wiem czy to ma sens jako rozroznienie ale dla mnie to była duza różnica.
Wiesz, afirmacje działają na poziomie energetycznym, więc w kryzysie emocjonalnym to normalne ze ciało i umysł się bronią, bo energia jest zablokowana w danym miejscu. Trzeba najpierw odblokować czakrę sercową albo solarną, bo inaczej afirmacja nie ma przez co "wejść". Ja zawsze polecam kombinację afirmacji z kryształami, rozkładam je na ciele i wtedy wypowiadam słowa... Czuję że wtedy idzie znacznie głębiej.
Hej, oboje macie rację w swoich częściach. Egzorcysta słusznie zwraca uwagę, że nie możemy dawać rad, których osoba w kryzysie nie jest w stanie zastosować, bo niema kontekstu. Ale Jasnowidka też mówi o czymś realnym - skupienie uwagi na konkretnym miejscu w ciele podczas afirmacji zmienia jakość tej praktyki. Tylko to nie musi się nazywać "czakra", żeby działać. Możesz to nazwać "centrum oddechowe" i efekt będzie podobny, bo chodzi o zakotwiczenie w ciele, nie o nazwę.
A Nawiązując do tego, co napisała Hortensja na początku, to mnie tesz ciekawi ta sprawa z wyglądem. Serio słyszałam że ktoś zmienił kolor oczu przez afirmacje i wizualizacje. To w ogóle jest możliwe? 😛 Czy to raczej uban legend w tych kręgach?
Ech, hmm a ja mialem kolege co twierdził ze przez meditacje i wizualizacje przez pol roku jego oczy z ciemnobrązowych zrobiły sie ciemniejsze ale bardziej zielonkawe. Sam nie wiem czy w to wierzyc, bo on tez twierdził ze dużo innych rzeczy działa co potem okazywalo sie że... nie 🙂 Chyba ze to kwestia oswietlenia i nastroju bo znam sie troche na runach a nie na biologii
No właśnie to jest ten problem że takie opowieści krążą i potem ludzie w środku prawdziwego kryzysu myślą, że jak nie zmienił się kolor ich oczu po tygodniu afirmacji, to robią coś źle. I zamiast skupić się na tym co realne i osiągalne, gonią za czymś co prawdopodobnie nie istnieje. miałam kiedyś taki etap i to bardziej zaszkdziło niż pomogło.
No tak i dlatego wazne jest zeby na poczatku kryzysu nie stawiac sobie za wysokiej poprzeczki z tymi afirmacjami. Sama przeszlam przez ciezki czas jakis czas temu i jedyne co mi działało to bardzo proste zdania, dosłownie "daje sobie rade" albo "jutro bedzie inaczej". Nic o szczesciu i spokoju bo to było kompletnie poza zasiegiem. I wiesz co, po czasie te małe afirmacje faktycznie cos zmienialy... Powoli ale zmienialy.
A jak długo trzeba powtarzać taką afirmację żeby w ogóle cos poczuć? Bo słyszałam że 21 dni ale nie wiem czy to prawda czy wymyślone.
To "21 dni" pochodzi z obserwacji doktora Maxwella Maltza, chirurga plastycznego, który zauważył że pacjenci potrzebują mniej więcej tyle czasu żeby przyzwyczaić się do nowego wyglądu po operacji 😉 Potem to zostało przepisane milion razy w poradnikach self-help i stało się "magiczną liczbą"... Tyle że nowsze badania mówią, że tworzenie nawyku to raczej dwa do ośmiu miesięcy w zależności od osoby i złożoności nawyku. Więc 21 dni to nie jest reguła, to mit który się bardzo ładnie sprzedaje.
