a jak odróżnić zdrowy wniosek z doświadczenia od interpretacji którą warto zmieniać? Bo nie wiem czy chciałabym afirmacją 'nadpisać' coś co może być po prostu mądrością życiową.
właśnie o to chodzi - nie każde 'nie, dziękuję' to blokada. Czasem to jest naprawdę granica wynikająca z oceny sytuacji. Pytanie z jakiego miejsca to wychodzi. Jeśli masz czas i spokój i świadomie odmawiasz, to nie jest to samo co ten skurcz w klatce o którym pisała Lirka.
słucham tej rozmowy i zastanawiam się - czy nie jest tak że spora część tych blokad to po prostu kultura? Wychowanie gdzie proszenie o pomoc = słabość. Afirmacja może coś zmienić, ale czy nie jest to walka z czymś co jest głębiej zakorzenione społecznie niż psychologicznie?
ale czy to nie może być po prostu przyzwyczajenie do samej afirmacji, a nie zmiana przekonania? Bo chyba można powtarzać coś tak długo że przestaje wywoływać jakikolwiek odzew - ani opór, ani akceptację. Jak odróżnić że coś się zmieniło od tego że po prostu zdrętwieliśmy na te słowa?
to jest jeden z najważniejszych problemów w pracy z afirmacjami i dobrze że to wyszło. Jeśli powtarzasz afirmację mechanicznie to możesz wytworzyć właśnie takie znieczulenie - słowa przestają cokolwiek znaczyć. Dlatego liczy się nie ilość powtórzeń tylko jakość obecności podczas nich. Jedna afirmacja powiedziana z pełną uwagą i odczuciem w ciele daje więcej niż sto powiedzianych na autopilocie. Czy próbowałaś mówić ją wolniej i zatrzymywać się na każdym słowie?
nie, robiłam to raczej z rozpędu rano. Może właśnie stąd poczucie że nic się nie dzieje. A jak masz tę uwagę i obecność to co konkretnie w sobie obserwujesz? Czekasz na jakiś sygnał ciała?
a co jeśli po prostu sie nie czuje nic? Mówię afirmacje, staram sie być obecny, ale żadnego skurczu, żadnych sygnałów. To znaczy że u mnie to nie działa czy że blokada jest za głęboko żeby cokolwiek poczuć?
mam pytanie może naiwne - czy jest jakaś afirmacja którą w tym wątku ktoś uzna za dobrą na sam początek? Rozumiem że każda powinna być dopasowana, ale czy jest jakiś schemat albo choćby punkt wyjścia dla kogoś kto nie ma jeszcze żadnej swojej?
jeśli przekonanie brzmi 'jestem ciężarem', to afirmacja powinna być odwróceniem właśnie tego, nie ogólnym 'jestem otwarta na pomoc'. Coś w stylu 'moja obecność jest wartością' albo 'pozwalam innym dawać, bo to ich wybór, nie mój obowiązek'. To drugie jest ważne - bo często ta blokada opiera się na przekonaniu że się decyduje za kogoś innego że mu się nie chce. A to nie jest twoja decyzja do podjęcia.
to zdanie 'pozwalam innym dawać, bo to ich wybór' jakoś mnie uderzyło. Nie myslałam o tym w ten sposób. Zawsze czułam że jak odmawiam pomocy to chronię tę drugą osobę przed kłopotem. A to jest odwrócone - ja za nią decyduję że to kłopot. Czy to znaczy że ta blokada może być formą kontroli?
a powiedzie mi ktoś jak w ogóle sie zabrać za taką afirmacje jeśli sie nigdy wczensiej tego nie robiło? Czytam tu dużo o uważności i obserwowaniu ciała, ale nie mam pojecia od czego startować. Jakieś minimum?
słucham tej rozmowy o formie zdania i mam skojarzenie z czakrą solarną - tam gdzie siedzi kwestia sprawczości i wartości własnej. Przy blokadzie przed pomocą zawsze sprawdzam u siebie jak się ma czwarta i trzecia czakra. Jeśli jest napięcie w rejonie splotu słonecznego przy samym słyszeniu 'pozwól sobie pomóc', to wiem że pracuję z poczuciem wartości, nie z zaufaniem do innych. I dobór afirmacji idzie trochę w inną stronę.
czytam od jakiegoś czasu ten wątek i mam jedno konkretne pytanie - czy są afirmacje które działają nawet jeśli człowiek nie wierzy że to w ogóle ma sens? Pytam serio, bo mam sceptycyzm do pracy z afirmacjami, ale jednocześnie widzę że mam tę blokadę o której tu piszecie i chciałbym coś spróbować.
sceptycyzm nie wyklucza pracy z afirmacjami, ale zmienia punkt wejścia. Jeśli nie wierzysz że zdanie które powtarzasz jest prawdą, zacznij od zdania które jest neutralne i sprawdzalne. Na przykład 'obserwuję jak reaguję gdy ktoś proponuje mi pomoc' - to jest czysty opis, nie twierdzenie o sobie. Nie wymaga wiary, wymaga tylko uwagi. I właśnie ta uwaga jest pierwszym krokiem.
a mnie zastanawia zupełnie inna rzecz - czy te afirmacje muszą być wypowiadane na głos? Próbowałam w głowie i zawsze mi uciekały, zaczynałam myśleć o czymś innym. Na głos czuję się głupio ale przynajmniej nie odpływam.
przy temacie głosu - ja kiedyś nagrałam swoje afirmacje i odsłuchiwałam przez słuchawki rano. Efekt był dla mnie inny niż mówienie na głos do siebie. Słyszysz swój głos ale jesteś trochę bardziej obserwatorem niż mówcą. Nie wiem czy ktoś jeszcze tak próbował.
ok czyli jak dobrze rozumiem - ważniejsze jest żeby zdanie nie wywoływalo od razu oporu, niż żeby brzmiało pewnie? Że lepsza słabsza afirmacja którą da sie zaakceptować niż mocna którą od razu odrzucasz?
przepraszam że się wtrącam - czytam ten wątek od początku i mam pytanie może podstawowe. Skąd wiadomo że ta blokada przed przyjmowaniem pomocy to jest coś do przepracowania, a nie po prostu charakter? Może niektórzy ludzie są po prostu bardziej samodzielni i to jest ok?
to rozróżnienie z tą ulgą albo napięciem jest bardzo konkretne, dziękuję. Ale mam kolejne pytanie - co jeśli to napięcie jest dopiero po czasie? Czyli w momencie odmawiania czuję spokój, a dopiero potem, po kilku dniach, widzę że było mi trudno i mogłam poprosić o pomoc. Czy to znaczy że mechanizm jest głębiej zakopany?
Wracając do pytania Lirki o charakter kontra wzorzec - ja przez długi czas używałem słowa 'niezależność' żeby nie nazywać tego co naprawdę robiłem. Mówiłem sobie że po prostu wolę samodzielnie. A potem zobaczyłem że nigdy - dosłownie nigdy - nie prosiłem o pomoc nawet kiedy wyraźnie jej potrzebowałem. Jeśli 'charakter' nie ma żadnego wyjątku przez kilkanaście lat, warto się zastanowić.
To co Rydwanka.ka powiedziała o żalu - to chyba najtrudniejsza warstwa. Bo przy oporem przynajmniej wiesz że coś odpychasz. Przy żalu zdanie może 'wchodzić' i jednocześnie boleć, i nie bardzo wiesz co z tym zrobić. Miałam taki moment przy afirmacji o tym że zasługuję na wsparcie - nie protestowałam, ale płakałam. I nie wiedziałam czy to dobrze czy źle.
Słucham tej rozmowy o żalu i płakaniu przy afirmacjach i zastanawiam się - czy to jest normalne że coś tak prostego jak zdanie może cokolwiek aż tak uruchomić? Pytam bez ironii, bo sama z siebie bym powiedziała że afirmacje to takie powtarzanie słów i trudno mi sobie wyobrazić że jedno zdanie może wywołać łzy.
mam wrażenie żę w tym wątku doszlismy do czegoś ważnego - że afirmacje na przyjmowanie pomocy to nie jest ćwiczenie optymizmu tylko coś bliżej rozkopywania tego dlaczego w ogóle pomoc jest taka trudna. Czy ktoś tu zaczął od afirmacji a skończył na tym że wyjaśnił sobie jakąś konkretną sytuację z przeszłości której wcześniej nie łączył z tym tematem?
i właśnie o to mi chodziło - czy ktoś zaczął od afirmacji a doszedł do tego że rozumie skąd u niego ten opór na pomoc? Bo mam wrażenie że same afirmacje to taki wierzchołek, a pod spodem jest coś czego jeszcze nie widzę u siebie.
a jak rozpoznać które to u siebie? Bo jak słucham Konradka i Jaroslawa to trochę czuję jedno i drugie naraz i nie wiem od którego końca zacząć.
to co opisuje Dominisia01 z tym szeptem jest dla mnie kompletnie nieoczekiwane - że głośność ma znaczenie. Czy to jest coś co gdzieś jest opisane czy bardziej empiryczne odkrycie?
a ja mam pytanie trochę z innej strony - czy te afirmacje na przyjmowanie pomocy mają sens jak się je robi samemu, bez nikogo? Bo trochę dziwnie wychodzi że cwiczę przyjmowanie pomocy w samotnosci.
