Zaczęłam pracować z afirmacjami na akceptację błędów jakoś kilka miesięcy temu i szczerze — nie spodziewałam się, że to będzie aż takie trudne. Wydawało mi się, że wystarczy powiedzieć sobie 'moje błędy mnie uczą' i po sprawie. A tu nic. Głos w głowie natychmiast ripostował: 'no tak, ale TO konkretne potknięcie to już przesada'. Ciekawi mnie, czy ktoś przechodził przez podobny etap i jak sobie z tym poradził. Bo mam wrażenie, że niektóre afirmacje działają od razu, a przy akceptacji własnych niedoskonałości coś blokuje.
Dokładnie ten etap znam. Problem z afirmacjami na akceptację błędów jest taki, że często są za szerokie. 'Kocham i akceptuję siebie w całości' — dla umysłu to brzmi jak kłamstwo, jeśli właśnie nabrałaś wody w buty w czymś konkretnym. Lepiej sprawdzają się afirmacje procesowe, czyli takie, które nie twierdzą że już jest dobrze, tylko że jesteś w drodze. Na przykład: 'uczę się traktować swoje błędy z większą łagodnością'. To mniejszy krok, ale umysł mu nie skacze do gardła od razu.
Ja chciałam dorzucić coś z innej strony. Łączyłam afirmacje na akceptację z lapisem lazuli, bo czytałam że pomaga w przepracowywaniu wewnętrznego krytyka. Trzymałam go w dłoni podczas powtarzania. Nie wiem czy to kamień czy samo skupienie, ale było mi jakoś łatwiej wchodzić w tekst afirmacji. Może to zbieg okoliczności, ale powtarzało się regularnie.
Mam pytanie do tego co napisała Lunella — czy trzymanie kamienia to coś co robi się zamiast normalnego powtarzania afirmacji, czy razem? Zastanawiam się czy nie komplikuję sobie za bardzo, skoro dopiero zaczynam.
u mnie trwało to około trzech tygodni zanim poczułam że coś się przesunęło, ale to nie był nagły moment. Bardziej zauważyłam retrospektywnie, że popełniłam jakiś błąd i nie rozpamiętywałam go przez trzy dni jak zwykle, tylko przez kilka godzin. To były małe sygnały, nie wielkie przebudzenie. Więc tydzień to zdecydowanie za mało na ocenę.
Chcę doprecyzować jedną rzecz, bo widzę że pojawia się tu kilka różnych założeń naraz. Afirmacja procesowa, o której pisze Komecik, to rzeczywiście bardziej efektywne podejście i ma to swoje psychologiczne uzasadnienie — umysł odrzuca twierdzenia, które są zbyt odległe od aktualnego stanu przekonań. Ale jest jeden warunek, który często się pomija: afirmacja musi być wypowiadana w pierwszej osobie i czasie teraźniejszym, nawet jeśli jest procesowa. 'Uczę się' działa lepiej niż 'będę się uczyć', bo to drugie odkłada zmianę w nieokreśloną przyszłość i mózg traktuje ją jako nierealną. To nie jest kwestia filozofii, to kwestia tego jak działa autosugestia od strony neurokognitywnej.
Przepraszam za pytanie z zupełnie innej beczki, ale czy ktoś wie jak to się ma do czakry serca? Czytałem gdzieś, że blokady w anahata mogą utrudniać akceptację siebie i że dopóki ta czakra jest zamknięta, żadne afirmacje nie przebiją się głębiej. Czy w takim razie lepiej najpierw pracować nad czakrą a potem nad afirmacjami?
Dziękuję za to sprostowanie, bardzo mi pomogło! Trochę się przestraszyłem że może bez odpowiedniej czakry to w ogóle nie ma sensu próbować. A więc mogę po prostu zacząć od afirmacji i tyle?
A czy nie jest tak, że afirmacje na akceptację błędów mogą być trochę niebezpieczne? Bo mam taką myśl, że jeśli zbyt mocno wmówię sobie, że błędy są okej, to przestanę się starać. Chyba nie tylko ja tak myślę?
Dorzucę do tego co Kamilka51 napisała — pora dnia ma tu naprawdę duże znaczenie, a rzadko się o tym mówi. Rano, przed pełnym przebudzeniem umysłu analitycznego, bariera krytyczna jest niższa i treść afirmacji łatwiej trafia głębiej. Wieczorem, tuż przed snem, jest podobnie. W środku dnia, kiedy umysł jest aktywny i oceniający, afirmacja często kończy się dyskusją wewnętrzną zamiast przyjęciem. Szczególnie w przypadku tak 'drażliwego' tematu jak własne błędy — bo to temat, przy którym wewnętrzny krytyk jest wyjątkowo czujny.
Wow, bardzo dziękuję Kamilka51 za te konkretne przykłady! Naprawdę sporo mi rozjaśniło. A czy te zdania powtarzasz po prostu na głos, czy raczej w myślach? Zastanawiam się, czy to robi jakąś różnicę.
Ja też mam to pytanie, bo dużo czytałam o tym oporze i zawsze jest opisywany dość mgliście. Jedni piszą o ściśnięciu w gardle, inni o napięciu w klatce. A może to po prostu to, że jakieś zdanie brzmi dla mnie fałszywie? Tzn. czuję, że kłamię mówiąc 'akceptuję swoje błędy', bo w środku wiem, że ich nie akceptuję.
Bardzo dziękuję za to wyjaśnienie, naprawdę dużo mi dało! Mam jeszcze jedno pytanie — czy takie pytania trzeba sobie też gdzieś zapisywać, czy samo mówienie wystarczy? Bo mam wrażenie, że jak czegoś nie zapiszę, to szybko mi ucieka.
A czy jeśli podczas powarzania afirmacji zaczynam placakac to to jest ten opór o którym mówi Komecik? Bo mi się to zdążyło kilka razy i nie wiedziałam co z tym zrobić, przerywałam i odkładałam na później.
U mnie w pracy z akceptacją błędów bardzo pomaga połączenie afirmacji z ametystem. Kiedy powtarzam zdania o wybaczaniu sobie, trzymam kamień w dłoni albo kładę go sobie na mostku, mniej więcej w okolicy czakry serca. Mam wrażenie, że ametyst działa wtedy bezpośrednio na podświadomość i pomaga wydobyć to, co stłumione - te wszystkie zapomniane sytuacje, w których nauczyłam się siebie krytykować. Bez kamienia afirmacje zostają trochę na powierzchni, a z nim schodzę głębiej. Nie wiem, czy to kwestia samego minerału, czy tego, że dzięki niemu bardziej się skupiam, ale efekt jest dla mnie zauważalny. Może komuś jeszcze to zarezonuje.
Przeczytałam cały wątek i zastanawiam się — skoro efekt daje tak naprawdę skupienie i intencja, to czym to się różni od zwykłego postanowienia? Tzn. mogę sobie powiedzieć 'postanawiam nie biczować się za błędy' i tyle. Po co afirmacje?
Czytam ten wątek od początku i mam jedno konkretne pytanie, które mnie nurtuje — czy ktoś tu miał doświadczenie z afirmacjami, które zaczęły działać dopiero po długim czasie, na przykład kilku miesiącach? Bo w sieci wiele osób pisze o efektach po tygodniu, dwóch, i zaczynam się zastanawiać czy moje podejście jest po prostu za wolne, czy to jeszcze normalny zakres.
Wrzucam to pytanie bo mi nie daje spokoju — czy ktoś miał doświadczenie z afirmacjami, które zaczęły działać dopiero po długim czasie, na przykład kilku miesiącach? Bo w sieci wiele osób pisze o efektach po tygodniu, dwóch, a ja już trzeci miesiąc przy tym samym zestawie i mam wrażenie, że coś się powoli przesuwa, ale nie umiem tego nazwać. Jak w ogóle rozpoznać, że afirmacja 'zadziałała' przy takim temacie jak akceptacja błędów?
Ciekawi mnie coś pobocznego — czy długość sesji ma znaczenie? Bo czytałam różne zalecenia: od pięciu minut do pół godziny, i nie wiem, jak to się ma do jakości obecności, o której Komecik pisze. Czy krótka, ale skupiona sesja jest lepsza niż długa, ale chaotyczna?
Dorzucę swoje trzy grosze do kwestii czasu sesji — u mnie przełomem nie był schemat rano/wieczór, tylko ustawienie konkretnego wyzwalacza. Parząc kawę, zawsze powtarzam jedną afirmację, konkretnie tę o akceptacji błędów. I to działa lepiej niż wyznaczony czas, bo kawa i tak codziennie jest. Mózg zaczął kojarzyć ten moment z tym zdaniem i teraz ono 'samo przychodzi' podczas parzenia, nawet jeśli zapomnę intencjonalnie to zrobić.
Nie do końca rozumiem — czy te afirmacje o akceptacji błędów mają sprawić, że przestanę się przejmować błędami? Bo jakby tak działały, to brzmi jak przepis na osobę, która nie wyciąga wniosków. Skąd ta granica między zdrową akceptacją a zwykłym machnięciem ręką?
Słucham tej dyskusji i mam pytanie, które może być naiwne, ale chcę je zadać: czy w takim razie są afirmacje, które szczególnie dobrze pasują do tego etapu 'po zobaczeniu', o którym mówi Rozalinda? Tzn. coś, co nie jest ani zaprzeczeniem ('wszystko jest świetnie'), ani zbyt ogólne ('jestem w porządku')?
Wracając do afirmacji i oporu — miałam sytuację, gdzie jedno zdanie wywołało u mnie dość silną reakcję emocjonalną, niemal do łez. I nie wiedziałam wtedy, czy to znaczy, że trafiło, czy że jest za duże na ten moment. Czy ktoś miał coś podobnego i wie, jak to ocenić?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że cały czas kręcimy się wokół jednego problemu: żeby afirmacje na akceptację błędów zadziałały, trzeba mieć już trochę tej akceptacji, żeby w ogóle je przyjąć. Bo jeśli jej nie ma, zdanie brzmi fałszywie. Czy to nie jest trochę błędne koło? Kogoś kto najbardziej potrzebuje tej pracy, afirmacje po prostu nie 'chwytają'.
