Ale czy ktoś z was zastanawiał się, czy jest jakaś wersja afirmacji, która mogłaby być bezpieczna nawet w gorszym stanie? Nie mówię o głębokiej depresji, tylko o granicznych momentach. Czy da się to w ogóle sensownie zaprojektować?
To co Joasia71 opisuje to właściwie klucz do całej tej dyskusji. Afirmacja klasyczna zakłada, że możesz wyprzedzić rzeczywistość słowem. A to 'przypominanie sobie faktów' zakłada, że opierasz się na czymś, co już istnieje. Przy depresji ta druga opcja jest znacznie bezpieczniejsza, bo nie wymaga od mózgu uwierzenia w coś, czego nie czuje.
To mnie zatrzymuje. Czyli problem nie jest w afirmacjach jako takich, tylko w tym, jak bardzo odbiegają od aktualnego stanu? Jakby stopień oderwania od rzeczywistości był tym, co decyduje czy to pomaga czy szkodzi?
I właśnie dlatego dla mnie działały w momentach zwątpienia, ale nie w tych najgorszych. Przy zwykłej chandzie afirmacja 'dasz radę' ma jakiś punkt zaczepienia, bo gdzieś w środku wiesz, że to prawda, tylko nie czujesz. Przy depresji tego punktu zaczepienia nie ma.
Ale skąd wiadomo, czy to jest 'zwykła chandą' czy już coś poważniejszego? To jest właśnie to, co mnie tu nurtuje od początku. Czy jest jakiś sygnał, że afirmacje to za mało?
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Mówimy dużo o tym, co czuje osoba, która sięga po afirmacje. A co z tymi, którzy te afirmacje polecają? Czy ktoś, kto prowadzi kursy afirmacyjne albo promuje je w mediach, powinien mieć obowiązek informowania o tym, kiedy to nie jest właściwa metoda?
Albo wiedzą, ale zakładają, że to wybór użytkownika i nie ich sprawa. Podobnie jak z suplementami diety, nikt na opakowaniu nie pisze, że przy poważnej chorobie to nie zastąpi leczenia, bo wtedy produkt sprzeda się gorzej.
To wszystko razem brzmi dość pesymistycznie. Czy w ogóle jest jakiś model stosowania afirmacji, który byłby sensowny nawet dla kogoś w gorszym stanie, coś co nie wymaga od razu diagnozy ani specjalisty? Pytam, bo nie każdy ma dostęp do pomocy od razu.
To co Joasia71 pisze o pytaniach zamiast twierdzeń - sama przez jakiś czas próbowałam tej techniki i coś w tym jest. Ale mam pytanie do niej albo do kogokolwiek, kto to stosował: czy to pytanie zadajesz na głos, w myślach, czy piszesz? Bo u mnie efekt był zupełnie inny w zależności od formy.
u mnie zdecydowanie pisanie daje inne efekty niż mówienie. Coś w spowalnianiu myśli, zmuszeniu się do sformułowania zdania, sprawia że mniej automatycznie to odpychasz. Ale słyszałam od innych odwrotnie. Myślę, że to jest jeden z tych elementów, które trzeba sprawdzić samemu, bo może zależeć od tego jak ktoś w ogóle przetwarza język.
Wróciłam do tego wątku po chwili przerwy i zastanawia mnie coś innego. Mówimy o afirmacjach i pytaniach, o technikach i formach. Ale czy ktoś tu w ogóle dotknął kwestii, że przy depresji problemem jest często samo skupienie uwagi? Nie chodzi nawet o wiarę w treść, ale o to, że człowiek nie jest w stanie usiedzieć przy jednej myśli dłużej niż kilka sekund.
Przepraszam, że się wtrącę z czymś bocznym, ale to co Joasia71 opisuje, to nie brzmi jak afirmacje w ogóle. To brzmi jak mindfulness. Czy w tym wątku nie mieszamy już kilku różnych technik pod jedną nazwą?
Czytam to od dłuższego czasu i mam wrażenie, że im dalej w las, tym bardziej wynika z tego, że afirmacje to tylko jedna warstwa całego systemu i przy poważnych problemach sama ta warstwa nie utrzyma ciężaru. Czy dobrze to rozumiem, czy upraszczam?
Ciekawi mnie jedno: czy są jakieś afirmacje, które Joasia71 albo ktoś inny uznałby za względnie bezpieczne nawet przy gorszym stanie? Nie cudowne, nie leczące, tylko takie, które nie zaszkodzą i może pomogą przetrwać dzień?
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, które mi chodzi po głowie. Skoro afirmacje obecności, takie 'jestem teraz', 'ten moment przeminie', nie wymagają wiary w zmianę, to czym właściwie różnią się od zwykłego mówienia sobie czegoś pod nosem w trudnej chwili? Bo chyba każdy tak robi, nie? Mówi sobie 'daj spokój, to minie'. Czy to już jest afirmacja?
To, co mówi Novaria, chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Moje doświadczenie jest takie, że przy tym, co określiłabym jako 'szarość', takie wytłumienie, brak energii, nie cierpienie aktywne, ale brak obecności, afirmacje nie raniły. Nie pomagały jakoś spektakularnie, ale też nie były fałszywe. Po prostu były neutralne. Przy czymś głębszym, co miałam raz, to już był inny świat.
Słucham tego i myślę, że właśnie tu jest sedno. Przez cały wątek jakby dwie frakcje, jedna mówi że afirmacje muszą być prawdziwe żeby działały, druga że sam akt ma znaczenie niezależnie od wiary. I one nie dojdą do zgody, bo mówią o różnych mechanizmach. Która z tych stron ma więcej racji przy depresji?
Dorzucę jedno własne doświadczenie do tej dyskusji o mechanizmach, bo wydaje mi się, że trochę nam umknęło. Pracowałam kiedyś z prostymi afirmacjami właśnie w takim wyczerpaniu, nie klinicznej depresji, ale stanie, gdzie wszystko było ciężkie. I jedyne, co mi wtedy pomagało, to afirmacje bardzo krótkie, wręcz urywkowe. Nie pełne zdania o sile i potencjale, tylko dosłownie dwa słowa. 'Jestem tu'. 'Oddycham'. Nic więcej. Nie wiem, czy to afirmacje w klasycznym sensie, ale działało inaczej niż dłuższe formuły.
to ciekawe, bo intuicyjnie doszłaś do czegoś podobnego do tego, co Joasia71 opisywała wcześniej jako zakotwiczenia. Czy myślisz, że to efekt skrócenia zdania jako takiego, czy raczej tego, że te dwa słowa były bardziej prawdziwe, łatwiej było w nie 'uwierzyć'?
