To rozróżnienie Brygidki między kojącą a pozytywną - tego mi właśnie brakowało kiedy sama zaczzynałam. Używałam tych 'poradzę sobie' i czułam że kłamię sama sobie. A potem mi ktoś powiedział żebym nie mówiła co będzie, tylko co jest. I wtedy coś drgnęło.
Słucham tej rozmowy i coraz bardziej myślę że pytanie z tytułu tego wątku - kiedy można zacząć - jest może niewłaściwie postawione. Nie chodzi o to kiedy wolno, tylko o to co chcesz z tym zrobić i czy jesteś gotowa to poczuć naprawdę. Przynajmniej tak mi to wychodzi po tym wszystkim co tu przeczytałam.
To co napisała Czeremcha91 na końcu - że pytanie 'kiedy można zacząć' jest może źle postawione - siedzi mi w głowie. Bo ja właśnie tak miałem to pytanie w głowie gdy tu wchodziłem. I teraz nie wiem co z tym zrobić. Czyli jak przepuformułować to pytanie żeby miało sens?
Przepraszam że wchodzę z czymś prostym, ale naprawdę nie rozumiem - czy te 'afirmacje kojące' o których mówiła Brygidka71 to jest jakiś konkretny rodzaj, coś co można wygooglować, czy to ona sama je wymyśliła? Pytam bo chciałabym może spróbować coś takiego dla tej koleżanki.
A czy w ogóle trzeba mówić to głośno? Bo ja mam problem z wypowiadaniem takich rzeczy na głos, zawsze czuję się trochę głupio. Czy myślenie tego w głowie robi taką samą robotę?
Ja bym tu dorzucił że dawne tradycje miały na to sposób - zamawianie, które robiło się szeptem albo prawie bez głosu. Nie krzyk, nie uroczysta deklamacja. Szept właśnie dlatego że był pomiędzy - częściowo zewnętrzny, częściowo wewnętrzny. Może dla Oracle96 to byłoby coś pośredniego.
Wróćmy może do tego co mówiła Sagea - jedno zdanie dziennie, ręcznie. Próbowałam coś takiego ostatnio przy swoim trudnym czasie i rzeczywiście pisanie ręką jest inne. Ale nie wiedziałam że to może też działać przy żałobie jako coś w rodzaju afirmacji. To może być coś prostszego niż myślałam.
To co mówi Julitka94 o przekreślaniu - tego nie słyszałam nigdzie wcześniej i coś mnie w tym uderzyło. Że afirmacja to nie jest zdanie które musi być idealne od razu. Że można próbować i poprawiać. Chyba tego mi brakowało - myślałam że muszę od razu wiedzieć co jest prawdą.
i właśnie to jest chyba odpowiedź na pytanie z tytułu. Można zacząć w momencie kiedy jest się gotową na to że pierwsze zdanie może być przekreślone. Nie kiedy już się 'wyleczyło' ani kiedy mija miesiąc - tylko kiedy jest się gotową na próbowanie bez perfekcji.
A co jeśli ktoś w ogóle nie jest w stanie nic napisać, nawet jednego zdania? Bo znam osobę ktora straciła mamę i ona po prostu siedzi i nie robi nic, dosłownie. Czy wtedy te afirmacje, pisanie - to wszystko odpada?
Bo znam tą osobę z bliska i to mnie właśnie zastanawia - czy jest jakiś sygnał, że ta 'przestrzeń' o której mówi Brygidka71 już jest? Że jest ten moment kiedy coś się otwiera i można zaproponować choćby jedno zdanie do napisania? Czy to jest widoczne z zewnątrz?
No właśnie, ruch to jest baza. W bioenergetyce to się nazywa uziemienie - ktoś musi najpierw poczuć grunt pod nogami dosłownie, żeby cokolwiek zaczęło przepływać. Bez tego afirmacje są jak mówienie do ściany. Dlatego stare tradycje miały w obrzędach żałobnych dużo cielesnego - płakanie głośne, kiwanie, chodzenie w kółko. To nie było bez sensu.
Słucham tej dyskusji i zastanawiam mnie jedno - mówicie dużo o tym co jest przed afirmacjami, czyli to uziemienie, ruch, przestrzeń. Ale jak ktoś jest gotowy, to od czego zaczyna? Julitka94 mówiła o pisaniu i przekreślaniu, Brygidka71 o jednym zdaniu dziennie. Czy to mają być dwie osobne metody, czy można je połączyć?
A czy to musi być codziennie? Bo czytam tu o 'jednym zdaniu dziennie' i już mi się robi trochę jak obowiązek. A przy żałobie ostatnią rzeczą jakiej bym chciała to nowy obowiązek.
To co mówi Oracle96 jest dokładnie tym czego się bałam kiedy zaczęłam ten temat. Że cokolwiek zaproponujecie stanie się kolejną rzeczą którą muszę robić żeby 'dobrze' przeżyć żałobę. A tu czytam że można przekreślać, można nie pisać codziennie, można szeptać albo myśleć. Chyba po raz pierwszy ta rozmowa sprawia że czuję że nie ma tu żadnej normy do spełnienia.
I to jest chyba ważniejsze niż jakakolwiek konkretna afirmacja. Że nie ma obowiązku ani właściwego momentu wypisanego w kalendarzu. Czeremcha91, jeśli mogę zapytać - czy to co tu zebrałaś jakoś już zmienia to jak patrzysz na swój własny proces? Nie musisz odpowiadać, pytam bo temat zaczęłaś od 'kiedy można zacząć' i ciekawi mnie czy ta odpowiedź się jakoś ułożyła.
Ja mam jeszcze jedno pytanie bo mi się kręci w głowie - mówiliście o pisaniu, o ruchu, o szepcie. Ale czy ktoś z was miał doświadczenie z używaniem afirmacji dla kogoś innego? Tzn. nie dla siebie w żałobie, ale żeby pomóc komuś bliskiemu? Czy to ma w ogóle sens czy to zawsze musi być własna praktyka?
Dziękuję za tę rozmowę, naprawdę. Weszłam tu z prostym pytaniem a wychodzę z czymś czego się nie spodziewałam - że afirmacja w żałobie to nie jest zdanie do zapamiętania ale coś co się składa stopniowo, z błędów i przekreśleń. Nie wiedziałam że to może tak wyglądać.
Chcę odpowiedzieć Kornelii.x, bo zasługuje na odpowiedź. Tak, zmienia. Nie wiedziałam kiedy tu pisałam że skończy się na tym że uczę się że nie muszę nic robić 'właściwie'. To brzmi paradoksalnie bo przyszłam po gotowe zdania do powtarzania. A zamiast tego dostałam coś innego - zrozumienie że ten opór który czuję przed afirmacjami to może nie jest problem do ominięcia, tylko część samego procesu. Nie wiem czy to jest mądre czy tylko wygodne myślenie. Ale czuję się mniej zmuszona.
To co napisała Czeremcha91 jest dla mnie ważne. Ja też przyszłam tu z takim nastawieniem - są jakieś zdania które działają, wystarczy je znaleźć i powtarzać. I ta rozmowa bardzo mi to przewróciła. Ale mam pytanie do Brygidki71 - skoro afirmacja nie może być 'zafirmowana' za kogoś, to co właściwie możemy zrobić dla kogoś w żałobie? Czy jest jakiś odpowiednik tego dla bliskich?
Czytam od dłuższego czasu i mam pytanie bo trochę zgubiłem wątek - czy na początku tej rozmowy była mowa o jakichś konkretnych zdaniach które mozna powiedzieć albo napisać? Bo widzę dużo o tym kiedy i jak, ale nie widzę żadnych przykładów. Czy ktoś może podać jakieś realne sformułowanie które działa przy żałobie?
Wróciłam bo nie mogłam przestać o tym myśleć. Napisałam wcześniej że wychodzę z czymś czego się nie spodziewałam, i tak jest. Ale mam jeszcze jedno pytanie, może głupie - czy te 'kotwice' jak je teraz nazywa Brygidka71 można powiedzieć głośno, czy to działa tylko pisząc? Bo ja kiedy piszę to mam wrażenie że łatwiej mi się dystansować od słów niż kiedy je słyszę.
Nie odzywałam się przez cały wątek bo czytałam i nie wiedziałam co dodać. Ale to co napisała Magdusia.x o pisaniu i dystansie - to dokładnie to czuję kiedy próbuję czegokolwiek w trudnych momentach. Jakby pismo dawało chwilę oddechu między mną a słowem. Nie wiedziałam że to ma jakiś sens poza moim własnym odczuciem.
Patrzę na tę rozmowę i myślę że odpowiedziałam sobie na pytanie które zadałam w tytule, choć nie tak jak myślałam. Pytałam 'kiedy można zacząć'. A teraz myślę że to złe pytanie - bo nie ma momentu kiedy można, jest tylko moment kiedy coś w tobie samo szuka słowa. Dziękuję że tu byliście, naprawdę.
Przeczytałem ostatni post Czeremchy91 i to jest naprawdę mocne podsumowanie. Ale mam pytanie - ona pisze że 'coś w tobie samo szuka słów'. To brzmi jak coś co się dzieje samo, bez decyzji. Czy to znaczy że nigdy nie powinno się świadomie zaczynać afirmacji, tylko czekać na ten sygnał? Bo trochę mi to kłóci się z tym co czytałem wcześniej w wątku, że można zacząć od prostych zdań zakotwiczających nawet kiedy nic nie czujesz.
Wracając do pytania Leszka - bo mi też się ta kwestia kręci w głowie. Czy ten 'sygnał' o którym pisała Czeremcha91 to nie jest właśnie to co w bioenergetyce nazywa się odblokowaniem przepływu? Bo jak ktoś jest zamrożony to przepływ jest ścięty i żadne słowa nie dotrą dopóki ciało tego nie puści. Może dlatego pierwsze zdania wychodzą dopiero kiedy coś w ciele się poruszy - spacer, ruch, nawet płakanie.
Czytam tę wymianę między Brygidką71 a Oracle96 i ona mi coś wyjaśnia. Bo kiedy próbowałam różnych zdań, jedno mi powodowało że zaczynałam płakać - ale to był taki płacz że się coś rozluźnia, nie że boli bardziej. Teraz rozumiem że to pewnie był dobry znak? Że zdanie trafiło ale nie za mocno?
