Założyłam ten temat bo od jakiegoś czasu zmagam się z czymś, co chyba dobrze znacie. Mam poczucie że wszystko co robie, robię z myślą o tym żeby nie zawieść rodziny. Mama, tata, mąż, dzieci - cała ta odpowiedzialność siedzi mi w głowie non stop i blokuje mnie bardziej niż cokolwiek innego. ktoś mi poradził żeby spróbować afirmacji, ale nie wiem od czego zacząć. te które znajdę w internecie brzmią jakoś... płasko? Coś w stylu "jestem wystarczająca" albo "daję z siebie wszystko" i jakoś nie czuję żeby to trafiało w sedno... Czy ktoś pracował z afirmacjami właśnie w kontekście tego lęku przed zawodzeniem bliskich? Nie chodzi mi o ogólny samorozwój tylko konkretnie o to poczucie ciężaru odpowiedzialności.
No bez przesady, znam to uczucie i rozumiem o czym piszesz. Ten ciężar odpowiedzialności to jedna z najtrudniejszych rzeczy do przepracowania przez afirmacje, właśnie dlatego że afirmacja musi być zakorzeniona w przekonaniu, a nie tylko wypowiedziana. Problem z tymi gotowymi formułkami jest taki, że są za ogólne i twój umysł od razu je odrzuca, bo "wie" że to nieprawda. Zamiast "jestem wystarczająca" spróbuj czegoś bardziej procesowego, np. "robię co w mojej mocy i to jest wystarczające na ten moment". To brzmi inaczej, mniej jak deklaracja a bardziej jak..... pozwolenie sobie. Czy próbowałaś łączyć afirmacje z medytacją? Bo samo powtarzanie na sucho, bez wejścia w jakiś spokojny stan, to trochę jak recytowanie wiersza bez rozumienia słów.
Dokładnie to. Ten problem ze "zbyt gładkimi" afirmacjami jest bardzo realny i rzadko o tym się mówi wprost. Umysł ma wbudowany taki filtr - jak coś brzmi jak oczywista nieprawda, blokuje to zanim dotrze głębiej 🙂 ja przez długi czas pracowałam z afirmacjami mostkującymi, czyli takimi które nie twierdzą od razu że wszystko jest super, tylko prowadzą od tego co jest do tego co chcesz osiągnąć. Więc nie "nie boję się zawieść rodziny", tylko "zaczynam rozumieć że mój lęk nie jest miarą mojej wartości". To mniejszy skok dla psychiki.
A skąd w ogóle wiadomo że afirmacja "działa"? Pytam serio, bo sama probowalam i nigdy nie byłam pewna czy to ma sens czy po prostu się samookłamuję. ojejku, szczególnie jak chodzi o takie głęboko zakorzenione rzeczy jak lęk przed rozczarowaniem bliskich, bo to raczej coś z dzieciństwa niż kwestia słów 🙂
Trochę mi to zgrzyta co do całego tematu. Bo z jednej strony rozumiem że afirmacje mogą pomagać w budowaniu nawyku myślenia ale z drugiej - jeśli ktoś boi się zawieść rodzinę, to może problem leży nie w tym jak myśli, tylko w tym jakie ma relacje i oczekiwania wokół. ojej no, afirmacja może to przykryć zamiast rozwiązać, nie? Trochę jak przyklejanie plastra na coś głębszego
To co opisujesz, ten wewnętrzny głos, to jest właśnie ten poziom na którym afirmacje mogą działać, ale pod warunkiem że trafiają dokładnie w ten przekaz ktory głos nadaje. Jeśli głos mówi "zawiedziesz rodzinę", to afirmacja "jestem wystarczająca" nie wchodzi z nim w dialog, mija się. Lepiej żeby afirmacja odpowiadała na to konkretne zdanie. Spróbuj na chwilę zapisać co dokładnie ten głos mówi, jak jakieś konkretne zdania. I dopiero pod te zdania ułożyć odpowiedź. To żmudniejsze niż wzięcie gotowca z internetu, ale dużo skuteczniejsze.
A czy do tego rodzaju pracy można używać kamieni? ^^ Pytam bo gdzieś czytałam że amazonit albo malachit pomagają w kwestiach związanych z odpowiedzialnością i pewności siebie, ale nie wiem czy to nie jest przesada w tym kontekście.
Wtrącę się bo temat mnie wciągnął. Ja pracuję głównie z runami ale kilka lat temu miałam ten sam problem co Rajmunda opisuje, ten ciężar odpowiedzialności za bliskich. U mnie pomagało połączenie afirmacji z jakimś zakotwiczeniem fizycznym, czyli wymawiam afirmację i jednocześnie robię coś ruchowego, głęboki oddech, ściśnięcie dłoni, cokolwiek. Chodzi o to żeby nie był to tylko akt umysłowy. Nie wiem czy to ma jakieś eleganckie naukowe uzasadnienie, ale u mnie działało inaczej niż samo powtarzanie w głowie.
Mam pytanie troche z innej beczki - czy te afirmacje mozna robic razem z kimś z rodziny czy raczej to jest cos prywatnego? Pytam bo mam wrazenie ze u nas w domu to jest zbiorowy problem, wszyscy sie boja nawzajem zawiec i to tworzy takie napięcie. Zastanawiam sie czy to wogle tak dziala.
To ciekawe pytanie i rzadko poruszane. Technicznie możesz oczywiście robić to razem, ale afirmacje są jednak bardzo wewnętrzną pracą i zależy czy oboje jesteście w tym samym miejscu i z podobną intencją. Jeśli jedna osoba jest sceptyczna albo zażenowana, może to przeszkadzać drugiej. Natomiast jeśli chodzi o klimat w domu - to inna kwestia. Zmiana własnego wewnętrznego dialogu wpływa na to jak komunikujesz się z innmyi, i to może zmienić dynamikę w rodzinie bez konieczności wspólnego "ćwiczenia".
Dziękuję wam wszystkim za te odpowiedzi, sporo tu rzeczy do przemyślenia. Najbardziej chyba trafia do mnie to co Anetta pisała o zapisywaniu tego co mówi ten głos. Spróbuję to zrobić zanim ułożę afirmacje, bo rzeczywiście do tej pory szłam na skróty biorąc gotowe formułki i może dlatego nie czułam że to moje. I jeszcze jedno pytanie, czy afirmacja powinna być w pierwszej osobie zawsze, czy można ją jakoś inaczej sformułować? Czytałam że czasem mówienie do siebie po imieniu albo w trzeciej osobie działa inaczej.
Okej wiec mam jedno pytanie do tego co Rajmunda napisala na koncu - to zapisywanie co mowi glos, to trzeba to robic codziennie czy tylko jak juz sie czujesz zle? Bo nie wiem czy mam siadac z kartka co rano i "czekac" az cos sie pojawi, czy raczej w momencie kiedy to uczucie samo przychodzi
Słuchajcie, mam takie wrażenie że ta rozmowa trochę odpłynęła w kierunku przepracowywania przekonań w ogóle, a zaczęło się od bardzo konkretnego problemu - lęku przed zawiedzeniem rozdiny. Czy ktoś ma jakieś afirmacje które konkretnie z tym działają? Bo czytam tu dużo o metodzie i technice ale mało o tym co właściwie powtarzać.
Dodam jeszcze jedną rzecz bo mi to siedzi w głowie po tym co Gruszanka napisała. Jak pracowałam z tym ciężarem odpowiedzialności za bliskich, to przez długi czas używałam afirmacji które mówiły o tym że "jestem wystarczająca", "daję z siebie ile mogę" i tak dalej. I długo nic. Dopiero jak zamieniłam to na coś w stylu "moja rodzina ma swoje własne zasoby i nie potrzebuje mnie jako jedynego punktu oparcia" - to coś drgnęło. Czyli może nie chodzi o wzmacnianie siebie, tylko o zmianę przekonania o tym jak ta odpowiedzialność w ogóle wygląda?
