Tu jest jeszcze jeden aspekt, o którym nie mówiliśmy. Pora roku. Zimą poranek jest ciemny, organizm dłużej zostaje w trybie sennym, theta jest głębsza i dłuższa. Latem światło wpada wcześnie i okno się skraca. Sam zauważyłem, że zimą moje poranne afirmacje są mocniejsze, a latem przerzucam więcej na wieczór. Ciało reaguje na światło i nie da się tego ominąć siłą woli.
Czyli wychodzi na to, że oprócz pory dnia trzeba jeszcze brać pod uwagę porę roku i swój typ reakcji na światło. To się robi coraz bardziej spersonalizowane. Może odpowiedź na pierwotne pytanie brzmi tak, że nie ma uniwersalnej najlepszej pory, tylko jest najlepsza pora dla mnie w danym sezonie i przy danym rytmie życia.
Tak to właśnie wygląda. Cała ta dyskusja o porach ma sens tylko jako punkt wyjścia. Trzeba sprawdzić u siebie, prowadzić jakąś prostą notatkę, zobaczyć kiedy afirmacje rzeczywiście coś przesuwają, a kiedy są tylko klepaniem. Po dwóch, trzech miesiącach obserwacji każdy wie, kiedy ma swoje okno. Schematy są pomocne, ale tylko jako rusztowanie.
Dorzucę, żeby nie notować bezpośrednio po praktyce, tylko godzinę później. Bo zaraz po afirmacji człowiek jest zwykle w lekkim uniesieniu i wszystko ocenia wysoko. Godzina dystansu daje uczciwszą cyfrę. To samo dotyczy oceny wieczornej sesji, lepiej zrobić notatkę następnego dnia rano, kiedy widać co zostało z tej wieczornej pracy, a co się rozpuściło razem ze snem.
Czyli temat porannego okna nie jest dla wszystkich. Niektórzy po prostu są wieczorni biologicznie i nie ma co ich zmuszać do pracy o szóstej rano. Pytanie czy są jakieś znaki, po których można poznać do której grupy się należy, oprócz zwykłego poczucia 'jestem sową' albo 'jestem skowronkiem'?
Najprościej sprawdzić to obserwacją temperatury ciała i pory naturalnego głodu. Skowronki mają szczyt temperatury wcześniej, około siedemnastej, sowy później, około dwudziestej pierwszej. Pierwszy głód po przebudzeniu też mówi sporo. Skowronek je w godzinę po wstaniu, sowa czasem cztery godziny później. To są dobre wskaźniki chronotypu, lepsze niż samo poczucie.
Nagrania własnym głosem to coś, o czym myślałam, ale zawsze brzmiałam dziwnie na odtworzeniu i mnie to wybijało. Czy to się przyzwyczaja, czy są jakieś triki, żeby to nie odrzucało już na starcie?
Odrzucenie własnego głosu z nagrania to zjawisko normalne, bo na żywo słyszymy siebie przez przewodnictwo kostne, a z nagrania tylko powietrzne. Brzmimy inaczej, wyżej, cieniej. Trzeba przejść przez kilka tygodni słuchania, żeby mózg uznał ten dźwięk za swój. Pomaga nagrywanie szeptem albo półszeptem, bo wtedy różnica jest mniejsza i mniej drażni.
Afirmacje w ruchu to osobny mechanizm. Tam nie pracujesz na obniżonej krytyczności, tylko na rytmie. Krok, oddech, fraza, to się synchronizuje i tworzy coś w rodzaju mantry. Działa, ale inaczej, bardziej budująco niż przeprogramowująco. Dobre do utrwalania treści, które już wcześniej wprowadziłeś rano albo wieczorem.
Czyli wychodzi nam już cały system, poranek na wejście, popołudnie na dryf z nagraniem, ruch na utrwalanie, wieczór na emocje. To brzmi rozsądnie, choć nikt chyba nie robi tego wszystkiego naraz. Pytanie, od czego zacząć, jeśli ktoś chce wprowadzić jedną porę i nie kombinować z resztą?
Od tej pory, którą i tak masz wolną codziennie bez wyjątku. Bo najlepsza strategia upada, jeśli nie da się jej powtarzać. Jak masz dzieci i poranek to chaos, zapomnij o oknie theta i pracuj wieczorem. Jak pracujesz do późna i padasz po dwudziestej drugiej, pracuj rano. Biologia jest ważna, ale stałość bije optymalną porę za każdym razem.
