Od jakiegoś czasu próbuję wprowadzić afirmacje do codziennej rutyny i zastanawiam się, kiedy właściwie mają największy sens. Czytałam, że najlepiej działają zaraz po przebudzeniu, bo mózg jest jeszcze w stanie pół-sennym i łatwiej coś w nim 'osadzić'. Ale spotkałam się też z opinią, że wieczór przed zaśnięciem jest lepszy, bo podświadomość przejmuje to, co jej dasz na koniec dnia. A jeszcze ktoś mi mówił, że południe, bo wtedy umysł jest najbardziej skupiony. Macie jakieś własne obserwacje? Czy to w ogóle ma znaczenie, o której się je powtarza?
To nie jest tak, że jedna pora jest 'lepsza' obiektywnie. Chodzi o stany mózgu - rano i wieczorem masz dostęp do fal alfa i theta, czyli stanu, w którym świadomy filtr jest słabszy. W południe pracuje beta, więc tam afirmacja jest bardziej intelektualnym powtórzeniem niż wgrywaniem do podświadomości. Stąd ta tradycja porannych i wieczornych praktyk - to nie magia, tylko neurofizjologia.
U mnie najlepiej działa wieczór, jakieś 10 minut przed zaśnięciem. Powtarzam w myślach, czasem zasypiam w środku zdania i mam wrażenie, że to wtedy najmocniej wchodzi. Rano jakoś nie umiem się skupić, od razu lecę do telefonu i potem już po praktyce.
A jak to wygląda u osób, które pracują na zmiany? Ja czasem wstaję o 4, czasem o 13. Czy 'poranek' to konkretna godzina, czy raczej moment po przebudzeniu niezależnie od zegarka?
Czyli wychodzi na to, że poranek i wieczór wygrywają, a południe to taka drugorzędna pora. A co z afirmacjami nagranymi własnym głosem puszczanymi w tle? Słyszałam, że można je odtwarzać przez sen i wtedy 'wchodzą' bez udziału świadomości. Brzmi to dla mnie trochę podejrzanie.
Uczenie się przez sen to temat sporny. Były badania w latach 50-60, które miały pokazywać, że ludzie przyswajają treść podczas snu, ale potem okazało się, że jak badani byli w realnym śnie (EEG to potwierdzało), to nic nie wchodziło. Wchodziło tylko wtedy, gdy byli w fazie zasypiania, czyli w hipnagogii. Więc nagrane afirmacje mogą działać w pierwszych kilkunastu minutach przed zaśnięciem, ale puszczanie ich całą noc to raczej zaburzanie snu niż praktyka.
Dorzucę coś, o czym mało się mówi. Pora dnia to jedno, ale rytm tygodniowy też ma znaczenie. W tradycjach planetarnych każdy dzień ma swojego patrona i niektóre afirmacje 'lepiej siadają' w odpowiednie dni. Afirmacje o miłości w piątek, o pieniądzach w czwartek, o sile woli we wtorek. Łączenie pory dnia z dniem tygodnia daje mocniejsze osadzenie.
A ja mam pytanie trochę z innej strony - czy ktoś robił sobie eksperyment, gdzie przez miesiąc tylko rano, potem miesiąc tylko wieczorem i porównywał efekty? Bo my tu gadamy teoretycznie, a ciekawe jakie są realne różnice u jednej osoby.
Dokładnie tak. Kortyzol szczytuje rano, około 30-45 minut po przebudzeniu, więc próba wmawiania sobie wtedy głębokiego spokoju idzie pod prąd fizjologii. Lepsze są wtedy afirmacje aktywizujące, dotyczące celów, energii, decyzyjności. A spokojowe zostawiamy na wieczór, kiedy melatonina i tak schodzi w stronę odprężenia. To jest moim zdaniem ważniejsze niż sama godzina - dopasowanie treści do tego, co ciało już samo robi.
jeśli ktoś jest rozbity rano, to często znaczy, że ma rozregulowany rytm dobowy albo wyczerpane nadnercza. U takich osób krzywa kortyzolu jest spłaszczona, czyli zamiast wyraźnego szczytu rano masz lekki poziom przez cały dzień. Wtedy faktycznie afirmacje aktywizujące lepiej zadziałają wtedy, kiedy realnie czujesz przypływ energii, a nie wtedy, kiedy teoria mówi że powinieneś. Ciało ma pierwszeństwo nad podręcznikiem.
A czy ten opór, o którym mówisz, to znak że afirmacja nie pasuje, czy wręcz przeciwnie - że uderza w coś ważnego i dlatego boli?
Czyli zmiękczenie afirmacji to nie jest pójście na łatwiznę, tylko praktyczne dopasowanie do poziomu, na którym jestem. A czy są jakieś sygnały, że można przejść z formy łagodnej na tę twardszą, w stylu 'jestem' zamiast 'uczę się'?
Sygnałem jest najczęściej to, że stara forma przestaje budzić jakąkolwiek reakcję. Powtarzasz 'jestem otwarta na obfitość' i czujesz, że to już oczywistość, nic się w środku nie dzieje. Wtedy podnosisz poprzeczkę. To trochę jak z ciężarami na siłowni - jak 20 kilo idzie bez wysiłku, bierzesz 25. Tylko że tu nie mierzysz siły mięśni, tylko poziom utożsamienia ze stwierdzeniem.
To pytanie do całej dyskusji - czy ktoś z was łączył afirmacje z konkretnym rytuałem porannym albo wieczornym? U mnie zaczęło dopiero działać, jak dodałam zapalanie świecy przed praktyką wieczorną. Wcześniej leciałam z afirmacjami w łóżku i to było bez kotwicy.
Wracając do głównego tematu - mam wrażenie, że ta cała dyskusja o porach dnia ma sens tylko wtedy, kiedy ktoś już ma regularną praktykę. Bo dla kogoś, kto robi afirmacje raz na tydzień, gdy sobie przypomni, godzina jest najmniejszym problemem. Najpierw codzienność, potem optymalizacja.
Zgadzam się z tym podejściem. Regularność bije optymalizację na każdym poziomie. Mogę mieć perfekcyjnie ułożoną afirmację, w idealnej porze, z idealną kotwicą - jak robię to raz na dwa tygodnie, nic z tego nie wyjdzie. A prosta afirmacja powtarzana codziennie o tej samej, niech będzie nawet 'średniej' porze, po kilku tygodniach zaczyna zmieniać myślenie.
Tylko dodajmy jedno, bo zaczyna nam się robić mit poranka jako złotej pory. Nie każdy ma poranny dostęp do tego stanu theta. Osoby, które budzi budzik i od razu lecą do dzieci, do pracy, do telefonu, nie wchodzą w żadną hipnopompię. Ten stan trzeba świadomie podtrzymać przez kilka minut po otwarciu oczu, a to wymaga warunków. Bez nich poranek staje się tylko teorią.
To w sumie wraca do tego, co pisała Agatha o kotwicy. Może dla osoby, która nie ma luksusu spokojnego poranka, ta wieczorna praktyka jest jedyną realną opcją, niezależnie od tego co teoria mówi o najlepszej porze. Pytanie czy ktoś z was próbował robić afirmacje w południe, w jakimś okienku w środku dnia? Bo cały czas mówimy o ekstremach.
Próbowałam, ale szczerze mówiąc południe to dla mnie najgorsza pora. Umysł jest w trybie zadaniowym, ciało napięte, dookoła hałas. Żeby cokolwiek z tego było, musiałabym zrobić długą sekwencję wyciszającą, a wtedy to już nie afirmacja w południe tylko medytacja z afirmacją w środku. Ktoś z was ma inaczej?
Czyli wychodzi na to, że jak ktoś chce się przeprogramować na poziomie tożsamości, to musi celować w poranek albo wieczór, a południe to wsparcie. Dobrze rozumiem? Bo chciałabym wiedzieć, gdzie mam stawiać priorytet, jak mam mało czasu w ciągu dnia.
Tutaj się nie do końca zgodzę z dominacją wieczoru. Wieczorem mózg konsoliduje, owszem, ale konsoliduje wszystko, łącznie z lękami i obawami z całego dnia. Jak ktoś idzie spać po stresującym dniu i wrzuca afirmację, ona ma konkurencję. Rano pole jest czystsze. Dla mnie poranek jest mocniejszy właśnie dlatego, że ustawia kierunek na cały dzień, a wieczorem walczę z osadem z dnia.
Czyli znowu wracamy do tego, że nie ma jednej odpowiedzi, tylko trzeba znać swój problem. Jeśli mój dzień zaczyna się od mgły i braku celu, idę w poranek. Jeśli kończy się przeładowaniem, idę w wieczór. A jeśli mam jedno i drugie, to robię obie pory, tylko z różnymi treściami. Tak to teraz układam.
To dobre rozróżnienie, między porą praktyki a porą oceny praktyki. Bo do tej pory rozmawialiśmy tak, jakby cała robota miała iść w tej samej fazie dnia. A może rzeczywiście jest tak, że samą afirmację robisz w stanie miękkim, a przegląd w stanie analitycznym. To dwie różne funkcje umysłu i głupio je mieszać.
A jak to wygląda, jeśli ktoś pracuje na zmiany? Mam koleżankę, która ma nocki i jej rytm dobowy jest totalnie odwrócony. Czy dla niej poranek to ten moment po skończonej zmianie, czy raczej po przespanym dniu? Bo to chyba zmienia całą logikę tego, o czym tu mówicie.
To mi się przyda, bo sama mam nieregularne godziny i myślałam, że jestem z góry na straconej pozycji. Czyli kluczem jest moment wybudzenia, a nie zegarek. A czy ktoś próbował celowo budzić się wcześniej, żeby mieć więcej czasu na to okno theta, zanim zacznie się normalny dzień?
Robiłam tak przez kilka miesięcy. Nastawiałam budzik na pół godziny wcześniej, żeby mieć ten bufor. Sprawdziło się, ale pod jednym warunkiem, że szłam spać odpowiednio wcześniej. Jak skracałam sen, to ten poranny stan był zamglony i ciężki, nie miękki. Afirmacje wchodziły gorzej niż gdybym spała normalnie i robiła je w pośpiechu. Sen jest warunkiem wstępnym.
Dodam, że to okno można sztucznie wydłużyć, jeśli nie otwiera się oczu i nie sięga po telefon. Każde światło ekranu, każdy bodziec wzrokowy skraca tę fazę o połowę. Ja mam zasadę, że pierwsze dziesięć minut po przebudzeniu to oczy zamknięte, telefon w drugim pokoju, tylko ja i wewnętrzne zdania. Wtedy wyciągam z tego stanu znacznie więcej.
