Mam problem, z którym nie umiem sobie poradzić i może ktoś z Was miał podobnie. Pracuję od jakiegoś czasu z afirmacjami na relacje rodzinne, idzie mi to całkiem nieźle przy tacie, siostrze, ale utknęłam przy mamie. Mama nie żyje od pięciu lat. Trener, u którego byłam na warsztacie, mówił, że afirmacje formułuje się zawsze w czasie teraźniejszym, czyli 'jestem w zdrowej, kochającej relacji z mamą'. Tylko jak to powtarzać, kiedy mamy fizycznie nie ma? Czuję, że mój umysł od razu protestuje przy każdym powtórzeniu i to chyba nie o to chodzi. Zostało między nami sporo niedopowiedzianych rzeczy, ostatnie miesiące przed jej śmiercią były trudne. Czy ktoś z Was pracował z afirmacjami nakierowanymi na osoby zmarłe? Jak to formułować, żeby nie kłamać samej sobie?
Wrócę do pierwotnego pytania, bo trochę odbijamy. Czas teraźniejszy w afirmacjach ma sens neurologiczny - mózg lepiej koduje stany, które prezentowane są jako obecne. Ale to nie znaczy, że każda afirmacja musi być w formie 'jestem'. Może być 'wybieram', 'pozwalam sobie', 'otwieram się na'. Te formy też są w czasie teraźniejszym, ale opisują proces, nie stan finalny. Dla Gosi: 'pozwalam sobie pamiętać mamę z czułością' jest poprawnie skonstruowaną afirmacją w czasie teraźniejszym, a jednocześnie nie zmusza umysłu do akceptowania czegoś, co nie jest prawdą.
Mam wątpliwość co do całej tej koncepcji. Czy to nie jest tak, że próba afirmowania relacji ze zmarłą osobą może opóźniać naturalny proces żałoby? Jakby ktoś chciał obejść uczucie straty przez technikę. Pytam, bo nie znam się na samej żałobie, ale instynktownie coś mi tu zgrzyta.
Pół roku to realna skala przy stracie rodzica. Spotykałem ludzi, którzy oczekiwali, że afirmacje załatwią im to w trzy tygodnie i potem byli rozczarowani, że 'nie działa'. Działa, tylko nie w takim tempie, w jakim chcieliby.
Wracając do formy zdań, bo coś mi nie daje spokoju. Klaudia napisała wcześniej, że 'jestem w zdrowej relacji z mamą' to projekcja. Ale czy 'mam zdrowy stosunek do pamięci o mamie' też nie jest projekcją na początku pracy? Bo jeśli właśnie nie mam, to też sobie wmawiam coś, czego nie ma.
Dodam jeszcze, że formy procesowe są bezpieczniejsze przy pracy ze zmarłymi, bo nie zamykają tematu. 'Jestem w zdrowej relacji' brzmi jak gotowy stan, czyli sygnał do umysłu 'temat zamknięty'. A tu właśnie nie chodzi o zamknięcie, tylko o uczciwe przejście przez proces.
A jak rozpoznać, czy wybaczenie się dokonało, czy tylko wmawiam je sobie? Bo czasem mam wrażenie, że niby już mi przeszło, a potem przy jakimś drobiazgu wraca cała fala.
Tu jeszcze ważna rzecz, której nikt nie wspomniał. Praca z afirmacjami przy żałobie najlepiej idzie, kiedy obok niej jest jakiś rytuał pamięci. Niekoniecznie magiczny, ale jakaś forma uznania straty. Zapalona świeca w określony dzień, zdjęcie postawione na widoku, krótka chwila ciszy. To daje umysłowi sygnał, że strata jest obecna i uznana, więc afirmacja nie musi tej pracy wykonywać sama.
Mam pytanie z innej strony. Czy w pracy z afirmacjami po stracie zdarza się, że pojawiają się sny z osobą zmarłą? Bo czytałam gdzieś, że intensywna praca nad pamięcią może to wywołać, ale nie wiem, czy to fakt, czy myślenie życzeniowe.
A czy ktoś z Was próbował pisać afirmacje, zamiast je wypowiadać? Słyszałam, że przy żałobie pisanie jest łagodniejsze, bo daje dystans. Sama nie pracowałam z tym w kontekście straty, więc pytam.
Dodam jeszcze, że przy pisaniu afirmacji w kontekście straty pomocne bywa zostawienie na kartce miejsca obok zdania. Pusta przestrzeń, w którą można dopisać, co się pojawiło w ciele lub w myślach. To nie ma być dziennik emocji, tylko krótka notatka - jedno słowo, dwa. Po kilku tygodniach widać, jak zmienia się reakcja na to samo zdanie.
Chciałabym wrócić do czegoś, co padło wcześniej przy słowie 'wina'. Czy w pracy z afirmacjami po stracie tę listę rdzennych słów lepiej spisać od razu wszystkie, czy odkrywać je po kolei, w miarę jak się pojawiają?
A co z dniami, kiedy nie chce mi się w ogóle siadać do tego pisania? Pojawia się myśl 'po co' i odkładam. Mam się zmuszać, czy odpuścić i wrócić, kiedy samo przyjdzie?
Pytanie z innej strony - czy w trakcie takiej pracy można robić coś dodatkowego z przedmiotami po osobie? Mam zdjęcie mamy na półce i nie wiem, czy w tych dniach trzymać je blisko, czy schować, żeby nie zaburzało?
A czy taką sekwencję trzech zdań trzeba samej ułożyć, czy można korzystać z gotowych z książek? Bo mam wrażenie, że gotowe brzmią obco i nie przechodzą przez gardło.
Mam pytanie wracające do samego sformułowania w czasie teraźniejszym, bo zgubiłam się trochę po drodze. Przy zmarłej osobie 'jestem w zdrowej relacji z mamą' nie działa, bo umysł odrzuca. Ale 'mam zdrowy stosunek do pamięci o mamie' już brzmi sztucznie. Czy jest jakiś środkowy poziom, który łączy teraźniejszość z realiami?
Dodam do tego, że zakończenie cyklu też powinno być świadome, a nie wynikać z porzucenia. Jeśli po prostu przestajesz, bez zamknięcia, umysł zostaje z wrażeniem niedokończonej sprawy. Lepiej powiedzieć sobie wprost - to zdanie zrobiło dla mnie, co miało zrobić, dziękuję, kończę. Wtedy domyka się pętla.
