Ostatnio siedzę nad afirmacjami już chyba z trzy miesiące i mam takie poczucie, że coś nie gra. Powtarzam sobie codziennie rano że jestem produktywny, że działam, że osiągam cele - i wychodzi mi z tego... kolejna godzina powtarzania afirmacji. Zamiast zabrać się do roboty siedzę i afirmuję. Czy to tylko mój problem, czy ktoś jeszcze tak miał? Może źle to robię?
Dokładnie tak samo miałam na początku. To jest taka pułapka, że samo powtarzanie daje złudzenie działania. Czujesz się jakbyś coś robił, a tak naprawdę siedzisz w miejscu. Myślę że afirmacje mają sens tylko jako rozgrzewka przed faktyczną pracą, nie zamiast niej.
Ale czy to nie jest tak, że jeśli afirmacje naprawdę działają na podświadomość, to sama zmiana przekonań powinna w końcu pociągnąć za sobą działanie? Czytałem coś o tym, że jeśli dostatecznie mocno uwierzysz, to ciało samo zacznie działać bez przymusu.
To jest właśnie mit, który krąży od lat. Sama zmiana myśli nie uruchamia działania jeśli nie ma konkretnego bodźca ani planu. Neuroplastyczność owszem - powtarzanie myśli może przebudować schematy, ale to nie jest mechanizm 'myślę więc robię'. To bardziej 'myślę inaczej, więc reaguje inaczej na to co już robię'. Różnica jest zasadnicza.
U mnie afirmacje działają zupełnie inaczej w zależności od tego czy mówię je na głos czy piszę. Jak piszę rano w dzienniku, to potem faktycznie coś robię. Jak tylko mówię w myślach albo na głos przed lustrem - to zostaje w powietrzu. Ktoś jeszcze ma tak?
Kilka zdań, ale muszą być konkretne. Nie 'jestem produktywny' tylko coś w stylu 'zaczynam od jednej małej rzeczy i kończę ją zanim wezmę kolejną'. Im bardziej ogólna afirmacja, tym mniej z niej wychodziło w moim przypadku. To moje doświadczenie, nie jakiś przepis.
Właśnie ta granica to jest sedno problemu, o którym tu mówicie. Afirmacja która opisuje zachowanie jest bliżej intencji niż autosugestii. Klasyczna autosugestia Coue'ego opierała się na zdaniach w czasie teraźniejszym i powtarzaniu do stanu monotonii - chodziło o ominięcie świadomego oporu, nie o planowanie. Kiedy piszemy 'jestem zorganizowany' to jedno, ale kiedy piszemy 'zaczynam od jednej rzeczy' to już raczej instrukcja. Obie formy mogą działać, ale z różnych powodów.
Jest jeszcze jeden aspekt który tu pomijamy. Afirmacje mogą dawać poczucie ulgi, bo 'robisz coś' w kierunku zmiany. I to jest ta sama pułapka co scrollowanie inspirujących cytatów - czujesz się zmotywowany ale energia wyładowuje się w samym poczuciu a nie w działaniu. To zjawisko jest opisane w badaniach nad 'mental contrasting' Gabriele Oettingen. Sama pozytywna wizualizacja często obniża mobilizację, bo mózg traktuje wyobrażony stan jak częściowo osiągnięty.
Dlatego właśnie afirmacje najlepiej robić wieczorem, wtedy energia idzie prosto w podświadomość podczas snu i mózg przepracowuje to przez noc. Rano jesteś gotowy do działania bo podświadomość zrobiła już swoją robotę. To jest znana zasada pracy z podświadomością.
Przepraszam że wtrącę, ale to co Kminek napisała o sportowcach - to chyba wyjaśnia dlaczego afirmacje 'jestem produktywny' brzmią pusto, a jak wyobrażam sobie że siadam i zaczynam pisać tego maila, to faktycznie mi łatwiej. Tylko nigdy nie wiedziałem że to ma jakieś uzasadnienie.
U mnie właśnie to łączenie działa najlepiej - piszę afirmację, ale od razu dopisuję co konkretnie zrobię za chwilę. Takie zdanie z zamiarem. Nie wiem jak to się naukowo nazywa, ale efekt jest inny niż samo powtarzanie.
Ale przecież samo formułowanie afirmacji to już jest działanie, nie? Siedzisz, myślisz, ustalasz co chcesz zmienić. Wydaje mi się że zbyt surowo podchodzimy do tych afirmacji jakby to był objaw lenistwa.
Ciekawi mnie jedna rzecz - czy ktoś z Was miał tak, że afirmacje działały przez jakiś czas, a potem przestały? Jak przestają dawać efekt, to co wtedy? Zmieniacie treść, formę, czas?
A mnie zastanawia inna rzecz. Mówimy dużo o tym co działa na poziomie neurologii, ale afirmacje to też kwestia przekonania. Jak zupełnie nie wierzysz w to co mówisz, żaden kontekst nie pomoże. Miałam taki etap - zmieniałam treść, godziny, formę, i nic, bo po prostu nie wierzyłam że jestem produktywna. Dopiero kiedy zaczęłam to potwierdzać działaniem, słowa zaczęły mieć jakiś sens.
Właśnie dlatego przez długi czas siedziałem z tymi samymi afirmacjami i nic się nie zmieniało, bo czekałem aż uwierzę zanim cokolwiek zrobię. Teraz rozumiem że to było odwrócone. Tylko jak to zmienić w głowie, jak masz mocno zakorzenione że najpierw nastawienie, potem działanie?
- Może przez zmniejszenie skali? Nie 'jestem produktywny', tylko 'zaraz przez pięć minut zrobię jedno konkretne zadanie'. To jest już pół drogi do działania, a nie tylko do myślenia. Przynajmniej tak mi ktoś kiedyś podpowiedział i zaczęłam od tego.
Ale czy to nie jest po prostu lista zadań ubrana w inne słowa? Bo jak mówię 'zaraz przez pięć minut zrobię X', to to jest plan, nie afirmacja. Gdzieś chyba trzeba odróżnić jedno od drugiego, bo inaczej pomieszamy dwa różne podejścia.
To wyjaśnia dużo. Ja sama czasem wracam do afirmacji nie dlatego że oczekuję zmiany, tylko dlatego że chcę się uspokoić przed trudnym dniem. I to działa. Ale nie mylę tego z pracą nad produktywnością. Chyba właśnie to jest ten podział na który czekałam żeby go nazwać.
To jest chyba najuczciwsza odpowiedź w tym wątku. Afirmacje mogą być dobre i mogą być ucieczką - ta sama czynność, zupełnie różna funkcja. I chyba nie ma jednej techniki która odróżni jedno od drugiego, bo to zależy od tego co konkretna osoba w danym momencie z nimi robi.
I tu wracamy do tytułu wątku - afirmacje jako schronienie zamiast produktywności. Może to jest ta rzecz której szukałem od początku tej rozmowy. Że to nie problem z afirmacjami, tylko problem z tym dlaczego w danym momencie po nie sięgam.
Ale skąd wiesz że sięgasz z właściwego powodu? Serio pytam, nie retorycznie. Jak to sprawdzasz u siebie?
Ale skąd wiesz że to różnica? Dla mnie mniej lęku zawsze oznaczało że mam więcej energii. Jak nie boję się zadania, to po prostu je robię. Nie rozumiem czemu to miałoby być rozdzielone.
To mi dużo wyjaśnia. Bo ja właśnie miałem to tak - byłem spokojny po afirmacjach ale jakby... miękki. Bez ochoty na nic konkretnego. I myślałem że coś robię źle, że za mało powtarzam albo zły czas. A może po prostu używałem ich tylko do wyciszenia i oczekiwałem czegoś innego?
Dokładnie to samo u mnie na początku. To miękkie uczucie to nie jest cel sam w sobie jeśli chcesz coś zrobić. Przynajmniej ja tak to rozumiem. Ale mam pytanie do Kminek - czy da się w ogóle skonstruować afirmację która nie wycisza, tylko aktywizuje? Bo nie bardzo wiem jak miałaby wyglądać.
Sama tego nie wiedziałam tak wprost, ale teraz jak myślę wstecz to moje afirmacje które 'działały' zawsze miały jakiś czasownik. Nie 'jestem zorganizowana', tylko 'organizuję swój dzień'. To dosłownie jedno słowo różnicy a efekt był inny. Może dlatego.
Hm, ale to chyba też zależy od osoby? Bo ja pracuję z 'jestem' i mi odpowiada. Nie czuję się po tym miękko, tylko zdecydowanie. Może to jest kwestia jak ktoś personalnie odbiera dany typ afirmacji, nie jakichś uniwersalnych reguł?
Słuchacie, a czy ktoś próbował połączyć jedno i drugie? Najpierw coś wyciszającego żeby zejść z lęku, a potem od razu przejść do czegoś bardziej zadaniowego? Zastanawiam się czy to w ogóle ma sens czy raczej jedno niweluje drugie.
