Próbowałam i u mnie zadziałało, ale z jednym warunkiem - musi być między nimi wyraźna granica. Nie dosłownie siadasz i lecisz dalej. Wstajesz, robisz krok, zmieniasz pozycję. Jakiś fizyczny sygnał że skończyłaś jedną część i zaczynasz drugą. Bez tego mi się mieszało i wracałam do wyciszającego trybu.
Ta granica fizyczna to ciekawy pomysł. Ale czy to nie jest trochę protetyка dla umysłu który nie umie sam się przestawić? Pytam serio, nie złośliwie - zastanawiam się czy chodzi o budowanie naprawdę nowego nawyku czy tylko o obejście problemu.
Dokładnie. I wracając do tytułu wątku - tu leży jedna z odpowiedzi na pytanie o równowagę między afirmacją a działaniem. Nie musisz wybierać. Musisz wiedzieć co robi każda z części i ustawić je w odpowiedniej kolejności. Problem zaczyna się kiedy traktujesz obie jako to samo albo kiedy zatrzymujesz się na pierwszej i nigdy nie przechodzisz do drugiej.
To logiczne, ale ja nadal mam pytanie praktyczne - jak długo można siedzieć w tej pierwszej części zanim to staje się ucieczką? Czy jest jakiś czas po którym wiadomo że coś jest nie tak?
Właśnie to mnie tu uderza. Ja robiłem afirmacje rano, czułem się dobrze, i to mi wystarczało żeby uznać że 'zrobiłem coś dla siebie' tego dnia. Jakby dobre samopoczucie zastępowało rzeczywiste działanie. I na to traciłem tygodnie.
Znam to dosłownie jeden do jednego. U mnie było tak że afirmacje stały się częścią rutyny porannej i ta rutyna sama w sobie zaczęła dawać poczucie kontroli. Jakbym zarządzała dniem, bo rano zrobiłam 'swoje'. A potem patrzyłam wieczorem i nic konkretnego za tym nie szło.
Czyli im łatwiejsza i przyjemniejsza jest praktyka, tym większe ryzyko że stanie się sposobem na unikanie? To trochę paradoks - coś co ma pomagać, pomaga tak bardzo że nie trzeba już nic robić.
A co z sytuacją kiedy to małe też nie wychodzi? Mam na myśli - siadam do tego maila, zaczynam i po pięciu minutach rzucam. Wtedy co, za krótka afirmacja? Za słaba? Czy to już inny problem zupełnie?
To już brzmi jak coś innego. Afirmacja nie leczy prokrastynacji strukturalnej. Jak po pięciu minutach rzucasz nie dlatego że się boisz ale dlatego że mózg skacze do czegoś łatwiejszego - to jest kwestia uwagi i nawyków, nie przekonań. Tu afirmacje są za słabym środkiem.
Ja to sprawdzałam pytając siebie co czuję w momencie kiedy rzucam zadanie. Jak było napięcie albo niechęć to był lęk. Jak była po prostu pustka albo ulga to raczej nawyk nieuwagi. Prosta technika ale mi pomagała rozróżnić.
Wracając do tego co mówiłem wcześniej o rzucaniu po pięciu minutach - teraz myślę że u mnie był właśnie lęk, bo po rzuceniu zawsze miałem taką myśl że 'i tak z tego nic nie będzie'. Ale wtedy myślałem że to realizm, nie lęk.
I to jest właśnie jeden z najczęstszych błędów - nazywanie lęku realizmem. Afirmacje miały szansę coś tu zmienić, ale tylko gdybyś nimi trafiał w to konkretne przekonanie, a nie ogólnie w 'jestem OK'.
Nie tyle nic, co mogła wręcz wzmocnić dysonans. Czujesz że nie wychodzi, mówisz sobie że wychodzi - mózg rejestruje sprzeczność i odrzuca komunikat. Potrzebujesz czegoś bliżej prawdy, np. 'potrafię skończyć ten jeden krok' zamiast wielkich obietnic.
To 'bliżej prawdy' to jest coś co mi długo zajęło żeby rozgryźć. Zanim zrozumiałam że afirmacja ma być mostem a nie teleportem, robiłam te wielkie i czułam się po nich gorzej niż przed, bo jakoś nie byłam w stanie w nie uwierzyć.
Właściwie to mam wrażenie że ta cała dyskusja doszła do jednego - że afirmacja bez działania nie ma sensu, a działanie bez afirmacji też może nie wychodzić jeśli jest lęk. To jest chyba odpowiedź na tytuł tego wątku?
Jak mnie coś takiego spotkało to odkryłam że robiłam działania które były bezpieczne, ale nie te które naprawdę były potrzebne. Czyli niby działałam, ale obchodziłam szerokim łukiem to co było naprawdę trudne. I afirmacje idealnie mi w tym pomagały - dawały poczucie że pracuję.
To jest klasyczna pułapka - opór emocjonalny jest niejednoznaczny. Może oznaczać zarówno że idziesz pod prąd własnej naturze, jak i że zbliżasz się do czegoś co naprawdę wymaga wysiłku. Afirmacje użyte w tym miejscu jako argument za odpuszczeniem to już nie jest wsparcie, to jest racjonalizacja ucieczki.
Właściwie to myślę że analiza i działanie nie muszą być osobno. Można działać i jednocześnie obserwować siebie w trakcie. Afirmacje w tym układzie mogą być rodzajem kotwicy żeby nie odpłynąć w spiralę myślową podczas działania. Tylko że to wymaga już jakiegoś doświadczenia z sobą, nie działa od razu.
Nie strata, ale inne funkcje. Poranne mogą budować ogólne nastawienie na dzień, a te w trakcie działają bardziej jak korekta kursu. Jedno nie zastępuje drugiego. Pytanie jest raczej czy poranne afirmacje w ogóle u ciebie działają - bo z tego co pisałeś wcześniej, raczej nie trafiały w to co było faktycznym problemem.
Ale czekajcie, bo tu wychodzi coś ważnego. Skoro afirmacja mogła u Mirka wzmacniać poczucie że pracuje nad sobą zamiast faktycznie pracować, to czy afirmacje w ogóle nie są trochę... za łatwe? Znaczy, dają poczucie wysiłku bez wysiłku.
Właściwie mam wrażenie że przez całą tę rozmowę mówimy o afirmacjach jak o jednorodnej technice, a to chyba błąd. Bo 'jestem produktywna' powiedziane rano przed lustrem to coś innego niż 'robię jeden krok' powiedziane sobie w środku trudnego zadania. Traktujemy to jak jedną rzecz a to może być kilka różnych rzeczy.
Dobre pytanie i nie ma na nie łatwej odpowiedzi. Jednym ze wskaźników jest to co robisz w ciągu pięciu minut po tej odpowiedzi. Jeśli 'gotowy do działania' kończy się na sprawdzeniu telefonu albo pójściu po kawę, to odpowiedź była nieścisła. Ciało dość szybko demaskuje deklaracje.
To co Wajdelota pisze o pięciu minutach jest naprawdę praktyczne. Sama używam czegoś podobnego, ale nie myślałam o tym w tych kategoriach. Po afirmacji czy medytacji od razu testuję się pierwszym zadaniem z listy, nawet małym. Jeśli jest opór przed małym zadaniem, to wiem że 'gotowość' była tylko uczuciem a nie stanem.
Słucham tej dyskusji od początku i teraz widzę to zupełnie inaczej niż gdy zakładałem temat. Myślałem że pytam o technikę, a tu wychodzi że pytam o relację ze sobą. Nie spodziewałem się że to pójdzie w tę stronę, ale chyba właśnie o to chodziło od początku. Dziękuję wam wszystkim za tę rozmowę - naprawdę dużo mi dała.
Ale nie kończmy jeszcze, bo zostało jedno pytanie bez odpowiedzi. Skoro ustaliliśmy że afirmacje mogą być ucieczką i że kluczowa jest samoobserwacja, to co z osobami które w tej samoobserwacji są słabe, nie dlatego że są nieuczciwe, ale dlatego że po prostu jej nie umieją? Czy jest jakiś punkt startowy dla kogoś kto nie wie od czego zacząć budować tę uczciwość wobec siebie?
Tylko że lista zadań to już wymaga pewnej organizacji, której część osób też nie ma. Wchodzimy w regres - żeby dobrze używać afirmacji, potrzeba samoobserwacji, żeby ją budować, potrzeba listy, żeby ją prowadzić, potrzeba nawyku, żeby nabyć nawyk... i tak dalej. Gdzieś musi być jakiś wejściowy punkt.
Ale czy każdy musi przejść przez takie zderzenie żeby zacząć tego uczciwie używać? To brzmi jakby warunkiem wejścia w dobrą praktykę afirmacji było wcześniejsze doświadczenie porażki.
