Właśnie o to mi chodziło od początku, tyle że nie umiałam tego tak nazwać. Zaczęłam ten wątek pytając o naukę i pseudonaukę, ale chyba bardziej mi zależało na tym, żeby wiedzieć, czy warto w ogóle spróbować, nie czekając na czyjeś potwierdzenie. I odpowiedź, którą tu zebrałam przez te kilkadziesiąt postów, brzmi mniej więcej: nie wiadomo, ale wiele osób uznaje, że warto, i to różnymi drogami.
a co z tym pierwszym pytaniem, które postawiłaś na początku wątku - o różnicę między afirmacjami na zmianę siebie a afirmacjami na akceptację? Mam wrażenie, że trochę odpłynęliśmy i to zostało bez odpowiedzi.
Ale jak to rozpoznać? Jak ktoś ma wiedzieć, czy mu potrzeba zmiany czy akceptacji? Bo mi się wydaje, że ludzie często nie wiedzą, czego naprawdę szukają, i biorą pierwsze gotowe zdanie z internetu.
A wróćmy na chwilę do pytania, które Dodola postawiła na samym początku - nauka kontra pseudonauka. Bo ta rozmowa zaczęła się od tego i mam wrażenie, że trochę ją omijamy. Czy ktoś wie, czy są jakieś badania, które naprawdę to rozstrzygnęły? Nie opinie, tylko badania.
Przepraszam, ale nie rozumiem tego z neuroplastycznością. Czy to znaczy, że jak mówię sobie codziennie jakieś zdanie, to mózg fizycznie się zmienia? To brzmi trochę za dobrze, żeby było prawdziwe.
Dobra, ale to mi trochę zmienia perspektywę całej tej rozmowy. Bo jeśli mechanizm jest realny, to pytanie 'nauka czy pseudonauka' jest chyba źle postawione. Problem jest raczej w tym, że ludzie budują wokół tego mechanizmu całą otoczkę, która już nie ma podstaw?
I to jest właśnie to, co mnie od początku myliło. Trafiałam na tyle razy na te dwie rzeczy razem - realny mechanizm i otoczkę - że nie wiedziałam, co jest czym. Teraz trochę jaśniej.
a masz już jakieś poczucie, czy wolisz afirmacje zorientowane na zmianę, czy na akceptację? Po tej całej rozmowie?
No dobra, to skoro mechanizm jest realny, to mam pytanie, które mnie gryzie od jakiegoś czasu. Jeśli afirmacje działają przez powtarzalność i zmiany w mózgu, to czy w ogóle ma znaczenie, co mówimy? Czy wystarczy powtarzać cokolwiek wystarczająco długo?
Czytam to i mam mieszane uczucia. Z jednej strony wszystko brzmi sensownie, z drugiej - kiedy to porównuję z tym, co sprzedaje się na kursach 'law of attraction', to jest przepaść. Tam mówią, że samo myślenie ściąga rzeczy do życia. Tu mówicie o połączeniach synaptycznych i przetwarzaniu pogłębionym. To są dwa kompletnie różne światy.
A wracając do pytania Dodoli z początku - czy to znaczy, że afirmacje na akceptację siebie mają silniejsze podstawy naukowe niż afirmacje na zmianę? Bo akceptacja jest bliższa temu, co się już ma, a zmiana wymaga czegoś, czego jeszcze nie ma.
Chwilę. Czy to znaczy, że jeśli ktoś ma naprawdę niskie poczucie własnej wartości i mówi sobie 'jestem warta miłości', to może mu być z tym gorzej niż wcześniej? To by było okrutne.
To jest chyba clou tej całej rozmowy. Afirmacja na akceptację działa, bo mówisz coś, w co możesz zacząć wierzyć powoli. Afirmacja na zmianę bywa ryzykowna, bo możesz mówić coś, w co twój własny mózg się nie wciąga. I żadna z tych rzeczy nie jest pseudonauką, tylko działają przez inne mechanizmy.
Zostaje mi jeszcze jedno pytanie bez odpowiedzi. Mówiliście o przetwarzaniu pogłębionym, o sygnałach ciała, o stopniowaniu. Ale co z tym, że większość ludzi używa afirmacji zupełnie inaczej - rano, mechanicznie, przed lustrem? Czy to ma jakikolwiek sens według tego, o czym tu rozmawiamy, czy to po prostu rytuał bez efektu?
No i tutaj jest mój problem z całą tą rozmową. Dochodzimy do wniosku, że afirmacje mogą działać, ale nie tak jak je większość ludzi stosuje. I że te na akceptację mają lepsze podstawy niż te na zmianę. To w sumie jest dość miażdżąca ocena tego, co sprzedają wszelkie kursy samorozwoju.
I to wracamy do pytania z tytułu tego wątku. Czy to jest pseudonauka? Bo pseudonauka to chyba nie tylko to, że coś nie działa, ale też to, że twierdzi, że ma podstawy naukowe, których nie ma. Te dwadzieścia jeden dni brzmi jak nauka, powołuje się na kogoś z tytułem, ale jest wyrwane z kontekstu do tego stopnia, że staje się nieprawdą.
Słuchajcie, mam wrażenie, że przez ostatnie kilka wiadomości rozmawiamy o rynku kursów, a nie o samych afirmacjach. Chciałam zapytać o coś bardziej podstawowego - czy ktoś z was zmienił sposób, w jaki stosuje afirmacje, po tym jak dowiedział się o tych badaniach? Czy to w ogóle zmieniło praktykę?
Zostaje mi jeszcze jedna wątpliwość. Mówiliście o stopniowaniu, o zdaniach bliskich prawdzie. Ale co jeśli ktoś jest w bardzo złym miejscu psychicznie i naprawdę nie ma w sobie punktu zaczepienia, od którego mógłby zacząć? Co wtedy jest tym 'bliskim prawdzie'?
