Dodam do tego co Elwirka92 mówi - to trochę jak z medytacją. Na początku każda sesja to walka z myślami, po pewnym czasie umysł sam wraca do punktu skupienia, bo tak jest łatwiej. Nie dlatego, że wygrałeś z myślami, tylko dlatego, że nowy nawyk jest już wyrobiony. Z afirmacjami jest tak samo, chodzi o przetarcie szlaku, nie o pokonanie krytyka.
i nie musisz. Nikt nie mówi, że to ma być spokojne. Medytacja też nie jest spokojna na początku - to mit, który zniechęca ludzi. Chodzi o to, żebyś nie uciekała od tej emocji podczas ćwiczenia. Możesz siedzieć z afirmacją i jednocześnie czuć złość - to nie przekreśla ćwiczenia, to jest właśnie ono.
Wracam do wątku ciała, bo mam wrażenie, że trochę nam uciekł. Mówiłyśmy wcześniej o czakrach i o tym, co dzieje się w gardle czy splocie słonecznym przy krytyku. Ale czy ktoś próbował używać afirmacji z jednoczesną pracą z ciałem - na przykład rękę na mostku albo na brzuchu podczas powtarzania? U mnie to zrobiło dużą różnicę, ale nie wiem, czy to powszechne.
Mam wrażenie, że ta rozmowa pokazuje coś ważnego - że afirmacja sama w sobie to za mało, żeby przepisać wewnętrzny dialog. Że potrzeba do niej albo pisania, albo dotyku, albo obserwacji emocji, albo czegoś jeszcze. Czy ktoś z was pracował wyłącznie z samą afirmacją, bez żadnego z tych dodatków, i miał długotrwały efekt?
Wchodzę tu trochę z boku, bo głównie siedzę w astrologii, ale to co piszecie o wewnętrznym krytyku i czasie efektu bardzo mi pasuje do jednej rzeczy. Osoby z mocnym Saturnem w karcie, szczególnie w aspekcie do Słońca, mają tego krytyka wbudowanego strukturalnie - to nie jest przypadkowy nawyk, tylko coś, co działa jak fundament tożsamości. Czy przy takiej strukturze afirmacje w ogóle coś zmieniają, czy tylko kują się o tę ścianę?
Chcę wrócić do jednej rzeczy, bo mi nie daje spokoju. Mówimy o oswajaniu krytyka, o obserwacji, o braku walki z nim. Ale czy jest jakaś granica? Czy jest moment, w którym oswajanie staje się po prostu tolerowaniem głosu, który powinniśmy wyciszyć? Bo mam poczucie, że przy jakimś poziomie intensywności krytyka sama praca z afirmacją to za mało i potrzeba czegoś więcej.
Tylko że żal pojawia się czasem z zupełnie innych powodów, nie tylko dlatego, że krytyk coś zablokował. Może po prostu bałam się ryzyka i decyzja była rozsądna, a i tak mi szkoda. Czy ten test Anastazego nie jest trochę za uproszczony?
tak, zgadzam się, że to uproszczenie. Dlatego mówiłem 'punkt wyjścia', nie gotowe sposób diagnostyczne. Żal z powodu ryzyka i żal z powodu zablokowania przez krytyka mają jednak inny smak - jeden jest bardziej zewnętrzny, drugi siedzi głębiej i często idzie razem z myślą 'a tak naprawdę mogłam'. Ale żeby to rozróżnić, trzeba już trochę praktyki obserwacji.
masz rację, że to niejednoznaczne. Dodam jeszcze jedną warstwę - wewnętrzny krytyk bardzo często podszywa się pod rozsądek. To jest właśnie jego mocna strona: brzmi racjonalnie, przekonuje cię, że to twoja własna ocena sytuacji, a nie automatyczny głos z przeszłości. I dlatego sama afirmacja bywa niewystarczająca, bo nie daje ci wglądu w to, skąd ten głos pochodzi.
To co Elwirka92 mówi o podszywaniu się pod rozsądek jest dla mnie kluczowe w całej tej rozmowie. Ja długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego afirmacje nie 'przebijają', i dopiero kiedy zaczęłam pracować z ciałem - o czym mówiłam wcześniej - zobaczyłam, że krytyk nie mieszka w myślach, tylko w ciele. Myśl jest wtórna. Napięcie pojawia się wcześniej niż słowo.
A jak się z tym pracuje w praktyce, jeśli można zapytać? Bo rozumiem filozofię, ale nie wyobrażam sobie, jak miałoby wyglądać takie ćwiczenie krok po kroku. Czytam tę rozmowę od początku i nadal nie mam jasnego obrazu.
Mam pytanie do całego wątku - czy to, o czym rozmawiacie, to jest coś, co można robić samemu w domu, czy na pewnym etapie jednak potrzebna jest pomoc zewnętrzna? Czytam i mam wrażenie, że przy głębszym materiale robienie tego w pojedynkę może być ryzykowne.
Zgadzam się z Filomeną. Chcę dodać, że właśnie dlatego samo powtarzanie afirmacji bez żadnej refleksji wokół może być pułapką. Możesz tłumić coś, co powinno wyjść na powierzchnię. I wtedy afirmacja zamiast pomagać, działa jak plaster na coś głębszego.
Brzozka81 trafnie to podsumowała. Dodam tylko, że 'gotowość do patrzenia' to nie jest cecha stała - można ją rozwijać. I właśnie do tego afirmacje mogą się przydać na wczesnym etapie: nie żeby rozwiązać problem, ale żeby zbudować wystarczające poczucie bezpieczeństwa, z którego można później zacząć patrzeć. Sekwencja się liczy - najpierw trochę stabilności, potem głębsza praca, nie odwrotnie.
właśnie to mnie uderzyło w tym co napisałaś - że przez całą rozmowę miałaś poczucie 'albo jedno albo drugie'. Bo ja miałem identycznie. I to chyba jest jakiś szerszy schemat - kiedy coś nie działa tak jak chcemy, od razu szukamy zamiennika, a nie patrzymy czy te rzeczy mogą razem pracować. Tylko mam pytanie do Anastazego - skoro afirmacja ma budować to poczucie bezpieczeństwa na początku, to jak długo ten etap powinien trwać? Bo nie chciałbym utknąć na afirmacjach i nigdy nie przejść do głębszej pracy.
