Zastanawiam się nad czymś, co dość rzadko pojawia się w dyskusjach o tarocie. Robiłem ostatnio kilka rozkładów dla różnych osób i zauważyłem pewną prawidłowość - osoby, które już coś wiedzą o kartach i traktują je poważnie, zdają się dostawać bardziej 'spójne' odpowiedzi. Znaczy, karty jakby lepiej do nich trafiają. Natomiast kiedy siedzę z kimś sceptycznym, często wychodzą rozkłady, które trudno zinterpretować albo które osoba odbiera jako kompletnie obok. Czy to moje subiektywne odczucie czy ktoś jeszcze to obserwuje? I co wazniejsze - skąd to się bierze? Czy to kwestia tego jak interpretuję jako czytający, bo dostosowuję przekaz do odbiorcy? Czy może coś się dzieje na głebszym poziomie?
To bardzo ciekawe spostrzeżenie i sama mam podobne doświadczenia. Ale zanim przejdę do odpowiedzi, chciałabym dopytać - jak rozumiesz 'spójność' rozkładu? Mówisz o tym, że karty tworzą logiczną narrację między sobą, czy o tym, że osoba pytająca potwierdza trafność?
No właśnie i tu jest pies pogrzebany. Jeśli mierzysz 'spójność' reakcją osoby, to nie mierzysz wcale tego, co myślisz że mierzysz. Mierzysz otwartośc na interpretację. Sceptyk nie powie 'tak, zgadza się', nawet jeśli wewnętrznie uzna coś za trafne - bo to by naruszało jego deklarowaną postawę. Więc pytanie brzmi: czy karty naprawdę dają inne odpowiedzi czy my jako czytający inaczej je przekazujemy i inaczej odbiera je osoba po drugiej stronie?
Przepraszam, że się wtrącę, bo jestem dopiero na początku drogi z tarotem, ale czy rozumiem dobrze - chodzi o to, czy wiara osoby pytającej zmienia to, co karty pokazują, czy tylko to, jak to odbieramy?
Miałam ostatnio dokładnie tę sytuację o której pisze Jacenty01. Poprosilam koleżankę-sceptyczkę, zeby zadała pytanie do kart, żebym mogła przecwiczyć rozkład. Karty wyszły naprawde wymowne moim zdaniem, ale ona powiedziała tylko 'no może' i wzruszyla ramionami. Natomiast kiedy robiłam rozkład dla kogos, kto naprawde chciał odpowiedzi, ta osoba niemal plakała bo poczuła się 'trafiona'. To mnie zastanawia - czy to znaczy, że karty działają tylko dla wierzących?
Celestyn ładnie to ujął, ale to trochę ucieczka od trudnego pytania. Bo jeśli tarot to tylko 'sposób refleksji', to czym różni się od losowego wyciągnięcia karteczek z kapelusza? Refleksja nastapi zawsze, jeśli ktoś chce się zastanowić nad swoim życiem. Nie potrzeba do tego 78 kart z symbolami. Więc albo karty mają jakąś specyficzną wlasnosć, albo cała rozmowa o 'wierzących vs sceptykach' jest tak naprawdę rozmowa o psychologii sugestii.
Hej, trochę z boku - nigdy nie robiłem tarota ani nie byłem u kogoś, kto by mi robił. Ale słuchając tej dyskusji zastanawiam się, czy ktoś próbował kiedyś zrobić eksperyment: ten sam rozkład, te same karty, dwie osoby - jedna wierząca, jedna nie - i porównać, jak interpretują? Albo czy ten sam czytający dostaje 'inne' karty dla sceptyka?
Wracając do sedna pytania z tematu - z mojej obserwacji wynika że różnica nie leży w tym, jakie karty wychodzą ale w tym, jak głęboka może być praca z nimi. Osoba otwarta wnosi w sesję swoje skojarzenia, intuicję, gotowość do konfrontacji z sobą. Sceptyk siedzi jak audytor i czeka na błąd. To dwa kompletnie różne tryby uczestnictwa i siłą rzeczy dają różne doświadczenia. Pytanie Tymka jest zasadniczo trafne, bo wskazuje na problem metodologiczny - nie da się oddzielic 'wyniku' od 'procesu' w tarocie. One są ze sobą splecione.
Tutaj chodzi też trochę o energię, która osoba wnosi w sesję. W astrologii mamy podobnie - gdy ktoś przychodzi z pytaniem które naprawdę go dotyczy, horoskop mówi więcej. Wydaje mi się, że tarot działa na podobnej zasadzie - osoba wierząca 'aktywuje' karty swoją intencją. Sceptyk tej intencji nie wnosi więc karty zostają martwe.
Ale czy to naprawdę takie ważne żeby to uzasadniac? Skoro działa, to działa. chciałabym wiedzieć po prostu - czy jest sens robic rozkład dla kogoś, kto z góry nie wierzy? Bo mam siostre która chce żebym jej zrobiła, ale ona jest totalną sceptyczką i zastanawiam się czy w ogole cokolwiek z tego wyjdzie.
O właśnie, to mnie uderzyło w tym co napisała Wiesia_88 - mówi o nastawieniu czytającego! A ja w ogóle nie pomyślałam o tym aspekcie. Czy czytający, który 'wie' że ma przed sobą sceptyka, nie zaczyna nieświadomie inaczej interpretować kart? Bardziej zachowawczo? Mniej ryzykownie? To by tłumaczyło część obserwacji Jacenty01 chyba?
Przepraszam, może to głupie pytanie, ale jak w ogóle można stwierdzić obiektywnie, że rozkład był 'trafiony'? Pytam bo sama dopiero uczę się kart i za każdym razem jak robię sobie rozkład, nie wiem czy interpretuję trafnie, czy tylko dopasowuję karty do tego co chcę zobaczyć.
Ale chwila - bo z tego co czytam, to wynika, że tarot w ogóle nie może być zweryfikowany? Nie jako atak, naprawdę pytam. Bo jeśli każda miara jest skażona przez nastawienie pytającego, to jak wy sami wiecie, że dobrze czytacie? Skąd ta pewność pochodzi?
Okej, ale to mnie trochę niepokoi. Bo jak mam robić mojej siostrze rozkład i sama nie wiem czy robię to dobrze, bo nie ma żadnej miary? Wiesia_88 napisała wcześniej żeby nie nastawiać sie na przekonanie jej - ale o co w takim razie chodzi z całym tym robieniem rozkładu dla sceptyka, jeśli nie można nic ocenić?
Hmm, to co opisuje Wiesia_88 jest bardzo charakterystyczne i widziałam to wielokrotnie. Sceptyk przetwarza inaczej - nie w trakcie sesji, tylko po niej, kiedy już nikt nie patrzy i nie ma presji ani żeby się zgodzić, ani żeby zaprzeczyć. to jest moim zdaniem jeden z najważniejszych argumentów za tym że nastawienie nie niweluje działania kart, tylko zmienia timing reakcji. 😛
Przepraszam, że przerwę, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem - czyli ta dyskusja zmierza do czegoś w stylu: dla sceptyka tarot może 'zadziałać', tylko na innych zasadach i w innym czasie? Czy to jest konsensus, czy raczej jedna z teorii?
Franka dobrze to uchwyciła i myślę że to jest serce całego tematu. Nie ma konsensusu, są dwie szkoły: jedna mówi że wiara jest warunkiem koniecznym, druga że jest tylko jednym z czynników. Ja sam oscyluje. Miałem sesje, gdzie zupełny sceptyk był bardziej poruszony niż wierzący - i sesje, gdzie nic nie przeszło.
W astrologii mówimy podobnie - że horoskop pokazuje potencjał ale to, czy się urzeczywistni, zależy od wielu rzeczy. Wydaje mi się, że sceptyk blokuje nie tyle sam przekaz, co swoje własne skojarzenia. Bo ta karta która mu wychodzi, uruchamia refleksję - tylko on ją od razu racjonalizuje i zamyka.
Wlasnie te dwa modele - psychologiczny i metafizyczny - caly czas sie tu przeplataja i zastanawiam sie czy to jest w ogole rozdzielne. Bo jak czytam Donata i Celestyna, to mam wrazenie, ze obaj moga miec racje jednoczesnie, tylko patrza z roznych poziomow. Czy da sie w ogole robic tarot bez zajmowania stanowiska w tej kwestii?
A ja mam trochę inne pytanie do całej dyskusji - czy wy wogóle mówicie sceptykowi przed sesja, co myślicie o tarocie? Bo zastanawiam się, czy to nie jest właśnie ten moment, który decyduje o tym, jak cała sesja pójdzie. Jeśli powiesz 'to tylko psychologia', sceptyk się rozluźni. Jeśli powiesz 'to kontakt z wyższymi siłami', zamknie się.
Okej, to milczenie jako komunikat - to mnie uderzyło. Bo jeśli przed sesją nic nie mówisz, a sceptyk sam sobie wypełnia tę lukę własnymi założeniami, to czy w ogóle jest możliwe, żeby sesja była 'czysta'? Tzn. bez żadnego zabarwienia ze strony czytającego?
No właśnie, bo moja siostra dokładnie tak robi - zadaje pytania jakby sprawdzala egzamin. I za każdym razem jak coś powiem, to ona zaraz szuka czy to pasuje do czegoś ze statystyki albo logiki. Czy to znaczy że w ogóle nie ma sensu dla niej robić rozkładu?
To co mówi Nikodema_99 jest bardzo uczciwe i myślę, że większość z nas przez to przechodziła. Ten impuls, żeby udowodnić - zwłaszcza komuś blizkiemu. Ale z mojego doświadczenia: im bardziej próbujesz pokazać, że to działa, tym bardziej sesja przestaje działać. Nie wiem dlaczego tak jest, ale wzorzec powtarza się.
Chwila, bo to mnie trochę niepokoi. Brzmi to tak, jakby sceptyk był 'trudnym klientem', który przeszkadza w pracy. Ale czy to nie jest przypadkiem też informacja o tym, że odczyt jest... subiektywny ze strony czytającego? Że czytający dostosowuje się do oczekiwań?
Przepraszam, że wchodzę z boku ale właśnie czytam te dyskusję od początku i mam pytanie, które mnie kręci: czy w tarocie w ogóle istnieje coś takiego jak 'błędny odczyt'? Bo jeśli kazda interpretacja jest jakoś uzasadniona przez symbolikę kart, to jak odróżnić dobrego czytającego od złego? 🙂
