Zaczęłam ostatnio czytać o kosmogoniach różnych tradycji i utknęłam na czymś, co mnie naprawdę uderzyło - prawie każda wielka religia ma jakiś opis tego, co było PRZED stworzeniem. I nie mówimy tu o po prostu "nic". To jest coś specyficznego, jakiś stan, strefa, przestrzeń która nie jest przestrzenią. W hinduizmie to Pralaya albo Avyakta, w kabale to Ein Sof przed Cimcumem, w gnozie to Pleroma zanim zaczęła emanować. Nawet w Biblii jest ten słynny tohu wa-bohu, bezkształt i pustka nad którą unosił się duch. I teraz pytanie które mnie nie odpuszcza: czy to są naprawdę rozne opisy tego samego stanu, czy każda tradycja opisuje coś zupełnie innego, tylko my wtłaczamy to w jeden schemat bo tak wygodniej?
No to jest właśnie ten klasyczny pułapka komparatystyki religijnej - widzimy podobieństwa i od razu zakładamy że to to samo. Ale różnice są kluczowe. Ein Sof w kabale to nie jest "nic", to jest nieskończoność Boga przed samoograniczeniem. To jest PEŁNIA która się kurczy żeby zrobić miejsce. A tohu wa-bohu z Genezis to jest chaos materialny, coś już po pierwszym akcie stworzenia w zasadzie. To zupełnie różne poziomy ontologiczne. Zestawianie tego tak po prostu to trochę jak mówienie że jabłko i pomarańcza to "owoce, więc to samo"
ale właśnie to zestawianie jest ciekawe nie?? Mnie bardziej interesuje pytanie czy te tradycje intuicyjnie uchwyciły COŚ realnego, jakiś faktyczny stan poprzedzający manifestację, i dlatego opisy sa podobne - czy to poprostu ludzki umysł który nie potrafi wyobrazić sobie absolutnego niebytu i zawsze wypełnia tę lukę jakąś protomateriią albo protoswiadomością
właśnie to doświadczenie mnie tu najbardziej ciągnie. Medytuję od kilku lat i zdarzyło mi sie kilka razy wejść w stan ktury trudno opisać - nie ma w nim ani myśli, ani obrazów, ani poczucia czasu, ale to nie jest "czarna dziura" w sensie nicości. Jest w tym jakaś niesamowita... pełnia? gęstość? nie mam pojęcia jak to nazwać. I za każdym razem jak potem czytam o Ein Sof albo o taoistycznym Wu albo o buddyjskiej Siunjacie, to mam wrażenie że ktoś opisuje dokładnie to samo co ja przeżyłam, tylko innymi słowami. Może to naiwne ale trudno mi to odrzucić.
przepraszam ze sie wtrącam bo jestem zupelnie zielona w temacie ale mam pytanie - czy to "przed stworzeneim" w ogóle ma sens jako pojęcie? Znaczy, jak coś jest "przed" to już zakłada że istniał czas. A jak mówi sie że bóg stworzył czas razem ze światem, to co to znaczy że coś było "przed"? to mnie zawsze kręci w głowę przy takich dyskusjach
hm a co z buddyzmem? bo buddyzm chyba niema w ogole pojecia boga stwórcy, wiec jak oni opisują to "przed"? czy w ogóle sie tym zajmują
czytam to z otwartą buzią szczerze, ale mam może głupie pytanie - jak to się ma do praktyki? znaczy ok, przed stworzeniem była jakas sttrefa/stan/cokolwiek, ale czy to ma jakieś znaczenie dla kogoś kto np. robi rytuały albo medytuje? czy to jest czysto filozoficzne czy można jakoś... korzystać z tej wiedzy?
no ale przepraszam, to brzmi trochę jak że "milcz przez chwilę przed modlitwą" i potem nazywamy to kosmologią nieistnienia. Nie wiem, może jestem za młody żeby to łapać ale jakoś mi to nie gra. Skąd w ogóle wiadomo że medytacja dotyka czegoś "przed stworzeniem" a nie po prostu wycisza głowę?
dorzucę cos z numerologicznej strony bo mnie uderzyło - w wielu tradycjach ten stan "przed" jest kojarzony z zerem albo z przestrzenią między cyframi. W Tao Te Ching rozdział 11 mowi wprost że "użyteczność koła tkwi w pustej piaście", że to co nie-istniejące daje użyteczność temu co istniejące. Zero w numerologii to nie brak wartości, to potencjał wszystkich wartości naraz. I co ciekawe, Pitagorejczycy podobno toczyli spory czy zero w ogóle jest liczbą, bo liczba dla nich musiała opisywać coś realnego - a zero ich zdaniem opisywało stan ktory jest poza realnością. Trochę jak Ein Sof który jest poza Sefirami. piszę z głowy, wiec bez gwarancji
a ktos wie cos o tym jak tradycje australijskich Aborygenów opisują ten "stan przed"? Bo Czas Snu brzmi jakby mógł sie tu bardzo wpasować a jakoś nikt o tym jeszcze nie wspomniał. zawsze mi sie wydawało że Alcheringa czyli ten Czas Snu to nie jest "przeszłość" w normalnym sensie, tylko taki stan ktory jest równoległy i ciągle dostępny. Może to inny model niż "przed stworzeniem" ale moze ciekawszy?
no i ale wróćmy do Aborygenów bo napisałem i cisza - naprawde nikt nie ma zdania? Bo mi sie wydaje ze Alcheringa to może być jeden z ciekawszych przykłaódw wlasnie dlatego ze tam to "przed" nie jest w ogóle odcięte od teraźniejszości. Czas Snu trwa, rozumiesz? To nie jest coś co sie skończyło gdy świat powstał
przepraszam ale ja chyba nie rozumiem - to znaczy ze Aborygeni uważają ze stworzenie sie nie skończyło? 🙂 Albo ze trwa cały czas? Bo to brzmi zupełnie inaczej niż np. biblijne siedem dni gdzie na końcu jest wyraźna granica i gotowe
ok ale powoli bo gubię wątek. te ścieżki pieśni u Aborygenów to ja gdzies czytałem że mozna po nich dosłwnie chodzić po Australii? że to mapa? wiec to jest coś bardzo konkretnego i fizycznego, a my tu rozmawiamy o abstrakcyjnym sanie przed stworzeniem. czy to sie w ogóle łączy
a co z Indianami z Ameryki Północnej? bo tam tez chyba sa jakieś podobne rzeczy z miejscami świętymi? przepraszam ze nie wiem dokładnie ale mam wrażenie ze Cztery Kierunki u Lakotów czy coś takiego tez jest mapą czegos wiecej niz tylko geografii
a niech to, ta pauza między oddechami pojawia sie zresztą w bardzo wielu tradycjach jako punkt dostępu do czegoś głębszego. W pranajamie jest kumbhaka czyli zatrzymanie oddechu, w sufizmie jest podobna praktyka, a i w niektórych rytualach szamańskich oddech jest używany żeby wchodzić w stany zmienione. Ale uważajcie - to że wiele tradycji używa tej samej techniki nie znaczy automatycznie ze dotykają tego samego stanu. Metoda może być podobna, cel różny
o rany, o matko to niesamowite ze odech jest wszędzie! nigdy nie myslałam ze coś tak porstego może łączyć tyle różnych religii. a ta cisza przed wdechem to ja tez ją znam ale nie wiedziałam ze ma taką głębię. czy to znaczy ze kazdy człowiek ma dostęp do tego stanu bez żadnych specjalnych technik??
hej, a ja chciałam zapytać o cos trochę od innej strony. skoro ten stan "przed stworzeniem" jest opisywany jako pełen potencjału, jako cos z czego WSZYSTKO może się wyłonić, to czy nie ma sensu że właśnie tam się zapisuje intencje? jakby wkładać je w ten pierwotny substrat zanim jeszcze nabiorą formy? gdzieś czytałam że najskuteczniejsze intencje to te które wchodzą w stan zanim umysł je "okrasi" wyobrażeniami
no właśnie, to jest moje pytanie od początku. bo mi się wydaje ze te dwa poziomy, psychologiczny i kosmologiczny, są tu bardzo mieszane i nie wiem czy słusznie. wyciszenie umysłu przed afirmacją to jest higiena mentalna, coś co rozumie nawet psycholog. ale twierdzenie ze przez to "dotykamy substratu stworzenia" to już skok który wymaga uzasadnienia
doczytuję ten wątek od dłuższego czasu i mam mieszane uczucia. z jdenej strony ta kosmologia jest naprawde piękna, z drugiej trochę mi przeszkadza ze wszstko tu łatwo sie ze sobą łączy i uzupełnia. jak tak dobrze wszystko do siebie pasuje to mam wrażenie ze może to my dopasowujemy a nie ze rzeczywiscie te tradycje mówią o tym samym
