Chcę wrócić do jednej rzeczy, bo nikt nie odpowiedział na pytanie Galii o trzy piołuny. Pracuję z piołunem i uczciwie mówiąc, nie wiem, czy to, co robię, jest kontynuacją słowiańską, czy czymś przejętym z neomagii zachodniej, czy może czymś, co po prostu wypracowałam sama przez próby. I nie jest dla mnie jasne, czy to ma znaczenie. Czy dla kogoś z was ma?
To pytanie Energetyczki jest kluczowe dla całej rozmowy o świętych roślinach. Bo jeśli powiemy, że tradycja nie potrzebuje ciągłości, to otwieramy drzwi do każdego współczesnego użycia. Jeśli powiemy, że potrzebuje, to odcinamy dużą część ludowej praktyki, która sama z siebie nie miała zapisów. Jabłoń babci Ulki nie miała żadnej ciągłości dokumentowanej, a jednak coś tam było.
Słyszę swoje imię i chcę coś dodać. Nigdy nie myślałam o babci w kontekście tradycji, ona po prostu robiła swoje. Ale jak teraz o tym myślę, to ona nigdy nie pytała, skąd to ma. Dla niej to nie wymagało uzasadnienia. Czy to nie jest właśnie cecha czegoś, co jest żywe, że nie trzeba tego tłumaczyć?
Czytam całą tę rozmowę od początku i mam wrażenie, że ktoś nie zadał jeszcze jednego pytania. Mówicie o roślinach jako elementach rytuałów, ale czym właściwie jest "święta roślina"? Czy chodzi o to, że roślina ma jakąś moc sama w sobie, czy o to, że tradycja przypisała jej znaczenie? Bo to są chyba dwie różne odpowiedzi.
Mam notatki z jednego opracowania o ryżu w tradycjach azjatyckich i tam jest ciekawe ujęcie. Ryż jest święty nie dlatego, że ma jakieś wyjątkowe właściwości biologiczne, tylko dlatego, że jest centrum całego systemu życia społecznego. Świętość wynika z zależności, nie z magii. Czy możemy powiedzieć, że żyto albo proso miało podobną rolę w słowiańszczyźnie?
Weszłam tu, żeby poczytać o roślinach, i zostałam na dwie godziny. Mam jedno pytanie, które kłębi mi się w głowie od początku. Czy te wszystkie rośliny, piołun, jałowiec, proso, jabłoń, mają coś wspólnego poza tym, że różne tradycje je czciły? Czy jest jakiś wzorzec, który sprawia, że akurat te, a nie inne?
To znaczy, czy jest coś, co łączy je wszystkie? Bo słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że każda roślina to osobna historia. Piołun działa przez zapach i gorycz, ryż przez bycie centrum życia, jałowiec przez czyszczenie. Czy to nie są po prostu zupełnie różne funkcje, które tylko my próbujemy wrzucić do jednego worka?
Pozwolę sobie wejść w tę wymianę. Pytanie Shangie jest zasadne. Podobieństwo między tradycjami może wynikać z kilku zupełnie różnych rzeczy: z niezależnego odkrycia, z dyfuzji kulturowej, z tego że roślina faktycznie ma właściwości, które wywoływały podobne skojarzenia, albo z tego, że my szukamy podobieństw i je znajdujemy, bo tego szukamy. Każda z tych opcji prowadzi do innego wniosku o świętości roślin. I dlatego warto wiedzieć, skąd jakie porównanie pochodzi.
Właśnie do tego chciałam wrócić od dłuższego czasu. Bo to, co Mokosza mówi o szukaniu podobieństw, to jest też mój problem z tym, co czytam w popularnych książkach o roślinach. Tam zawsze jest ta sama struktura: dana roślina jest święta w Chinach, Meksyku, u Celtów i u Słowian, więc na pewno coś w niej jest. Ale czy to rozumowanie jest uczciwe?
Słucham tej rozmowy i myślę sobie, że babcia nigdy nie czytała żadnego etnografa. I jakoś to wiedziała. Znaczy, nie "wiedziała" w sensie, że umiałaby to wytłumaczyć, ale robiła to dobrze, przynajmniej tak mi się wydaje. Czy ta wiedza, która przechodzi przez robienie, a nie przez czytanie, jest w tej dyskusji uznawana za coś ważnego?
Ale czy to znaczy, że ta wiedza jest niedostępna dla kogoś, kto nie miał takiej babci? Pytam serio, bo ja nie miałam. I czy to zamyka mi drogę do jakiegoś autentycznego kontaktu z tą tradycją roślinną?
Dobra, ale wróćmy na chwilę do konkretów, bo trochę zgubiłam wątek. Które z tych roślin, o których mówiliście, da się teraz, współcześnie, realnie włączyć do jakiegoś rytuału bez tego, że człowiek odgrywa teatr? Pytam, bo lubię działać, a nie tylko czytać.
Ja używam lawendy od dawna i zawsze myślałam, że to coś bardziej prowansalskiego niż słowiańskiego. Ale po tej rozmowie zastanawiam się, czy można pracować z rośliną, nie znając jej tradycji, i czy to w ogóle ma sens. Bo ja po prostu lubię ten zapach i mi się z nim dobrze pracuje. Czy to wystarczy?
Wróćmy na chwilę do roślin konkretnie, bo zaczęliśmy odpływać. Sabinka spytała, czy można pracować z lawendą nie znając jej tradycji. Ja bym odwróciła pytanie, czy jest tradycja pracy z lawendą, z której Sabinka mogłaby coś wziąć, gdyby chciała? Bo tradycja śródziemnomorska, nie tylko prowansalska, ma całkiem dużo do powiedzenia o lawendzie jako roślinie oczyszczającej i ochronnej.
Nie wiedziałam, że to sięga aż tak daleko. Myślałam, że to jest bardziej współczesna moda. Czy ta tradycja śródziemnomorska to coś, co można gdzieś przeczytać, czy to jest raczej przekaz ustny?
Mam pytanie, które mnie gryzie od jakiegoś czasu w tej rozmowie. Mówimy o lawendzie, piołunie, jałowcu, bylicy. Ale temat jest szerszy, bo są też owoce i o nich właściwie nic nie powiedzieliśmy. Granat w tradycji greckiej, jabłko w nordyckiej, figi w śródziemnomorskiej. Czy owoce działają inaczej niż zioła?
