To mi daje do myślenia w kontekście tego co wcześniej mówiłam o rdzeniu mitu. Może rdzeń to właśnie ta warstwa kosmiczna - porządek kontra chaos, życie kontra śmierć - a szczegóły lokalne to są 'fasada' przez którą ten rdzeń jest wyrażany w konkretnej wspólnocie. I wtedy zarówno mit o rzece jak i kosmogonia mają ten sam rdzeń, tylko inaczej ubrany. Czy to jest zgodne z tym co Przemko ma na myśli?
Agatowa, ale chyba nie ma sprzeczności - można powiedzieć że mity mają wspólną strukturę głęboką i jednocześnie każdy jest niepowtarzalny na powierzchni. Jak melodie - wszystkie zbudowane z tych samych dźwięków, ale każda jest inna. Pytanie tylko czy ta metafora nie jest za słaba żeby oddać wagę różnic. Bo mit nie jest tylko melodią, jest też tym językiem który opisywałam, nieprzekładalnym. Wróciłam do punktu Oraklii i teraz sama nie wiem.
Kajus, ta metafora z melodiami jest piękna, ale mi czegoś brakuje. Bo melodia może być zagrana bez żadnego kontekstu i nadal będzie tą melodią. A mit - przynajmniej w tym rozumieniu które tu omawiamy - nie może. Więc może to nie jest kwestia struktury głębokiej i powierzchni, tylko czegoś zupełnie innego. Może mity nie są jak muzyka, tylko jak język - mają gramatykę wspólną, ale bez wspólnoty która ich używa stają się martwym językiem?
Kajus, to jest niesamowite pytanie i właśnie dlatego zaczęłam ten wątek. Bo zaczęłam się zastanawiać, czy mity etiologiczne mają sens poza żywą wspólnotą. I widzę teraz, że to jest znacznie głębsze niż myślałam. Mity które miałam na myśli na początku - te greckie, egipskie, słowiańskie - one już dawno wyszły ze swoich wspólnot. Czy to znaczy że straciły swoją etiologiczną funkcję?
Mam wrażenie, że gubimy ważne rozróżnienie. Mit etiologiczny może mieć kilka różnych funkcji naraz - wyjaśniającą, scalającą wspólnotę, legitymizującą porządek społeczny, rytualno-kosmiczną. Kiedy wspólnota znika, nie wszystkie te funkcje muszą znikać jednocześnie. Mit grecki może stracić funkcję rytualną, ale nadal zachowywać funkcję wyjaśniającą dla kogoś kto go czyta dwa tysiące lat później. Pytanie brzmi - czy to jest ten sam mit?
Właśnie to samo chciałam zapytać co Hematytka, bo też nie wiem gdzie jest granica. Może jednak mit etiologiczny i legenda etiologiczna to dwie różne rzeczy? Legenda wyjaśnia, ale nie angażuje, nie obliguje do niczego. Mit wyjaśnia I zobowiązuje?
Agatowa ma rację i to dotyczy nie tylko Australii. W wielu tradycjach rdzennych Ameryki Północnej istnieje podział na mity 'zimowe' i 'letnie' - te pierwsze mogą być opowiadane tylko w określonym czasie, bo zawierają zbyt dużo mocy na inne pory roku. To nie jest metafora, to jest dosłowne przekonanie o tym, że opowiadanie mitu uruchamia to co opisuje. I tu właśnie jest serce etiologii - mit nie opowiada o stworzeniu, on jest stworzeniem ponawianym.
Dobra, ale tu mam problem z tym jak to zestawić z mitami etiologicznymi których typ jest zupełnie inny - na przykład mity o tym jak bogowie pobili się o coś i z krwi jednego z nich powstały góry. To też etiologia, ale bardzo narracyjna, antropomorficzna. Czy ta też jest 'stworzeniem przez opowiadanie'? Czy to jest inna kategoria?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może naiwne - skoro mit etiologiczny 'stwarza przez opowiadanie', to co się dzieje z mitami etiologicznymi które są ze sobą sprzeczne? Bo przecież różne kultury mają różne mity o tym samo zjawisku. Jeśli opowiadanie sprawia że coś powstaje, to co z tymi wszystkimi sprzecznymi stworzeniami?
Nie wiem czy mogę cos dodac bo czytam od poczatku i ledwo nadazam, ale ta mysl ze kazda wspolnota stwarza wlasny swiat przez mity - to mi sie kojarzy z tym co czytałam o wieloswiatch w fizyce. Ze moze dosłownie istnieje tyle wersji rzeczywistosci ile wspolnot i ich opowiesci. Czy ktos sie z tym spotykal w jakiejs tradycji?
Muszę się zatrzymać i powiedzieć, że ta rozmowa poszła w kierunku który totalnie mnie zaskoczył. Zaczęłam od pytania o mity etiologiczne jako opowiadania wyjaśniające skąd coś pochodzi - a teraz rozmawiamy o tym, że te opowiadania *same powodują* to co opisują. To wywraca całe moje rozumienie tego tematu. Czy to znaczy że mit etiologiczny to nie jest wyjaśnienie, tylko instrukcja obsługi rzeczywistości?
Dobra, Orakliaa, ale właśnie to jest ciekawe - skoro mówisz że cię zaskoczyło dokąd to poszło, to wróćmy na chwilę do punktu wyjścia. Mity etiologiczne jako opowiadania wyjaśniające - czy w ogóle to rozróżnienie ma sens, jeśli każde opowiadanie jednocześnie wytwarza to co opisuje? Bo jeśli tak, to mit etiologiczny jest jakby autopoietyczny. Sam siebie uzasadnia przez działanie.
Przepraszam że sie wtrącę, bo trochę mi się to kręci w głowie - czy to nie jest właśnie coś bardzo podobnego do tego jak działa modlitwa albo zaklęcie? Że wypowiadasz słowa i cos sie dzieje? Tzn. czy mity etiologiczne to nie są po prostu najstarsze zaklęcia na swiecie?
Mam zapisane że w tradycji egipskiej istniało pojęcie 'heka' - siła słowa, która tkwiła u podstaw stworzenia. I że bogowie sami siebie stwarzali przez wypowiadanie własnego imienia. To jest dosłownie mit etiologiczny jako mechanizm stwórczy - byt mówi skąd pochodzi i przez to samo istnieje.
Ale czekacie chwile bo chce sie upewnic ze dobrze rozumiem. Mówicie ze te mity etiologiczne nie próbują tłumaczyc czegoś co juz istnieje - one same sa aktem tworzenia? To znaczy ze jak cywilizacja egipska opowiadała o Ptahu, to Ptah stawał sie rzeczywisty przez to opowiadanie? I jesli tak - to czy on jest mniej rzeczywisty teraz kiedy nikt juz tego nie opowiada rytualnie?
Właśnie chciałam zapytać o to samo. Bo jeśli mit działa przez opowiadanie, to współczesny neopoganin który opowiada mit słowiański robi coś realnego - nie tylko kulturowo, ale dosłownie. Czy to nie zmienia całkowicie dyskusji o tym czy rekonstrukcja ma sens?
To teraz nie rozumiem jednej rzeczy - jak mity w ogóle mogły sie zmieniać przez wieki, skoro każde odejście od oryginału było niebezpieczne? Bo przecież mamy różne wersje tych samych mitów, choćby greckich. Ileż tam jest wersji mitu o Demeter i Persefonie.
Czytam to wszystko i nagle mnie uderzylo cos prostego - czy my tutaj tez nie opowiadamy mitu? Tzn. rozmawiamy o mitach ze sposob opowiadania tworzy rzeczywistosc, i robimy to na forum gdzie ktos to czyta, myśli o tym, moze zmienia swoj swiatopoglad. Czy to nie jest taka sama petla jak z Ptahem?
Silaria, to jest chyba najpiękniejsza uwaga w całym wątku i nie wiem czy mam odpowiedź. Może właśnie dlatego te tematy są tak trudne do zamknięcia - bo kiedy o nich rozmawiamy, sami stajemy się częścią procesu który opisujemy. Ale chcę zapytać wszystkich o coś konkretniejszego, żeby nie odpłynąć za bardzo: czy ktoś z was wie o mitach etiologicznych które wyjaśniają nie skąd pochodzi świat, ale skąd pochodzi ZŁO? Bo to chyba najtrudniejszy problem dla każdej etiologii.
O, to jest świetny zwrot. Bo właśnie mity o pochodzeniu zła są chyba najciekawszą kategorią etiologiczną. Grecka Pandora, hebrajski Upadek, zoroastryjski Angra Mainyu - każdy z tych mitów ma zupełnie inną logikę. Pandora to przypadek, Upadek to wybór, Angra Mainyu to kosmiczny dualizm od zawsze. To są trzy kompletnie różne odpowiedzi na to samo pytanie.
Zatrzymuję się na tym odwróceniu bo to jest dokładnie ten mechanizm, o którym mówiłam wcześniej przy liturgicznej precyzji. Kiedy mit wychodzi poza rytualne ramy i staje się 'historyjką do opowiadania', traci swoje pierwotne napięcia i zaczyna być dostosowywany do aktualnych potrzeb społecznych. Grecja klasyczna miała interes w tym żeby Pandora była winna - to tłumaczyło pewien określony porządek społeczny. Mit etiologiczny nie opisuje już wtedy skąd pochodzi zło, tylko kto jest za nie odpowiedzialny w danym momencie historycznym. Czy to nie jest odpowiedź na pytanie Hematytki sprzed kilku postów - dlaczego mity mogły się zmieniać? Bo zmieniały się interesy tych, którzy je opowiadali.
