I to by odpowiadało na moje pierwotne pytanie inaczej niż myślałem. Zacząłem od tego, że zastępnik jest czymś gorszym - bo jest kopią. Ale może jest po prostu czymś innym. Miejscem, gdzie intencja jest bardziej jednorodna, a relacja z centrum bardziej świadoma i napięta właśnie przez niemożność dotarcia. Czy ktoś zna tradycję, która to wprost artykułuje?
Tak - jest coś takiego w islamskiej myśli o niemożności odbycia hadżdżu. Istnieje pojęcie 'haj al-qalb' czyli pielgrzymki serca, które niektórzy mistycy suficcy opisywali jako wewnętrzną podróż do Kaaby. To nie jest zastępnik geograficzny, ale to jest odpowiedź na tę samą niemożność - i jest traktowany przez niektórych jako droga prowadząca głębiej niż fizyczna pielgrzymka. Czy to nie jest właśnie to, o czym mówisz?
Czyli wychodzi na to, że 'zastępnik geograficzny' i 'zastępnik wewnętrzny' to dwa zupełnie różne zjawiska, które chyba wrzucamy do jednego worka w tym wątku. Bo jedno to wybudować kapliczkę wyglądającą jak Jerozolima, a drugie to przenieść całą podróż do środka. Czy ktoś widzi między nimi jakiś wspólny mianownik?
Myślę, że wspólny mianownik to właśnie ta niemożność. W obu przypadkach coś stoi na przeszkodzie - albo odległość, albo pieniądze, albo polityka, albo - jak u sufich - przekonanie, że zewnętrzna podróż bez wewnętrznej nic nie da. I obydwa rozwiązania są próbą obejścia tej przeszkody bez jej usunięcia.
Uczciwie przyznam, że tytuł sformułowałem trochę prowokacyjnie właśnie po to, żeby zobaczyć, czy ktoś to zakwestionuje. I macie rację - może 'zastępnik' to zły termin. Ale jak by to inaczej nazwać? 'Lokalny punkt dostępu do centrum'? Brzmi jak IT, nie jak sacrum.
W tradycjach tantry kaszmirskiej mówiło się o 'piṭha' - miejscach mocy, które nie są kopiami czegokolwiek, tylko węzłami sieci sakralnej. Każde piṭha jest samodzielne, ma własną deities i własną energię. Żadne nie jest zastępnikiem innego - razem tworzą sieć. Może to jest lepszy model do opisu tego, o czym mówimy.
To mi teraz daje nowy klucz do całego wątku. Jeśli sacrum może być z natury sieciowe, a nie hierarchiczne, to pytanie o 'zastępnik' w ogóle traci sens. Problem pojawia się tylko wtedy, kiedy mamy do czynienia z tradycją, która wytworzyła jedno centrum - Mekka, Jerozolima, Watykan - i wszystko poza nim automatycznie staje się pomniejsze.
Trochę gubię się w tej sieci i tych piṭha, ale wróćmy do czegoś konkretnego. Czy ktoś z was był w miejscu, które jest takim lokalnym centrum - nie wielką pielgrzymką, nie Częstochową - i coś poczuło? Pytam serio, bo ta dyskusja jest dla mnie trochę abstrakcyjna.
Podobnie mam z pewnym miejscem w lesie niedaleko domu. Nie ma tam nic szczególnego z wyglądu, ale od lat ludzie z okolicy zostawiają tam kwiaty i kamienie. Nikt tego nie organizował, nikt nie ogłosił. Po prostu tak się stało. Zastanawiam się, czy to nie jest właśnie ten proces, o którym mówił Rodis - że miejsce zdobywa rangę przez świadectwo, nie przez instytucję.
Ale skoro taki proces może zacząć jeden człowiek z kamieniem, to czy nie oznacza, że 'świętość' miejsca jest bardziej społeczna niż kosmiczna? Tzn. to my ją tworzymy zbiorowo, a nie ona jest tam 'obiektywnie'? Nie mówię tego, żeby podważać - naprawdę chcę wiedzieć, jak na to patrzą różne tradycje.
To jest chyba najciekawsza odpowiedź w tym wątku dla mnie osobiście. Bo jeśli tak jest - że uwaga kumuluje się w miejscu - to zastępnik, który istnieje od kilkuset lat i był centrum dla wielu pokoleń, może być silniejszy niż oryginał, do którego dostęp był przerwany i który leżał opuszczony. Historia Jerozolimy albo Konstantynopola pokazuje, że miejsca wielokrotnie 'gasły' i 'zapalały się' na nowo. Co o tym myślicie?
Poczekaj, to jest naprawdę ciekawa myśl, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówisz, że miejsce, do którego ludzie pielgrzymują od wieków, ma więcej 'naładowanej' energii niż to pierwotne, do którego dostęp był utrudniony? Czyli Kalwaria Zebrzydowska mogłaby być 'silniejsza' niż Jerozolima, bo do Jerozolimalskiej nie można było dojechać?
To nie jest aż tak proste. Jerozolima przez całe wieki była odwiedzana - krzyżowcy, pielgrzymi, pątnicy z Europy. Więc argument o 'naładowaniu przez wizytę' działa w obu kierunkach. Ale rozumiem, o co chodzi Onufremu - chodzi o ciągłość lokalnej wspólnoty, która kumuluje uwagę przez pokolenia bez przerw. I to jest osobna kwestia niż sława miejsca.
Z punktu widzenia szakty - jak najbardziej robi różnicę. Spójność intencji jest ważniejsza niż sama liczba. Energia skupiona na jednym obrazie, jednej narracji, jednym typie modlitwy kumuluje się inaczej niż ta sama ilość podzielona na różne tradycje i różne prośby. To trochę jak różnica między światłem rozproszonym a wiązką lasera.
Mnie bardziej zastanawia teraz wątek, który trochę porzuciliśmy, czyli te miejsca, które powstają bez planowania - jak ten las Cosmii. Bo one nie mają za sobą żadnej narracji religijnej, żadnego kościoła, żadnej tradycji. A mimo to ludzie przynoszą tam kwiaty. Czy takie miejsca mogą stać się pełnoprawnymi 'węzłami sieci' w sensie, o którym mówiła Stefcia?
Trochę wychodzę z roli, ale słuchajcie - czy w kontekście całego tego wątku o 'zastępnikach' nie powinniśmy wrócić do pytania, które gdzieś na początku pojawia się w tytule? Bo rozmawiamy teraz o spontanicznych miejscach kultu, a to jest trochę co innego niż celowo budowane repliki miejsc pielgrzymkowych. Kalwaria to inżynieria sakralna, a las z kwiatkami to co innego.
Ja mam może naiwne pytanie, ale zastanawiam się od jakiegoś czasu - czy dla tych ludzi, którzy budowali te Kalwarie w Polsce, to było naprawdę coś innego niż Jerozolima, czy raczej czuli, że to 'to samo tylko bliżej'? Bo to by zmieniało całą interpretację, prawda? Jeśli traktowali to jako równorzędne, to nie ma zastępnika - jest tylko inne centrum.
Dobra, ale to mnie prowadzi do pytania praktycznego: jeśli taką samą przemianę można osiągnąć chodząc po Kalwarii w Polsce, to po co w ogóle jechać do Jerozolimy? Co można dostać w oryginale, czego nie ma w replice? Bo jeśli nie ma różnicy, to po co te tłumy turystów religijnych latają?
I chyba właśnie tu jest granica, której nie da się przekroczyć przez żaden 'zastępnik' - bez względu na to, jak bardzo wolelibyśmy inne słowo. Materialność oryginału jest nieprzekazywalna. Ale co z tradycjami, w których materialność w ogóle nie jest centralną kategorią? U sufich, w buddyzmie zen - czy tam w ogóle jest sens mówić o 'oryginalnym miejscu'?
I chyba właśnie tu jest granica, której nie da się przekroczyć przez żaden 'zastępnik' - bez względu na to, jak bardzo wolelibyśmy inne słowo. Materialność oryginału jest nieprzekazywalna. Ale co z tradycjami, w których materialność w ogóle nie jest centralną kategorią? W buddyzmie theravady miejsce narodzin Buddy ma znaczenie, owszem, ale samo siedzenie pod jakimkolwiek drzewem bodhi - nawet szczepem z tamtego drzewa - jest uznawane za duchowo równoważne. Gdzie tam jest 'oryginał'?
To bardzo dobry przykład, bo drzewo w Bodh Gaya, pod którym teraz siedzą pielgrzymi, i tak nie jest tym samym drzewem co z czasów Buddy. To szczep szczepu szczepu. Więc Theravada już dawno rozwiązała ten problem praktycznie - ciągłość biologiczna zastępuje ciągłość materialną. Ale czy to nie jest właśnie najbardziej zaawansowana forma 'zastępnika', bo nikt tego nie ukrywa?
Ale wróćmy na chwilę do tego, co mówił Onufry66, bo mam wrażenie, że zeszliśmy w stronę autentyczności relikwii, a nie zastępników miejsc. Moje pytanie jest może bardziej przyziemne: czy istnieje jakiś historyczny przypadek, kiedy 'zastępnik' z czasem WYPRZEDZIŁ oryginał pod względem znaczenia dla wiernych? Że replika stała się ważniejsza niż pierwowzór?
To jest naprawdę ciekawe, bo jeśli replika może z czasem 'wyprzedzić' oryginał, to może samo rozróżnienie na oryginał i zastępnik jest błędem kategorialnym? Może każde miejsce kultu zaczyna jako wtórne wobec czegoś i dopiero z czasem staje się pierwotne dla swojej wspólnoty?
Mam pytanie do tych wszystkich przykładów, które tu padły - Kalwarie, Lorety, drzewa bodhi. Czy istnieje jakiś moment, w którym wspólnota świadomie decyduje, że jej lokalne miejsce jest już 'prawdziwe', a nie tylko zastępnikiem? Albo to nigdy nie jest decyzja, tylko po prostu przestają o tym myśleć?
