Właśnie, bo jak się śpiewa tę formułę aramejską z pełną uwagą i intencją to coś się dzieje w ciele. Czuję to fizycznie. Czy to psychosomatyka, czy coś więcej - nie wiem, ale jest efekt. A z polską wersją tego samego tekstu nie mam takiego wrażenia. To moje osobiste doświadczenie, nie twierdzę że tak jest dla wszystkich.
Wróćmy może do tego co pisała Pelagiusza o Abwun - bo ja to słyszę i chcę spróbować. Ale mam praktyczne pytanie: jak długo recytować? Czy istnieje jakaś wskazówka z tradycji co do liczby powtórzeń albo czasu?
Ja słucham całego wątku od początku i mam pytanie które mi chodzi po głowie - czy ktoś z was wie jak wyglądała liturgia pierwszych gmin chrześcijańskich? Czy oni śpiewali, czy recytowali? Bo jak Jezus mówił po aramejsku to jak to wyglądało kiedy uczniowie się modlili po jego śmierci?
Mam w notatkach że w badaniach wczesnego chrześcijaństwa jest pojęcie 'maranatha' - to aramejskie wołanie które przetrwało w 1. Liście do Koryntian choć list jest po grecku. To znaczy że nawet w greckojęzycznych tekstach zostawiano aramejskie formuły bo coś w nich było nieprzetłumaczalne. Czy ktoś wie więcej o maranatha i jak to było używane?
No ale to jest kilka słów na całe pismo. Kilka. Reszta przetłumaczona. Więc jak można z tych kilku wyjątków wyciągać wniosek że język liturgiczny ma jakąś magiczną moc której nie można zastąpić? To jak z jednym wyjątkiem od reguły.
To co mówi Wincentyna to jedna z najważniejszych rzeczy powiedziana w tym wątku. Bo jest zupełnie odwrotna dynamika między hebrajskim a aramejskim w tej tradycji. Hebrajski był językiem świętym, językiem Tory, świątyni. Aramejski był językiem ulicy, domu, placu targowego. I ten krzyk z krzyża jest w tym języku codziennym. To zmienia bardzo dużo jeśli chodzi o to jak myślimy o tym czym jest 'świętość' języka.
Słucham tej dyskusji o intymności i liturgiczności i myślę że może warto to rozróżnienie zostawić historykom, bo z perspektywy pracy z dźwiękiem i ciałem to i tak jest coś trzeciego. Kiedy ktoś recytuje coś w języku który nie jest jego, dzieje się konkretna rzecz fizyczna - zwalnia tempo oddechu, pojawia się większa precyzja artykulacji, zmniejsza się automatyzm. I to niezależnie od tego czy ten język był kiedyś intymny czy ceremonialny.
Właśnie to o czym mówi Ewaryst potwierdza moje doświadczenie. Recytuję jedną formułę po syryjsku już dłuższy czas i nie czuję że to 'spowszedniało' tak jak polskie modlitwy które znam od dziecka. Ale zastanawiam się teraz czy to nie jest dlatego że mój mózg nigdy do końca nie przetwarza tego automatycznie bo fonetyka jest zbyt obca.
Mam pytanie bardziej praktyczne bo trochę zgubił em się w tej dyskusji - czy ktoś wie gdzie można znaleźć nagrania liturgii syryjskiej, tak żeby była z wymową i może jakimś oznaczeniem tekstu? Szukałem ale trafiałem albo na same teksty bez wymowy albo na nagrania bez tekstu.
To jest smutne. Czyli dyskutujemy o świętości tego języka, a jednocześnie on dosłownie umiera razem z ludźmi którzy go mówią. Czy to zmienia jakoś perspektywę na to co my robimy recytując te formuły? Czy my w jakiś sposób też go podtrzymujemy czy to za mało żeby miało znaczenie?
No ale to jest chyba trochę jak muzeum. Przechowujesz coś w szklance ale to już nie żyje. Czy my recytując po syryjsku naprawdę podtrzymujemy ten język czy tylko tworzymy sobie iluzję łączności z czymś co odeszło?
To jest naprawdę dobre pytanie Dzikitaurusa. Ale z drugiej strony - kiedy recytuję na przykład 'Om mani padme hum' to też nie mam tybetańskiej genealogii. I jakoś nikt na tym forum nie mówi że to jest pożyczanie cudzej świętości. Co sprawia że z aramejskim jest inaczej?
Mam w notatkach coś ciekawego właśnie o tym problemie kontekstu. Badacze liturgii syryjskiej zwracają uwagę że sama melodia jest nośnikiem znaczenia - qolo, czyli melodia przypisana do danego tekstu, zmienia jego interpretację. Bez melodii masz słowa, ale tracisz warstwę którą wspólnota budowała przez stulecia. Czy ktoś z was recytuje z melodią czy tylko mówi tekst?
Wracam do tego co pisała Wincentyna o qolo bo to mi otworzyło nowe pytanie - czy te melodie są gdzieś zapisane w sposób dostępny, czy to jest wyłącznie tradycja ustna? Bo jeśli ustna to naprawdę jest ryzyko że znika razem z ludźmi.
Czyli de facto ten język sakralny jest zagrożony w podwójny sposób - wymiera jako język mówiony i wymiera jako tradycja liturgiczna przekazywana z mistrza na ucznia? To jest naprawdę niepokojące. Czy ktoś wie czy Kościoły te robią coś żeby to dokumentować?
Przepraszam że pytam o coś może oczywistego, ale mówicie o Kościele Wschodu - to jest to samo co prawosławie czy coś innego? Gubiłam się w tym trochę przez całą rozmowę.
Kościół Wschodu to osobna tradycja, nie prawosławna i nie katolicka. Historycznie wywodzi się z patriarchatu Antiochii i Seleucji-Ktezyfontu, rozwijał się na terenie Persji i dalej na wschód aż do Chin i Indii. Nie przyjął orzeczeń Soboru Efeskiego z 431 roku, dlatego przez wieki był określany - niesłusznie i pejoratywnie - mianem nestoriańskiego. Liturgia jest po syryjsko-aramejsku, tzw. wschodnim dialekcie syryjskim. To zupełnie inna linia niż Kościoły greckie.
To mi coś rozjaśnia. Czyli jak recytujemy po aramejsku to tak naprawdę wchodzimy w tradycję ktora geograficznie i historycznie była gdzieś między Persją a Indiami, a nie w tę biblijną Palestynę którą większość ludzi kojarzy. Czy to nie jest kolejny poziom tego co wcześniej mówiłem o braniu cudzej świętości bez kontekstu?
