Zaczęło się od tego, że znajomy zapytał mnie, dlaczego w kościele wschodnim śpiew brzmi inaczej niż na zachodzie, i nie wiedziałem jak mu to krótko wytłumaczyć. Ale to mnie wciągnęło w temat, którym od dawna chciałem się tu podzielić - święte języki, które ciągle żyją w liturgii, choć ich użytkownicy jako społeczność niemal przestali istnieć. Mam na myśli przede wszystkim aramejski i syryjski. Aramejski to język, którym mówił Jezus na co dzień, i nadal jest używany w liturgii przez chrześcijan asyryjskich na Bliskim Wschodzie oraz w diasporze. Syryjski klasyczny to osobna gałąź, ale blisko spokrewniona - używają go maronici, kościoły syryjsko-katolickie, jakobici. Zupełnie inaczej jest ze starogreką, która przez wieki była językiem wschodniej części chrześcijaństwa i wciąż funkcjonuje w liturgii greckoprawosławnej, choć współczesny Grek niekoniecznie rozumie tekst liturgiczny bez nauki. Moje pytanie do was jest takie: czy sądzicie, że język liturgiczny ma realną moc - czy chodzi wyłącznie o tradycję i ciągłość przekazu, czy może coś więcej? Bo w wielu tradycjach twierdzi się, że słowo wymówione w konkretnym języku działa inaczej niż jego przekład.
Temat bardzo mi bliski. Brałam udział w nabożeństwie syro-maronickiej wspólnoty i pamiętam, że śpiew w języku syryjskim dosłownie mnie przeszył - coś we mnie zareagowało zanim zdążyłam cokolwiek zrozumieć. Czy to był efekt akustyki, wieloletnich skojarzeń zbiorowych które w jakiś sposób się na mnie przeniosły, czy coś głębszego - naprawdę nie umiem odpowiedzieć. Ale wróciłam do domu zupełnie inna niż wyszłam. Pytanie które zadałeś na końcu, Pustelnik - o moc słowa w konkretnym języku - to chyba sedno tego tematu. W magii ceremonialnej też od zawsze podkreśla się, że słowo w języku pierwotnym niesie coś, czego tłumaczenie nie przenosi. Czy ktoś z was miał podobne doświadczenie z liturgią wschodniej?
Nie wiem czy to tak działa. Jezus mówił po aramejsku, OK, ale przecież Biblia dotarła do Europy po łacinie i przez łacinę kształtowało się całe zachodnie chrześcijaństwo. Jak w takim razie łacina jest 'mniej święta' od aramejskiego? Chyba chodzi po prostu o przyzwyczajenie i tradycję, a nie o jakąś wrodzoną moc języka. Każdy język ma swoje święte teksty i dla wyznawców ten konkretny jest najmocniejszy, bo to po prostu ich język sakralny. Nie ma tu żadnej hierachii.
Przepraszam że może głupie pytanie, ale co to znaczy że syryjski i aramejski to osobne języki? Myślałam że to to samo. I czy te kościoły maronickie i asyryjskie to są gdzieś w Polsce? Nigdy nie słyszałam żeby u nas taka liturgia była dostępna.
Wracając do pytania o moc języka. W tradycjach które znam, mowa jest tutaj o wibracjach - dosłownie o częstotliwości dźwięku. Starożytne języki liturgiczne często mają strukturę fonetyczną, która inaczej 'pracuje' w przestrzeni niż współczesne języki. Sanskrit i hebrajski są tego klasycznym przykładem - tamtejsze tradycje twierdzą że zapis dźwiękowy mantr czy Bożych imion ma fizyczny efekt. Nie wiem czy to samo dotyczy aramejskiego, ale byłbym ostrożny z przekreślaniem tego jako tylko tradycji.
Pytanie Sławka mnie tu przyciągnęło. Pracuję z dźwiękiem w kontekście medytacyjnym i rzeczywiście różne systemy dźwięku działają na ciało inaczej. Ale uczciwie powiem: nie wiem, czy chodzi o język jako taki, czy o sposób w jaki jest śpiewany. Kantylacja hebrajska, melizmatyka syryjska, śpiew gregoriański - wszystkie te tradycje operują konkretnymi wzorcami melodii recytacyjnej, które mogą działać na układ nerwowy. Czy to magia języka samego w sobie, czy efekt wielowiekowej tradycji śpiewu? Nie powiem że wiem na pewno.
Ja mam inaczej na to spojrzenie. Aramejski był językiem magii w wielu tradycjach starożytnych, nie tylko w chrześcijaństwie. Aramejskie zaklęcia i formuły ochronne zachowały się na miskach magicznych z Babilonii, z okolic III-VII wieku n.e. To były judeo-aramejskie i mandejskie napisy. Więc ta 'moc' aramejskiego była powszechnie uznawana nawet poza kościołem. Myślę że to nie jest przypadek że akurat ten język jest w tyloma tradycjach traktowany jako nośnik sacrum.
Czytam ten wątek i próbuję nadążyć. Dobrze rozumiem że chodzi o to, że te języki przetrwały głównie w kościelnych rytuałach, a nie w codziennym użyciu? Bo jeśli tak, to mam pytanie które może być naiwne - czy modlitwa po aramejsku, którą odmawiałby ktoś kto jej nie rozumie, ma według was jakąś wartość duchową? Czy rozumienie jest tu konieczne?
Ja się zastanawiam czy to nie jest trochę jak z afirmacjami. Kiedy powtarzam afirmację po angielsku, bo gdzieś ją znalazłam w takiej formie, to mam wrażenie że słabiej 'trafia' niż kiedy mówię ją po polsku. A może to tylko dlatego że po polsku lepiej rozumiem co mówię? Nie wiem, może to głupie porównanie, ale jakoś mi się to skojarzyło.
Dziękuję za ten wątek, naprawdę dużo się tu dowiaduję. Chciałam tylko zapytać - czy gdzieś można posłuchać takiej liturgii syryjskiej albo aramejskiej? Mam na myśli nagrania, cokolwiek żeby poczuć o czym mówicie. Bo czytam i nie do końca potrafię sobie wyobrazić jak to brzmi.
Mam wrażenie że w tym wątku trochę mieszamy kilka różnych rzeczy. Jedno to pytanie historyczne - jak te języki przetrwały i dlaczego. Drugie to pytanie duchowe - czy mają wrodzoną moc. A trzecie to estetyczne - czy brzmią dla nas wyjątkowo bo są egzotyczne. Nie twierdzę że to wykluczające, ale jak nie rozdzielimy tych pytań, to będziemy krążyć w kółko.
Wróciłam do pytania które Pustelnik zadał na początku - o modlitwę w konkretnym języku jako nośnik czegoś więcej niż przekład. Mnie to przypomina to co mówią o mantryzmie: mantra w przekładzie nie jest już mantrą, bo traci swój dźwiękowy kształt, który jest esencją. Może ze świętymi językami jest tak samo - aramejski 'Abba' niesie coś czego 'Ojcze' nie odda nie dlatego że jedno jest ładniejsze od drugiego, ale dlatego że są to różne dźwiękowe byty. Zastanawia mnie czy ktoś z was praktykuje modlitwę lub medytację w takim języku świadomie - to znaczy ucząc się go właśnie w tym celu.
Brzoskwinka trafiła w sedno z tym mantryzmem. To dokładnie ten sam mechanizm - i właśnie dlatego koptyjski, choć nikt go już nie mówi jako języka codziennego, trwa w liturgii egipskich chrześcijan. Dźwięk jest ważniejszy niż komunikat. Ale mam pytanie do Ewarysta: kiedy mówisz że różne systemy dźwięku działają na ciało inaczej, to czy da się powiedzieć coś konkretniejszego o tym co odróżnia na przykład śpiew syryjski od gregoriańskiego? Bo na poziomie brzmienia to dla mnie dwie różne rzeczy, ale nie umiem powiedzieć dlaczego.
To dobre pytanie i nie mam na nie prostej odpowiedzi. Śpiew gregoriański operuje modalnością - skale kościelne, brak półtonów w pewnych miejscach, określony ambitus. Syryjski śpiew liturgiczny ma inne interwały, inaczej traktuje ozdobniki, a sama fonetyka języka - te dźwięki gardłowe, emfatyczne spółgłoski - wchodzą w rezonans z inną częścią ciała. To nie jest metafora, to dosłownie inna praca przepony i krtani. Ale czy to 'duchowe' czy tylko 'fizjologiczne'? Nie wiem czy to rozróżnienie ma sens.
Mam wrażenie że gdzieś w tym wątku umknęło jedno pytanie - a mianowicie co z tymi, którzy modlą się w tych językach nie rozumiejąc ich? Mnisi koptyjscy recytują teksty koptyjskie, których znaczenia nikt już nie tłumaczy wiernym na co dzień. Czy to jest modlitwa czy bardziej rytuał dźwiękowy?
Hania, to ważne doświadczenie. W pracy z dźwiękiem tybetańskim miewam klientów, którzy nic nie wiedzą o buddyzmie i nie rozumieją żadnego słowa - a reagują bardzo głęboko. Pytanie jest czy to dźwięk, czy stan otwarcia, czy po prostu fakt że coś jest piękne i nieznane. Szczerze - nie rozstrzygam.
Słucham tych nagrań teraz i mam wrażenie że to coś zupełnie innego niż to co znam z kościoła. To brzmi jakby starotestamentowo? Nie wiem jak to inaczej opisać. Czy aramejski brzmi podobnie do hebrajskiego śpiewanego?
Wracam do tego co mówiłam wcześniej o miskach magicznych - bo właśnie słuchałam tych nagrań i coś mnie uderzyło. W tych zaklęciach aramejskich z Babilonii były podobne struktury dźwiękowe: powtórzenia, pewne formuły które wracały jak refren. Zastanawiam się czy liturgia syryjska nie zachowała czegoś z tamtej tradycji magicznej, może nie wprost, ale strukturalnie.
Czytam od jakiegoś czasu i mam pytanie z innej strony. Dużo tu o językach semickich. A starogrecki w liturgii - bo tytuł wymienia też greke - to inna kategoria? Bo Nowy Testament był po grecku i to jest język zupełnie innej rodziny. Czy on też ma tą 'wibracyjną' właściwość o której pisał Sławek, czy to bardziej sprawa aramejskiego i hebrajskiego?
Czyli według Sławka to nie jest żaden wbudowany mechanizm w języku tylko efekt historycznego użycia? To jest zupełnie inna teza niż ta o wibracjach. Bo jeśli tak to po kilku wiekach polska liturgia miałaby te same właściwości co grecka. Nie kupuję tego.
Ja sobie myślę że może obie rzeczy są prawdą jednocześnie? To znaczy język ma swoje właściwości dźwiękowe, ale żeby to w pełni działało musi być też ta warstwa historii i intencji zbiorowej. Jak z kamieniami - ametyst ma swoje właściwości, ale jak go ktoś naładuje intencją to działa mocniej. Może tak samo z językiem?
I tu wracamy do pytania które było na początku, bo Pustelnik pisał o nośniku czegoś więcej niż przekład. Abwun to nie tylko 'ojciec' - to forma która w aramejskim zawiera i ojca i matkę, jest to słowo oddechowe, zaczyna się od A-b co jest głębokością przepony. To się traci w tłumaczeniu bez śladu. Więc nie chodzi nawet o to żeby 'wiedzieć że to znaczy ojciec' tylko o to że dźwięk Abwun niesie coś czego 'Ojcze' nie ma.
Abwun d-bwashmaya - słucham tego na głos i faktycznie to słowo zaczyna się zupełnie inaczej niż polskie 'ojcze'. To jest bardziej jakby westchnienie niż sylaba. Czy ktoś wie jak to jest z innymi językami semickimi - czy hebrajskie Avinu ma podobny efekt oddechowy?
A co z łaciną? Bo przez chwile mowilismy o semickich i o grece, ale łacina była przez wieki językiem liturgii zachodniej. Czy ona też ma tą 'rezonansową' jakość, czy to jednak inny przypadek? Mam wrażenie że trochę ją pomijamy.
To pytanie Pelagiuszy jest kluczowe dla całej tej dyskusji. Ja pracuję z dźwiękiem i mogę powiedzieć jedno z doświadczenia - solo zawsze jest inaczej niż grupowo. Nie chodzi o magię jako taką, ale o fizjologię. Współbrzmienie wielu głosów robi coś z ciałem czego jeden głos nie zrobi. Jak ma się to do języka - nie wiem, ale miałbym ostrożność z mówieniem że 'aramejski w domu da to samo co liturgia syryjska'.
No i tu jest clue całej rozmowy - bo jak potrzeba wspólnoty to po co w ogóle te stare języki jeśli twoja wspólnota mówi po polsku? To trochę egzotyzowanie dla samego egzotyzowania.
Dzikotaturus poruszył tu kwestię która mnie naprawdę interesuje - bo granica między wyobrażeniem a rzeczywistością duchową jest w tradycjach rozumiana różnie. Dla gnostyka wyobraźnia jest organem poznania, nie złudzenia. Paracelsus pisał że imaginacja to nie fantazja tylko realne działanie na świat. Więc pytanie nie brzmi czy to jest 'tylko' wyobrażenie, ale co wyobrażenie robi i jak.
