Ostatnio czytałam sporo o azjatyckich tradycjach związanych z kultem przodków i uderzyło mnie jedno - w Chinach, Tajlandii, Japonii, Korei, Wietnamie - wszędzie jest ten sam rdzeń: zmarli nie odchodzą naprawdę, tylko zmieniają przestrzeń. Ale szczegóły są już bardzo różne. W Chinach mamy Qingming, kiedy sprząta się groby i pali papierowe ofiary - pieniądze, domy, telefony - żeby przodkowie mieli wygodnie po drugiej stronie. W Tajlandii Phi Ta Khon to zupełnie inna energia, karnawałowa niemal. Chciałam otworzyć dyskusję właśnie o tych różnicach, bo mam wrażenie, że zazwyczaj mówimy o kulcie przodków jako jednej rzeczy, a to jest naprawdę bardzo zróżnicowane zjawisko.
To ciekawe, że wymieniłaś te papierowe ofiary. Zawsze zastanawia mnie, czy to tylko symbol, czy wyznawcy naprawdę wierzą, że te przedmioty 'docierają' do przodków? Bo z zewnątrz wygląda to jak bardzo dosłowne traktowanie zaświatów - że tam jest dokładnie tak samo jak tu, tylko niewidoczne.
A ja w ogóle nie wiedziałem, że w Tajlandii jest coś takiego jak Phi Ta Khon. Myślałem, że kult przodków to głównie Chiny i Japonia. Czy to jest podobne do naszych Dziadów słowiańskich? Bo jak słucham o tym, że ludzie wychodzą na ulice w maskach i świętują razem z duchami, to brzmi znajomo.
Tylko że tu pojawia się pytanie - czy to jest pierwotna wiara taoistyczna, buddyjska, czy może coś starszego, co po prostu przetrwało pod różnymi nazwami? Bo w Chinach te warstwy są naprawdę pozlepiane. Konfucjanizm nakazuje szanować przodków, buddyzm mówi o karmieniu głodnych duchów, taoizm dorzuca własną kosmologię. I to wszystko funkcjonuje jednocześnie w tej samej rodzinie, często przy tym samym ołtarzu.
właśnie chciałam zapytać czy ten oltarz domowy w Chinach to jest tylko dla przodków czy moga tam być też inne byty? bo gdzieś czytałam że stawiają tam też bogów opiekuńczych domu i nie wiedziałam czy to ta sama tradycja czy coś innego
Czy to nie oznacza, że w gruncie rzeczy kult przodków w Azji wschodniej jest bardziej animistyczny niż religijny w naszym zachodnim sensie? Mam wrażenie, że tam nie ma takiego wyraźnego rozdziału między żywymi a martwymi, między bóstwem a duchem przodka. To bardziej kontinuum niż osobne kategorie.
Mazu to dobry przykład, ale wydaje mi się, że podobnie działało też ubóstwienie w starożytnym Rzymie - deifikacja cesarzy. Więc to może nie jest wyłącznie azjatycka specyfika, tylko pewien model myślenia o świętości, który pojawia się niezależnie w różnych miejscach.
W Tajlandii jest coś takiego jak kult phi - duchów, które mogą być zarówno przyjazne jak i niebezpieczne. I tak jak mówiła Betalia o oddolnym charakterze - duże drzewa, stare miejsca, nieoczekiwane zgony, to wszystko może stać się miejscem kultu. Widziałam fotografie, gdzie przy autostradach są małe świątynki dokładnie w miejscu wypadku, bo wierzy się, że duch ofiary tam pozostaje i trzeba go ułagodzić.
To jest trochę niepokojące jak o tym tak mówisz. Czyli w Tajlandii duchowi wypadku niejako 'należy się' ołtarz? A co jeśli się tego nie zrobi? Jest jakaś konsekwencja według wierzeń?
To co opisujesz z tymi duchami przy drogach - mamy coś podobnego w tradycji słowiańskiej, gdzie miejsca nagłej śmierci były uważane za nawiedzane przez upiory. Stawiano tam krzyże właśnie po to, żeby uspokoić niespokojnego ducha. Zastanawiam się, czy to nie jest coś głęboko ludzkiego - ten instynkt, żeby zadbać o miejsce traumatycznej śmierci, niezależnie od szerszego systemu wierzeń.
Trochę się gubię w tych wszystkich nazwach - phi, mazu, qingming. Chciałam zapytać, czy w Tajlandii te wierzenia o duchach są w ogóle zgodne z buddyzmem, który tam przecież jest religią dominującą? Bo buddyzm chyba mówi co innego o tym, co dzieje się po śmierci?
I to jest chyba największa lekcja, którą można wyciągnąć patrząc na Azję - że kategoria 'spójność doktrynalna' jest trochę zachodnim wymysłem. Nie mówię tego złośliwie, ale my przyzwyczailiśmy się myśleć, że religia musi mieć jeden zestaw zasad, które albo się przyjmuje w całości, albo nie. W wielu azjatyckich tradycjach to po prostu nie jest warunek.
Tylko że to 'nieprzywiązanie do spójności' ma swoją cenę, prawda? Jeśli każda wioska ma inny zestaw lokalnych duchów i obrzędów, to gdzie jest granica między religią a zwykłym przesądem? Pytam serio, bo mnie to zawsze trochę zastanawia w kontekście tych wierzeń ludowych - kiedy to jeszcze tradycja, a kiedy już tylko lęk przebrany za rytuał.
Myślę, że to pytanie o granicę między religią a przesądem to taki typowo zachodni problem. W tradycjach azjatyckich nikt nie siadał i nie zastanawiał się, czy duch przy drzewie to 'oficjalnie' religia. To po prostu był element świata, z którym się żyło. Podobnie zresztą jak w dawnych wierzeniach słowiańskich - nikt nie pytał, czy wiła jest religią czy przesądem.
To ciekawe, że w Japonii jest bardzo podobna sytuacja - shinto i buddyzm funkcjonują razem od wieków i nikt specjalnie nie widzi w tym sprzeczności. Urodziny obchodzi się w świątyni shinto, śmierć jest domeną buddyzmu. Pragmatyczny podział ról, który po prostu działa.
A jak to wygląda w Chinach, bo ciągle się tu przewija Qingming i spalanie papierowych przedmiotów? Czy to jest buddyzm, taoizm, konfucjanizm? Sama nie wiem, do jakiej szuflady to włożyć.
transfer zasług to jest taki termin że nie bardzo rozumiem. czytałam o tym w kontekscie buddyzmu ale nie wiem jak to jest połączone z kultem przodków? to znaczy że można 'wysłać' komuś umarłemu dobre karmy?
Ale to zakłada, że ci przodkowie wciąż gdzieś są jako indywidualne osoby. A buddyzm przecież mówi o braku stałego 'ja'. Jak to jest spójne?
Chyba wszyscy trochę za bardzo skupiamy się na tej 'niespójności'. Katolicyzm też ma tony niespójności między oficjalną teologią a ludową praktyką - modlitwy do świętych o konkretne rzeczy, cudowne miejsca, talizmany poświęcone przez księdza. Mechanizm jest ten sam co w Azji, tylko opakowanie inne.
To jest ciekawe co mówi Teodozja.2, bo słyszałam że w Wietnamie przez czas komunizmu próbowano właśnie siłą likwidować kult przodków jako 'zabobon'. Czy ktoś wie jak to wyszło? Bo mam wrażenie, że tych rzeczy się po prostu nie da wykorzenić.
A w Chinach jak to przeżyło rewolucję kulturalną? Bo słyszałem, że Mao Zedong totalnie niszczył te tradycje, a jednak chyba coś zostało, skoro teraz to wszystko wróciło.
Interesuje mnie Tajlandia i to co pisała Iga04 o phi tai hong. Wspominałaś że duchy nagłej śmierci są szczególnie niebezpieczne. Czy jest jakiś odpowiednik w Chinach albo Japonii? Czy ta kategoria 'śmierć bez przygotowania równa się niebezpieczny duch' jest szeroka w Azji?
I to jest tak podobne do słowiańskich upiorów i strzygoi, że aż dziwne. Czy to naprawdę niezależna konwergencja, czy może jest tu jakiś wspólny praindoeuropejski element? Nie wiem, Słowianie i Japonczycy to trochę daleko od siebie kulturowo.
Ale jeśli to jest 'logika śmierci gwałtownej' niezależna od kultury, to czy nie oznacza to, że te wierzenia odpowiadają na jakieś głębsze pytanie o rzeczywistość? Czyli może duchy osób po nagłej śmierci naprawdę są inne, a różne kultury to po prostu niezależnie zauważyły?
Wracając do pytania Nuna98 - w Chinach jest kategoria e gui, czyli 'głodne duchy', i część z nich to właśnie osoby, które zginęły gwałtownie lub bez potomstwa, które mogłoby je czcić. Nie mają żywiciela w świecie żywych, więc błąkają się i mogą szkodzić. To jest trochę inna logika niż japońskie onryō, bo tam akcent jest na emocjach, a tutaj na braku rytualnej opieki. Ale efekt podobny - niebezpieczny duch wymagający uspokojenia.
To jest niesamowite - system społeczny obejmujący też umarłych. Czy coś podobnego jest w Tajlandii? Bo tam chyba też jest jakiś festiwal duchów?
a te duchy bez rodziny to czy one zawsze sa nienasycone i niezbezpieczne? bo jakoś smutno mi się robi na myśl o tym że ktoś umarł i nikt go nie pamięta i jeszcze jest wrogiem przez to
