Szeptucha właśnie dotknęła czegoś, o czym myślałam czytając ten wątek od początku. Mówimy o azteckich zakazach przy calpulli, o nordyckich runach, o kapłanach delfickich - ale ile z tego to żywa tradycja, a ile rekonstrukcja przez badaczy, którzy sami mieli założenia o tym, czym jest sacrum? Czy możemy ufać tym opisom?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, może naiwne - czy jest jakaś tradycja, gdzie zakaz dotykania świętego obiektu był zapisany wprost, dosłownie, jako reguła? Tzn. nie wnioskujemy z relacji obserwatora, że 'prawdopodobnie był zakaz', tylko mamy tekst, który mówi: tego dotykać nie wolno i oto konsekwencje. Bo przez całą tę rozmowę mam wrażenie, że większość przykładów to jednak interpretacja.
Historia Uzy to jeden z tych fragmentów, które zawsze mnie zatrzymują. Bo tu mamy coś dość rzadkiego - intencja była dobra, odruch wręcz opiekuńczy, a mimo to skutek był natychmiastowy i śmiertelny. To jakby tabu działało niezależnie od woli. Teodozja, czy tekst w ogóle komentuje tę niesprawiedliwość? Czy była jakaś tradycja rabinistyczna, która się z tym mierzyła?
Tak, i to jest jeden z najbardziej komentowanych epizodów. Midrasze i późniejsi komentatorzy mieli z Uzą problem. Niektórzy próbowali znaleźć winę - że szedł nieuważnie, że prowadził wóz zbyt szybko, że w duchu był niepokorny. Ale część po prostu przyjmuje: tabu Arki było absolutne i zadziałało jak prawa fizyki, nie jak sąd. Co zresztą samo w sobie jest interesującą teologią - Bóg tu nie 'decyduje', czy ukarać. System działa sam.
Właśnie to napięcie między obiektywnym a intencjonalnym zakłada też chyba różnicę w tym, co 'chroni' - czy chronimy obiekt przed skażeniem, czy chronimy osobę przed obiektem. Przy Arce wygląda na to, że obiekt był niejako napięty, gotowy do reakcji niezależnie od tego, kto dotknął. A przy wyroczni w Delfach - obiekt (a może bóstwo?) mógł odmówić kontaktu. To dwie zupełnie różne logiki zakazu.
Przy runach jest podobny motyw - w Eddzie jest fragment, gdzie Odyn mówi, że run nie może udzielić ten, kto ich nie zna. To nie jest ostrzeżenie etyczne. To stwierdzenie faktu: runy dane przez kogoś niekompetentnego po prostu nie działają albo działają odwrotnie. Obiekt nie reaguje złością, tylko brakiem odpowiedzi albo odpowiedzią zniekształconą. Czy to wciąż 'tabu', czy już po prostu opis mechanizmu?
Słucham i zastanawiam się, czy rozróżnienie między 'obiekt reaguje' a 'bóstwo reaguje przez obiekt' w ogóle miało sens dla tych, którzy z tym żyli. W słowiańskich przekazach o posągach bożych jest coś pomiędzy - posąg nie jest bogiem, ale jest jego siedliskiem. Dotknięcie go przez nieuprawnioną osobę naruszało tę relację, nie sam materiał. Tzn. można by powiedzieć, że niszczono połączenie, a nie drewno.
Andromedka pyta o coś, co bardzo mnie nurtuje w kontekście tej dyskusji. Bo muzea pełne są takich 'dezaktywowanych' obiektów - maski obrzędowe, posągi kultyczne, relikwie - i część rdzennych społeczności domaga się ich zwrotu właśnie dlatego, że uważa, że obiekt wciąż ma ładunek, wciąż jest niebezpieczny. Nie jest opróżniony przez czas ani przez zmianę kontekstu.
Znam jedną taką historię z drugiej ręki - osoba pracująca przy konserwacji przedmiotów z kolekcji afrykańskiej mówiła, że przez cały czas pracy przy jednej konkretnej figurce miała wrażenie, że jest obserwowana, i skończyło się poważną chorobą. Może zbieżność, może nie. Ale ta osoba sama zaczęła szukać kontaktu z kimś, kto mógłby 'wyczyścić' sytuację.
Przepraszam, że wchodzę z boku, bo dopiero czytam ten wątek od początku - ale to co Wrozka opisuje, to czy jest jakaś różnica między tym, że obiekt 'działa' zawsze, a tym, że działa tylko wtedy, gdy nikt o nim nie wie? Bo jeśli ten pracownik muzeum nie wiedział i też miał reakcję - to chyba wyklucza to, że to tylko sugestia?
To wraca nas do pytania o dostęp do wiedzy jako formy ochrony. Kapłanka w Delfach wiedziała, co robi i co może zrobić. Kohen wiedział, czego dotknął lub nie dotknął. Pytanie, które chcę zadać: czy w tradycjach, które tu omawiamy - azteckiej, nordyckiej, śródziemnomorskiej - zakaz dotyku był tajemnicą czy wiedzą publiczną? Tzn. czy każdy wiedział, że nie wolno, czy tylko wtajemniczeni?
To pytanie Jarzyny mnie zatrzymuje, bo w kontekście słowiańskim jest coś analogicznego. W przekazach o miejscach zakazanych - moczarach, rozstajach, pewnych drzewach - ostrzeżenia były dwojakiego rodzaju. Jedne były powszechne: każde dziecko wiedziało, żeby nie chodzić do olszyny po zmierzchu. Inne były wiedzą osób, które miały kontakt z tymi miejscami zawodowo. I co ciekawe - kara za nieświadome naruszenie zdawała się lżejsza albo wymagała tylko oczyszczenia. Kara za świadome to już inna kategoria. Jakby system rozróżniał intencję mimo całej tej 'automatyczności'.
To rozróżnienie na wiedzę powszechną i inicjacyjną w kontekście tabu jest zresztą obecne w prawie żydowskim w ciekawy sposób. Przy sprawach dotyczących tame'a i tahor - nieczystości rytualnej - jest kategoria 'שוגג', czyli błąd nieumyślny, i 'מזיד', celowe przekroczenie. Skutki są różne, ale co ważne: nawet przy 'szogeg' nieczystość i tak zachodzi. Oczyszczenie jest możliwe, ale samo naruszenie jest faktem. Więc ta 'automatyczność' nie znika - zmienia się tylko ścieżka naprawy.
Słucham tej rozmowy o przenoszeniu nieczystości i nagle pomyślałam - czy to jest zbliżone do tego, co Wrozka opisywała z tą figurką z kolekcji muzealnej? Osoba nie wiedziała, co trzyma, ale obiekt i tak 'działał'. Czyli może model transferu jest podobny w obu tradycjach, tylko opisany innym językiem?
Michasia ma rację, że warto patrzeć na strukturę niezależnie od tego, czy akceptujemy konkretny mechanizm. I właściwie to jest podejście porównawcze, które pozwala nam mówić o tabu w ogóle. Ale Runolog też ma rację, że nie wolno przykrywać różnych poziomów jednym słowem. Może powinniśmy rozróżnić: podobieństwo strukturalne a podobieństwo ontologiczne? Bo to drugie to roszczenie o wiele mocniejsze.
Jarzyna dotknęła czegoś, o co chciałam zapytać od jakiegoś czasu. Bo właściwie - czy tabu przy seiðr chroni coś świętego, czy chroni porządek społeczny udając, że chroni coś świętego? I czy to rozróżnienie w ogóle miało sens dla Normanów? Mam wrażenie, że my przykładamy kategorie, które tamten system by odrzucił.
Andromedka pyta o coś, co w tradycjach afryjsko-karaibskich opisuje się przez pojęcie ashe - siły, która jest jednocześnie społeczna i kosmiczna. Naruszenie porządku społecznego i naruszenie porządku kosmicznego to nie są dwie różne rzeczy. Więc może przy seiðr podobnie - przekraczasz kategorię płciową i jednocześnie robisz coś ze strukturą rzeczywistości, nie tylko z reputacją.
Przepraszam, że wchodzę z pytaniem może naiwnym - ale jak to się ma do azteckich praktyk ofiarnych? Bo wydaje mi się, że tam objekt sakralny - ofiara ludzka - był jednocześnie tym, co czyste, i tym, co zostaje skalane przez sam akt ofiary. Czy właśnie o to chodzi w tym temacie?
