To mnie trochę uspokaja, szczerze. Bo miałem trochę kompleks, że słowiańska ścieżka jest jakoś 'mniej poważna' niż nordycka, bo mniej tekstów. A tu wychodzi, że różnica jest stopniowalna a nie absolutna.
Przepraszam, że znowu pytam o coś podstawowego, ale chcę zrozumieć - jeśli te tradycje są tak rekonstruowane, to jak człowiek, który zaczyna praktykę, ma ocenić, czy to, co robi, ma sens? Czy jest jakiś punkt odniesienia poza własnym odczuciem?
To jest bardzo ważna uwaga o Wiccanie. I myślę, że nie ma tu prostej odpowiedzi - Gardner zbudował coś, co dla wielu ludzi jest autentyczne duchowo, nawet jeśli historycznie jest młode. Pytanie, czy autentyczność historyczna i autentyczność duchowa to to samo. Dla mnie nie są - ale rozumiem, że dla kogoś mogą być.
Ale właśnie - w kontekście świątyni wewnętrznej, o której jest ten temat, może to nie ma znaczenia? Jeśli medytacja z obrazem Swarożyca przynosi ci realną przemianę wewnętrzną, to czy naprawdę obchodzi cię, czy ten obraz pochodzi z XIII wieku czy z XIX?
Słucham tej rozmowy o symbolach i wracam do swojej praktyki z Mokoszą. Mandragorka, to co mówisz jest ciekawe, bo ja nie budowałam jej obrazu z żadnego konkretnego tekstu - bardziej z krajobrazu i z czegoś, co 'przychodziło'. Zastanawiam się teraz, czy to znaczy, że pracowałam z własnym projekcją, czy z czymś, co ma własną historię niezależnie od mnie.
I tu jest chyba serce całej rozmowy, nie? Czy świątynia wewnętrzna, którą budujesz, jest twoją własną konstrukcją, czy wchodzisz w kontakt z czymś, co istnieje niezależnie od ciebie? I czy w ogóle można to odróżnić od wewnątrz praktyki?
To co Syriusza.2 napisała trochę mnie uspokaja, ale i dezorientuje jednocześnie. Bo jeśli nie można tego rozróżnić od wewnątrz - to po co w ogóle pytać, czy to kontakt czy projekcja? Czy to pytanie ma jakieś praktyczne znaczenie dla samej praktyki?
Dokładnie to samo zauważyłem u siebie. Jak zacząłem traktować ogień w medytacji jako coś, z czym rozmawiam, a nie jako obraz który sobie wyobrażam - coś się zmieniło. Trudno to opisać. Ale Kunisia, masz rację - postawa praktykującego zmienia to, co się dzieje. Czy to 'dowód' na cokolwiek? Chyba nie. Ale też nie jest to bez znaczenia.
Słucham was o tych snach i symbolach i mam pytanie może trochę z innej strony - czy ktoś z was w swojej praktyce wewnętrznej kiedyś zmienił panteon? Zaczął od jednego systemu, przeszedł do innego? I co to zrobiło z tą 'świątynią wewnętrzną', jak mówi tytuł tego wątku? Czy trzeba ją przebudowywać od zera?
To, co Geomantka_E opisuje, bardzo do mnie trafia. Mam wrażenie, że świątynia wewnętrzna nie jest czymś, co się projektuje i buduje jednorazowo - raczej narasta. I może ta narastająca warstwa słowiańska u ciebie nie jest przypadkowa - może coś w tobie wiedziało, że ta przestrzeń jest 'twoja' w jakimś sensie. Choć wiem, że to brzmi nieweryfikowalnie.
Ten 'miesiąc bez nazwy' u Geomantki bardzo mnie ciekawi, bo sama teraz jestem gdzieś podobnie. Praktykuję medytację, ale nie wiem, w jaki system to wpiąć i trochę się boję, że bez kontekstu to jest... bezużyteczne? Albo błądzi. Czy ten czas bez nazwy był dla ciebie płodny, czy raczej jałowy?
Ja bym dodał że ten lęk przed 'błądzeniem bez systemu' może być też trochę wpojony kulturowo. W tradycjach wschodnich masz nauczyciela, lineaż, przekaz - i to daje poczucie że idziesz właściwą drogą. W odtwarzanych tradycjach słowiańskich tego prawie nie ma. Więc jest więcej wewnętrznej niepewności. Ale czy to złe? Moze to jest właśnie cecha tej ścieżki.
A jak wy w ogóle wiecie, że coś w tej wewnętrznej praktyce 'działa'? Bo to jest coś, co mnie od początku blokuje. Jak mierzyć postęp duchowy? Przez samopoczucie? Przez sny? Przez zmiany w życiu zewnętrznym?
Wracając do tego, o czym mówił Trzygłow05 - że świątynia wewnętrzna narasta, nie jest projektowana - to ciekawe, bo w runach mam podobne doświadczenie. Nie 'zaplanowałem' pracy z Fehu czy Algizem. One pojawiały się wtedy, kiedy coś w życiu tego wymagało. Może to jest klucz - że wewnętrzna struktura duchowa odpowiada na życie, a nie odwrotnie?
I właśnie to mnie w runach uderza najmocniej - że one nie są systemem, który wybierasz, tylko systemem, który cię wybiera w konkretnym momencie. Ale to prowadzi mnie do pytania, które Saturnina trochę poruszyła - czy ta świątynia wewnętrzna to coś, co mamy od urodzenia i tylko stopniowo odkrywamy, czy raczej budujemy ją aktywnie przez praktykę?
Słucham tej rozmowy o runach i astrologii i zastanawiam się - czy ta świątynia wewnętrzna, o której mówi tytuł wątku, w ogóle może istnieć bez jakiegoś systemu? Bo ja próbuję medytować bez przypisania do tradycji i mam wrażenie, że kręcę się w kółko. Czy system to warunek, czy tylko pomoc?
Ale zaraz - czy ogień w medytacji jest naprawdę tym samym ogniem, niezależnie od kontekstu? Bo ja mam notatki, gdzie pracowałam z tym samym obrazem w różnych ramach i dostawałam zupełnie różne impulsy. Nie wiem, czy to był efekt mojego oczekiwania, czy coś naprawdę było inne.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale właśnie o to mi chodzi - czy te fizyczne odczucia w medytacji to nie jest po prostu reakcja ciała na skupienie? Czytałam, że samo spowolnienie oddechu przy koncentracji wywołuje ciepło i spokój. To nie musi być nic mistycznego, nie?
Wracam do pytania, które zadałam wcześniej o zmianie panteonu, bo Geomantka_E odpowiedziała o 'rozbudowaniu' a nie 'przebudowaniu'. I chcę dopytać - czy u kogoś było inaczej? Czy ktoś naprawdę zburzył swoją świątynię wewnętrzną i zaczął od zera? I czy to była strata, czy ulga?
Sasankaa zadała tu coś, o co sam chciałem zapytać. Bo 'rozbudowanie' brzmi organicznie i pozytywnie. Ale mnie ciekawi, czy da się w ogóle zburzyć tę świątynię wewnętrzną - czy raczej ona tylko przykrywa poprzednie warstwy, a stare rzeczy zostają gdzieś w fundamentach.
To porównanie do 'nocy ciemnej duszy' u Jana od Krzyża jest uprawnione, ale trzeba uważać na jedno - u Jana to nie pustka po odejściu od praktyki, tylko pustka będąca samą praktyką na pewnym etapie. Różnica jest istotna: czy pustka cię spotkała, czy ty wszedłeś w pustkę świadomie?
Słucham Syriuszy.2 i mam pytanie może naiwne - skąd w ogóle wiadomo, że pustka w medytacji to 'przejście' a nie po prostu... koniec zainteresowania? Czy nie nakładamy na to sensu post factum, bo tak jest wygodniej?
I to chyba jest serce całego wątku, który tu prowadzimy - że świątynia wewnętrzna nie daje pewności. Daje przestrzeń. I może właśnie o to chodzi, żeby siedzieć w tej przestrzeni bez potrzeby rozstrzygania, co to jest.
To, co napisał Trzygłow05 na koniec, o przestrzeni bez potrzeby rozstrzygania - mam z tym problem. Bo siedzę w tej przestrzeni i... nie wiem, co z nią robić. To znaczy, rozumiem to jako ideę, ale w praktyce wygląda to u mnie tak, że po prostu się rozpraszam. Czy to znaczy, że jeszcze nie umiem 'siedzieć', czy że ta metafora świątyni wewnętrznej po prostu nie jest dla mnie?
Ale ta granica między technika a czymś wiecej jest dość płynna, nie? Ja długo myślałem ze oddech to tylko fizjologia, ale po jakims czasie zauważyłem ze jak oddycham świadomie to cos sie zmienia - nie w samym oddechu, tylko w tym co za nim. Może nie chodzi o to, żeby znaleźć coś bardziej duchowego, tylko żeby pójść głębiej w to, co już masz.
To, o czym mówi Celtyk, ma odpowiednik w bardzo wielu tradycjach - idea, że każda brama prowadzi do tego samego miejsca, jeśli się przez nią naprawdę przejdzie. Ale chcę zapytać o coś innego, bo temat wątku mówi o 'integracji ducha w sobie' i mam wrażenie, że wciąż rozmawiamy o wejściu, a nie o integracji. Co rozumiecie przez ten drugi krok? Bo to nie jest to samo, co samo siedzenie w przestrzeni.
Ja bym dorzuciła do tej rozmowy o integracji wątek, który pojawił się wcześniej, a trochę urwał - Sodalitka mówiła o pustce po zerwaniu z praktyką i o tym, że coś wróciło inaczej. I właśnie to 'inaczej' brzmi dla mnie jak integracja. Że nie wróciłaś do tego samego, tylko do czegoś, co przeszło przez ciebie i zostało. Sodalitka, czy to coś, z czym się zgadzasz?
