Ale to jest też bardzo sprytne społecznie, bo tworzy bodźce do posiadania dzieci i utrzymywania kontaktów rodzinnych. Jeśli wiesz, że po śmierci bez potomstwa będziesz głodnym duchem, to masz motywację do założenia rodziny. Kult przodków jako mechanizm demograficzny.
Mam pytanie, bo ciągle mówicie o Chinach, Japonii, Tajlandii - a co z Koreą? Czy tam też jest kult przodków i czy jest podobny do chińskiego, czy ma własne cechy?
Te szamanki koreańskie to brzmi niesamowicie. Czy one są oficjalnie uznane, czy to jest coś co władze tolerują z boku?
Korea to jest chyba najciekawszy przykład napięć religijnych w tym regionie - chrześcijaństwo kontra tradycja szamańska i konfucjańska. Czy są tam jakieś konflikty wokół Jesa? Bo wyobrażam sobie, że dla gorliwego protestanta kłanianie się tablicom przodków mogłoby być problematyczne.
To napięcie między nową wiarą a obowiązkiem wobec przodków pojawia się chyba wszędzie tam, gdzie chrześcijaństwo wchodziło w kultury z silnym kultem przodków. Czytałam o tym samym problemie w Afryce subsaharyjskiej - misjonarze żądali porzucenia rytuałów dla zmarłych i to rozbijało wspólnoty bardziej niż jakikolwiek dogmat.
a czy w Wietnamie jest coś takiego jak te koreańskie rytuały? bo wietnam to też chyba konfucjański trochę, a o nich w tym wątku nie było jeszcze mowy
To ciekawe, że w Wietnamie śmierć jest ważniejsza od urodzin. U nas odwrotnie - urodziny świętujemy, a rocznicę śmierci to co najwyżej znicz. Zastanawiam się, skąd ta różnica w myśleniu.
Nie nazwałabym tego 'bardziej wierzą w życie po śmierci'. To raczej kwestia ciągłości - przodek nie kończy swojej relacji z rodziną w momencie śmierci, tylko zmienia formę uczestnictwa. Ziemskie życie i życie po śmierci są w jednym continuum, nie w opozycji.
to znaczy że oni w końcu przestają istnieć jako konkretna osoba? to jakoś smutno mi sie robi na myśl o tym że babcia po jakimś czasie przestaje być babcią i staje się po prostu częścią jakiegoś qi
Mnie bardziej zastanawia granica czasowa tej pamięci. W Chinach i Japonii przez ile pokoleń czci się przodków konkretnie z imienia? Bo w pewnym momencie tabliczka z imieniem pradziadka pradziadka musi chyba znikać z ołtarza, skoro nie ma miejsca na wszystkich.
Trzydzieści trzy lata to bardzo konkretna liczba. Skąd tyle, czy to ma jakieś znaczenie symboliczne w buddyzmie albo shintoizmie?
Ja spotkałam się z interpretacją, że trzydzieści trzy lata to czas, po którym duch przodka uważa się za w pełni zaabsorbowany przez świat przodków zbiorowych - przestaje być konkretną osobą, a staje się jednym z 'ogólnych' przodków, którym oddaje się cześć jako zbiorowości. Ta zmiana z jednostki w zbiorowość jest właśnie tym momentem granicznym. Ale czy to buddyjskie, shintoistyczne czy po prostu japońska tradycja ludowa - naprawdę trudno rozdzielić.
to znaczy że tabliczka jest potrzebna tylko na poczatku, a potem duch już sobie radzi sam bez niej? jakby dziecko co najpierw potrzebuje rodziców a potem idzie w świat 🙂
Zastanawia mnie jedna rzecz - jeśli tabliczka jest dla żywych, to kto decyduje, co na niej napisać i jak ją aktywować? Czy to kapłan, czy rodzina może zrobić to sama?
Mnie właśnie ta kwestia imienia pośmiertnego bardzo ciekawi. Bo to oznacza, że tożsamość po śmierci jest w pewnym sensie konstruowana przez żywych i przez instytucję religijną, nie przez samego zmarłego. To trochę niekomfortowe - ktoś inny decyduje, kim będziesz po śmierci.
Wracając jeszcze do pytania o Tajlandię, bo ten kraj pojawił się w tytule wątku, a trochę zeszliśmy na Japonię - w Tajlandii praktyki wobec przodków są mocno powiązane z theravādą, która teoretycznie nie zakłada duszy w sensie trwałym. A jednak Tajowie mają bardzo żywy kult phi - duchów, w tym duchów przodków. To napięcie między doktryną a praktyką jest tam bardzo widoczne. Mnisi oficjalnie nie odprawiają rytuałów dla phi, ale i tak się to dzieje przy pogrzebach.
Czyli w Tajlandii mnisi udają, że phi nie istnieje, ale jednocześnie uczestniczą w rytuałach? Jak to w praktyce wygląda - zamykają oczy i mówią, że to nie jest kult duchów, tylko coś innego?
Ten wzorzec jest naprawdę globalny. W Wietnamie buddyści theravādowi mają podobny problem, w Japonii shinto i buddyzm przez wieki działały w tym samym rytuale pogrzebowym, w Meksyku katolicyzm i kult przodków z Día de los Muertos. Pytanie jest chyba inne - czy kult przodków w ogóle daje się wbudować w monoteizm albo wczesnobuddyjską doktrynę, czy zawsze wymaga własnego, oddzielnego kanału?
Przepraszam, że może głupie pytanie, ale czy w takim razie w tych wszystkich krajach - Tajlandia, Japonia, Meksyk - ludzie naprawdę wierzą, że duch przodka jest gdzieś blisko i słyszy? Czy to raczej takie symboliczne 'pamiętamy o tobie'? Bo z zewnątrz ciężko ocenić, co jest wiarą a co obyczajem.
Właśnie tu pojawia się ciekawy aspekt tajlandzki, bo Tajowie mają pojęcie khwan - coś w rodzaju siły życiowej, która może opuścić ciało ze strachu albo traumy. I istnieją rytuały przywoływania khwan z powrotem. To nie jest duch przodka, to coś żywego. A po śmierci khwan staje się phi. Więc to nie jest tak, że wierzą w jedną duszę - mają rozbudowany model tego, co 'opuszcza' człowieka i w jakiej formie.
Czyli to trochę jak w Egipcie, gdzie też nie było jednej duszy tylko kilka elementów - ba, ka, ach i tak dalej? Pytam szczerze, bo może to jest jakiś szerszy wzorzec myślenia o tym, że człowiek nie jest jednym bytem duchowym, tylko złożoną strukturą, która się rozdziela po śmierci?
a czy te phi z tajlnadii mogą być niebezpieczne? bo czytałam gdzieś że są duchy złośliwe i takie co trzeba sie bać, ale nie wiem czy to prawda czy może jakieś strachy na lachy
To ciekawe zestawienie z tym, co mówiono wcześniej o Japonii, bo tam też duchy osób po gwałtownej śmierci - onryō - są tymi najbardziej niebezpiecznymi. I znowu Japonia i Tajlandia wychodzą z bardzo różnych tradycji religijnych, a mają podobny podział: śmierć spokojna daje ducha spokojnego, śmierć nagła daje ducha trudnego. Czy ktoś wie, czy to samo jest w Chinach?
Mam pytanie może trochę z boku, ale nawiązuje do tego, co mówiłyście o duchach niezaspokojonych - czy w tradycjach azjatyckich istnieje coś w rodzaju 'egzorcyzmu' dla takich phi czy e gui? Znaczy, czy można je odprawić, czy tylko jakoś ugłaskać?
Ta różnica w podejściu - wypędzić versus ugłaskać - chyba dużo mówi o całej filozofii relacji z duchami. W tradycjach azjatyckich, z tego co tu czytam, duch jest kimś, z kim się negocjuje, komu się daje pokarm, przestrzeń, pamięć. W egzorcyzmach chrześcijańskich duch jest intruzem, którego trzeba usunąć. Zastanawiam się, czy to wynika z różnego rozumienia śmierci jako takiej, czy z różnego rozumienia granicy między światem żywych i umarłych.
