Ta codzienność jest dla mnie właściwie bardziej przekonująca niż te wszystkie kosmiczne interpretacje. Że ktoś po prostu wychodził i zostawiał jedzenie na skrzyżowaniu, żeby bogini pilnowała domu - to jest coś, co rozumiem. Ale mam pytanie: czy wiadomo, co konkretnie zostawiano? Jakiś konkretny przepis kulinarny czy cokolwiek wchodziło w grę?
Czosnek w kulcie Hekate - to coś, o czym nie wiedziałam, a od razu połączyłam to ze słowiańskim użyciem czosnku jako ochrony przed złem. Przypadek? Pewnie nie, ale nie wiem, co z tym zrobić. Czy są jakieś teorie o tym, że pewne elementy kultu przeniknęły do innych tradycji, czy to po prostu konwergencja?
Wracam do tego, co Marzenka mówiła o Hekate jako lustrze każdej epoki. To by tłumaczyło, dlaczego rozmowa o niej zawsze gdzieś zagłębia w pytanie 'jak ty z nią pracujesz' albo 'co ona dla ciebie znaczy'. Bo nie ma jednej Hekate - jest tyle Hekate ile tradycji i ile osób, które się do niej zwracają. Ale to wtedy rodzi pytanie, które mnie nie opuszcza: czy to nie jest po prostu wyrafinowana projekcja? I czy to w ogóle coś zmienia w praktyce?
To co napisałaś na końcu Marzenka o tym, że jest tyle Hekate ile tradycji - to brzmi pięknie, ale trochę mnie niepokoi. Bo jeśli każda epoka i każda tradycja tworzy swoją Hekate, to w pewnym momencie przestajemy rozmawiać o bogini, a zaczynamy rozmawiać o projek cji. Gdzie jest granica między żywym kultem, który ewoluuje, a po prostu własną fantazją opatrzoną greckim imieniem?
Mam notatki z kilku książek o tym i Zdzichu ma rację - nie było greckiej ortodoksji w sensie doktrynalnym. Ale był 'nomos' czyli zwyczaj kultowy, który był bardzo silny społecznie. Sokratesa oskarżono o bezbożność nie dlatego, że miał złą teologię, ale dlatego że naruszył ten zwyczaj. To inna forma kontroli niż dogmat, ale działała.
Trochę się pogubiłam - chcę zrozumieć. Czy dobrze to rozumiem, że w starożytnej Grecji nie trzeba było wierzyć w konkretny sposób, ale trzeba było robić rytuały w określony sposób? Bo to jest naprawdę inne podejście niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.
To jest dla mnie trochę przełomowe. Czyli współcześni praktykujący, którzy skupiają się głównie na przeżyciu wewnętrznym i intencji, są właściwie bardziej chrześcijańscy w swojej formie niż helleńscy? Nawet jeśli pracują z greckimi bóstwami?
To co Wiechlina napisała to naprawdę trafna obserwacja. Kategoria 'doświadczenia wewnętrznego' jako centrum religijności pochodzi z romantyzmu i protestantyzmu, jest potem wzmocniona przez psychologię Junga. Starożytny Grek nie pytał 'co czuję przy tym obrzędzie' tylko 'czy zrobiłem to właściwie'. To są naprawdę różne światy. I to właśnie sprawia, że współczesny kult Hekate jest czymś nowym, nawet jeśli używa starych imion.
Ale to chyba nie musi być zarzut? To że coś jest nowe nie znaczy, że jest złe. Mnie interesuje Hekate właśnie jako doświadczenie granicznego momentu - to poczucie, kiedy stoisz przed decyzją i nie wiesz, jak się cofnąć. Czy to ma sens jako punkt wejścia do kultu, nawet jeśli jest bardziej psychologiczny niż rytualny?
To co Latawica opisuje znam dobrze z pracy z runami - jest ta sama dyskusja. Czy runy to system symboliczny, który porządkuje myśl, czy są nośnikami sił, które istnieją niezależnie od mnie. I praktycznie: efekty bywają podobne w krótkim terminie, ale w długim terminie podejście zmienia całkowicie relację z tradycją. Domyślam się, że z Hekate jest tak samo.
Przy Hekate jest jeszcze jeden wymiar, którego przy runach chyba nie ma w takim stopniu - ona jest boginią granicy, a granica między 'wewnętrznym archetypem' a 'zewnętrznym bytem' jest właśnie tym, czym ona zarządza. Więc w pewnym sensie pytanie o jej naturę jest już pytaniem do niej samej. Nie wiem, czy to ironia czy celowy paradoks tkwiący w tym kulcie.
Słucham tej rozmowy i mam takie pytanie z innej strony - czy Hekate jako 'zasada mediacji' między poziomami bytu ma jakiś odpowiednik w tradycjach, które nie są zachodnie? Bo słyszałem, że w pewnych systemach czakrowych jest chakra odpowiadająca za progi i przejścia. Czy to jest to samo pojęcie tylko innym językiem?
Wracając do praktycznej strony - Latawica, wspomniałaś, że prowadzisz notatki i porównujesz metody. Ciekawy jestem, czy zauważyłaś jakiś wspólny mianownik w podejściach, które 'dają efekty' przy Hekate, niezależnie od tego czy ktoś pracuje jungowsko czy teistycznie? Czy jest coś, co jest właściwie stałe?
Odpowiadając na pytanie Fluorytki - zauważyłam kilka rzeczy, które powtarzają się niezależnie od podejścia. Po pierwsze, praca w ciemności albo przy minimalnym świetle. Po drugie, wyraźne zaznaczanie progu - czy to fizycznego jak wejście do pokoju, czy symbolicznego jak zapalenie świecy. Po trzecie, to co najtrudniejsze do opisania - rodzaj gotowości na to, że coś się zmieni, nie wiesz co. I to ostatnie wydaje mi się kluczowe akurat przy Hekate. Nie wiem, czy to jest 'efekt', ale coś w tej postawie otwartości jest wspólne dla bardzo różnych tradycji.
To mnie trochę przeraziło, co Latawica napisała. Czyli jeśli ktoś zaczyna pracę z Hekate bez tej gotowości, może to być... niebezpieczne? Rozumiem, że nie mówisz o fizycznym niebezpieczeństwie, ale jednak.
Nie używałabym słowa 'niebezpieczne' bo ono sugeruje coś zewnętrznego, co nas atakuje. To co Latawica opisuje to raczej - Hekate jest boginią transformacji, a transformacja to rozpad starego. Jeśli nie jesteś gotowa odpuścić tego, co chcesz odpuścić, to spotkanie z tą energią jest po prostu trudne. To nie jest kara, to jest mechanika zmiany. W Chaldejskich Wyroczniach jest fragment, który to opisuje - dusza, która wchodzi w sferę Hekate bez 'hepte' czyli bez właściwego dostrojenia, gubi się w jej ogniach.
Przepraszam, że wchodzę z takim podstawowym pytaniem po tej rozmowie - ale czym właściwie są Chaldejskie Wyrocznie? Marzenka kilka razy je cytuje i chciałabym wiedzieć, co to za tekst zanim zacznę szukać.
Wracam do tego co Latawica mówiła o progu fizycznym - czy to ma znaczenie, gdzie fizycznie jest to miejsce pracy? Pytam, bo mam bardzo małe mieszkanie i jedyne miejsce, gdzie mam trochę ciszy, to przedpokój. Co jest trochę ironiczne w kontekście progu, ale czy to może być akurat właściwe miejsce dla Hekate?
Latawica, to naprawdę ciekawe. Mam pytanie - czy ta praktyka stawiania wizerunków Hekate przy drzwiach miała charakter ochronny, czy raczej zaproszenie do przekraczania? Bo to są dla mnie dwie bardzo różne funkcje.
Mam pytanie, które mnie nurtuje od początku tej dyskusji. Skoro Hekate jest boginią granicy i przejścia - to czy modlitwa do niej przy konkretnym progu w życiu, nie fizycznym, jest czymś, o czym pisze się w tych tekstach? Chodzi mi o takie momenty jak zmiana pracy albo zakończenie związku.
To co Cebulka opisuje jest bardzo blisko tego, co Jamblich mówi o różnicy między filozofią a teurgią. Filozofia zwraca się do własnego rozumu. Teurgia zakłada, że bóstwo działa, i twoim zadaniem jest nie przeszkadzać. On używa słowa 'synergeia' - współ-działanie. Ty nie jesteś pasywna, ale nie jesteś też jedynym aktorem. To jest bardzo konkretna zmiana w postawie i myślę, że Cebulka to właśnie opisuje, choć innymi słowami.
Wchodzę tu z boku - to rozróżnienie, o którym mówi Latawica, bardzo przypomina mi coś, co znam z pracy z czakrami. Kiedy coś jest 'zablokowane', wraca jako dyskomfort. Kiedy jest 'otwarte', wraca jako przepływ. Zastanawiam się, czy przy Hekate ta logika w ogóle ma zastosowanie, czy jest zupełnie inna dynamika.
Wróciłam do tego wątku po kilku dniach i trochę się zgubiłam, ale jedno zdanie Fluorytki zostało ze mną - że Hekate nie jest boginią równowagi. To zmienia mi całą perspektywę. Bo gdy zaczęłam tu czytać, wyobrażałam ją sobie jako kogoś, kto pomaga znaleźć spokój przy trudnych decyzjach. A tu wychodzi, że to bardziej... ktoś, kto stoi przy progu i trzyma go otwarty, nie zamknięty?
Chcę tu wtrącić, że w wielu współczesnych tradycjach Wicca i hekateanizmu Hekate jest jednak wyraźnie związana z ochroną - kobiet, dzieci, wyrzutków społecznych. To nie jest tylko współczesna inwencja, bo wiele jej epitetów w inskrypcjach wskazuje na funkcję ochronną. Czy możemy mówić, że ochrona to też rodzaj oceny moralnej - staje po stronie słabszego?
Czytam od jakiegoś czasu i mam pytanie, które może być naiwne - czy ta dyskusja o Hekate jako bogini 'bez moralności' nie jest trochę... wygodna? To znaczy: można wtedy powiedzieć, że bogini wspiera cokolwiek, co robimy, bo nie ocenia. Jak to wygląda od środka, kiedy ktoś faktycznie z nią pracuje - czy jest poczucie, że wszystko jest dozwolone?
Przeczytałam całą tę dyskusję od nowa i mam jedno pytanie, które nie daje mi spokoju - czy w tej tradycji hekatejskiej jest coś w rodzaju inicjacji? Pytam, bo macie wszyscy takie doświadczenia, które brzmią jak etapy jakiejś drogi. Czy to jest formalne, czy każdy ma swoją własną 'granicę', którą przekracza?
To pytanie o inicjację zostawiam w powietrzu, bo sama jestem ciekawa odpowiedzi. Ale chcę się cofnąć do tego, co powiedziała Cebulka - że brak zewnętrznej oceny wzmacnia odpowiedzialność wewnętrzną. Czy to oznacza, że praca z Hekate jest w ogóle możliwa bez jakiejś gotowości na tę odpowiedzialność? Bo jakby ktoś przyszedł do tej bogini po prostu po pomoc w konkretnej sprawie, bez tego całego... przygotowania?
