Dobra, ale skoro mówimy o istotach nieludzkich — to co z tymi bodhisattwami, których nikt nie złożył ślubów za życia? Mam na myśli, że Awalokiteśwara czy Mańdziuśri to chyba nie byli konkretni ludzie historyczni, prawda? Skąd się wzięli?
To mnie zawsze zastanawia w tych rozmowach porównawczych — kiedy religia mówi o postaci kosmicznej, transcendentnej, która 'zawsze była', to różnica z pojęciem boga robi się bardzo cienka. Czy w mahajanie ktoś to w ogóle problematyzuje? Czy nie jest tak, że bodhisattwa na tym poziomie jest po prostu bóstwem, tyle że bez tej nazwy?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że kręcimy się wokół czegoś ważnego. Czy w takim razie kiedy buddysta modli się do Awalokiteśwary — a wiem że to robią, bo widziałam w Tybecie — to jest to modlitwa, czy medytacja, czy coś jeszcze innego? Bo z zewnątrz wygląda dokładnie jak modlitwa.
To co Sigilmistrz mówi o wizualizacji — że wyobrażasz sobie coś na zewnątrz, żeby to rozpoznać w sobie — to chyba jest coś, co my na tym forum robimy przy rytuałach, nie? Pracujesz z obrazem, symbolem, postacią, która jest 'na zewnątrz', ale naprawdę chodzi o coś wewnętrznego. Nie wiem czy to dobra analogia, ale tak mi to usiadło.
Dobra, ale czy to nie upraszcza za bardzo? Bo jeśli każdą modlitwę można wytłumaczyć jako projekcję wewnętrzną, to w zasadzie cała różnica między religiami znika i wszystko jest tym samym. Jakoś mi to nie gra — czuję, że coś tu jest zbyt łatwo sprowadzone do wspólnego mianownika.
No i tu jest sedno. Tradycja tybetańska mówi wyraźnie, że te praktyki przekazywane są od mistrza do ucznia w nieprzerwanej linii od historycznych figur — w przypadku Awalokiteśwary linia sięga samego Buddy. Precyzja protokołu nie wyklucza ani nie potwierdza 'zewnętrzności' bóstwa. Ona po prostu gwarantuje skuteczność transformacji. A czego? Tu każda szkoła odpowie trochę inaczej.
Ale poczekajcie — wracając do samego bodhisattwy jako idei, bo trochę odpłynęliśmy. Almandynka na początku pisała o tym, że bodhisattwa odkłada nirwanę dla innych. Czy to znaczy, że taki bodhisattwa cierpi? Że świadomie zostaje w kole samsary i tego doświadcza?
Czyli jakby bodhisattwa jest w stanie czuć cudzy ból, ale nie jest tym bólem pochłaniany? To brzmi trochę jak to, o czym się mówi w terapii — empatia bez współuzależnienia. Czy to celowe porównanie, czy tylko moje skojarzenie?
Dobra, ale to jest właśnie mój problem z całą tą rozmową. Najpierw słyszę, że bodhisattwa jest 'poza samsarą', potem że 'czuje cudzy ból', potem że 'nie jest pochłaniany'. To brzmi jak lista życzeń, nie jak spójna koncepcja. Jak to wszystko ma się trzymać razem?
To jest zarzut, który therawadinowie stawiają mahajanie od wieków, więc jesteś w dobrym towarzystwie. Odpowiedź mahajanowa brzmi mniej więcej tak: sprzeczność znika, gdy rozumie się, że na poziomie konwencjonalnym bodhisattwa działa i odczuwa, a na poziomie ostatecznym rozpoznaje pustkę zarówno podmiotu jak i cierpienia. Nie jest to lista życzeń, ale filozofia dwóch prawd — samwrti i paramartha. Czy to rozwiązuje sprzeczność czy tylko ją przesuwa — to już kwestia otwarta.
Ta idea dwóch poziomów prawdy — to jest coś, co pojawia się też w hermetyzmie, w tej zasadzie 'jak na górze, tak na dole'. Nie mówię, że to to samo, ale struktura myślenia jest podobna: inne reguły na różnych poziomach rzeczywistości. Ciekawi mnie, czy w buddyzmie te dwa poziomy są w jakimś sensie hierarchiczne, czy po prostu różne?
Okay ale żeby być szczerym — czy ktoś z was naprawdę uważa, że takie kosmiczne figury jak Awalokiteśwara faktycznie istnieją? Pytam serio, bo ta cała rozmowa jest bardzo intelektualna, ale mam wrażenie, że omijamy to podstawowe pytanie.
Właśnie! I to mnie bardzo ciekawi w tym, co Cezary napisał. Bo jak słyszę, że 'praktyka działa' — to co właściwie 'działa'? Co się zmienia u kogoś, kto przez lata praktykuje z imieniem lub obrazem Awalokiteśwary? Czy ktoś tutaj ma takie doświadczenie, żeby to opisać z własnej perspektywy?
Mogę spróbować, choć to trudne do opisania. Regularna praktyka z mantrą Om Mani Padme Hum — przez kilka miesięcy, codziennie — dała mi coś, co najlepiej opisałbym jako inne ustawienie się wobec cudzego bólu. Nie większy dystans, raczej odwrotnie — większą gotowość do kontaktu z nim bez natychmiastowej potrzeby naprawienia albo ucieczki. Czy to 'Awalokiteśwara'? Nie wiem. Czy to było realne? Tak.
To jest pytanie, które pojawia się bardzo często i odpowiedzi są różne w zależności od szkoły. Wiele tradycji tybetańskich mówi, że ta konkretna mantra — Om Mani Padme Hum — jest dostępna dla wszystkich bez inicjacji, bo jej moc jest z natury otwarta. Inne mówią, że inicjacja pogłębia praktykę, ale jej brak nie jest przeszkodą. Różni się to od mantr jidamów, gdzie inicjacja jest wymagana. Ale Glicynio — warto wiedzieć, że sama mantra to nie całość praktyki, kontekst intencji i zrozumienia ma znaczenie.
A co jak ktoś powtarza te mantre bez żadnej wierdzy o buddyźmie, po prostu bo mu brzmi fajnie? Czy to nie jest jakies nieszanowanie tej praktiki? Bo widzę mnóstwo ludzi co noszą te napisy na koszulkach i w ogóle nie wiedzą co to znaczy.
No ale to wraca do tego samego pytania co wcześniej — jeśli mantra działa bez wiary i bez zrozumienia, to znowu brzmi jak magia, nie jak religia. Gdzie jest granica między mantryczną praktyką buddyzmu a po prostu czarami?
To jest lepsze pytanie niż myślisz. Różnica, którą buddyści wskazaliby, to motywacja i kontekst doktrynalny — szaman działa często w imieniu konkretnej wspólnoty, konkretnego problemu. Bodhisattwa — przynajmniej w ideale — kieruje intencję do wszystkich czujących istot bez wyjątku. Ale czy to naprawdę strukturalna różnica, czy tylko różnica skali? Sam nie jestem pewien.
Właśnie to mnie uderza w tej całej rozmowie — że bodhisattwa to jest jakiś kosmiczny ideał, a jednocześnie ma być czymś, do czego zwykły człowiek może aspirować. Jak to pogodzić? Bo jak słyszę o tych dziesięciu bhumich, o tym że trzeba żyć niezliczone kalpy żeby dojść do ósmego poziomu — to brzmi jak coś absolutnie poza zasięgiem zwykłej osoby medytującej w domu.
To co Almandynka opisuje — to ślubowanie bodhicztty — jest w praktyce bardzo konkretne. Znam jego skróconą formę, którą można napotkać w wielu tybetańskich tekstach: 'dopóki istnieje przestrzeń, dopóty będę tu, by usuwać cierpienie istot'. Recytowałem to wielokrotnie i za każdym razem coś w tym jest. Nie twierdzę, że wiem dokładnie co, ale to nie jest puste słowo. Czy ktoś inny miał podobne doświadczenie z tym ślubowaniem?
Myślę, że to rozróżnienie między modlitwą a afirmacją jest tu kluczowe i trochę zachodnie zarazem. W buddyzmie tybetańskim to ślubowanie jest świadkiem samego umysłu — nie składasz go 'do' czegoś zewnętrznego, ale wobec całości rzeczywistości, wobec wszystkich istot i wobec własnej buddha-natury. Przynajmniej tak to rozumiem. Almandynka, popraw mnie jeśli źle to ujmuję.
To napięcie, o którym Almandynka pisze — 'ja i Budda' kontra 'ja jako potencjalny Budda' — to przecież dokładnie ten sam problem co w mistyce chrześcijańskiej. Meister Eckhart mówił o 'iskierce duszy' identycznej z Bogiem i miał za to poważne kłopoty z Kościołem. Czy w buddyzmie ten pogląd, że każdy ma buddha-naturę, też był kiedyś kontrowersyjny?
Dobra, wracam do pytania, które zadałem wcześniej i nie dostałem na nie prostej odpowiedzi — czy Awalokiteśwara istnieje. Bo teraz słyszę, że 'każdy ma naturę buddy', że 'ślubowanie jest wobec całości rzeczywistości' — i to wszystko brzmi tak abstrakcyjnie, że zaczyna się rozmywać. Czy to w ogóle jest system, który zakłada realne istnienie tych wielkich bodhisattwów, czy to są tylko symbole psychologiczne?
