Miałem sen, który mnie naprawdę przestraszył i cały czas go analizuję...
Znalazłem się w pokoju mojego dziadka. Ciemne drewniane deski, brązowa podłoga, taki długi wąski pokój, bardziej przypominający korytarz niż sypialnię. Dziadek używał tego miejsca do spania i do modlitwy, za życia oczywiście. Na końcu tego korytarza było okno, za nim dzienne światło. Stałem bez koszulki, miałem tylko spodnie i gruby srebrny łańcuch na szyi, taki jak noszą chłopaki z osiedla. I te rany... przy szyi, na barkach, śady po tym łańcuchu, widać było krew i mięso. Nie bolało mnie to, ale sam widok był niepokojący. Podszedłem do okna i spojrzałem na zewnątrz.
Na podwórku, na piaszczystej ścieżce, siedział starszy zakonnik w habicie, takim szaro-srebrnym, bardzo spokojnym kolorze. Miał odkrytą głowę, trochę siwych włosów, rysy twarzy wyraźne, ale łagodne. Trochę przypominał mojego dziadka, ale to zdecydowanie nie był on. Wyglądał na bardzo mądrego, zadbaneogo człowieka.
I ten człowiek powiedział do mnie: „Jesteś przeznaczony szatanowi”.
Padłem mu do nóg, objąłem je i zacząłem błagać, krzyczeć NIE.
Bardzo się boję. Od roku nie praktykuję w kościele, choć wierzę w Boga i modlę się codziennie po swojemu, proszę Siłę Wyższą o opiekę. Szanuję kościół i wiarę katolicką, ale w mojej sytuacji bycie praktykującym członkiem kościoła jest dla mnie niemożliwe, bo czuję fałsz. W kościele zawsze miałem wrażenie że kogoś oszukuję, a w najgorszych chwilach czułem że przede wszystkim oszukuję siebie. Jestem w związku z mężczyzną. To trudny związek, pełen wahań. Niedawno chciałem się rozstać, poprosiłem partnera żeby się wyprowadził, ale on twierdzi że mnie kocha i że naprawi swoje błędy. Teraz znowu mieszkamy razem i jest w porządku, ale ja sam czasem nie wiem co czuję.
To właśnie partner otworzył mi kiedyś oczy na nieidealnść kościoła. A jakieś pół roku temu opowiedział mi sen z czasów swojej matury, że w kościele wstąpił w niego szatan. I to mnie przeraża najbardziej, razem z tym moim snem.
Bardzo proszę o pomoc w interpretacji. Po przebudzeniu byłem naprawdę roztrzęsiony.
czekaj, odpisałem ci na maila, sprawdź skrzynkę
no więc... czytam ten temat i coś we mnie natychmiast zadrżało, jakby ktoś uderzył w strunę której nie tknięto od lat. wywieszam tu swój głos otwarcie, z pełną odpowiedzialnością za każde słowo.
dla tych którzy jeszcze nie doświadczyli takich snów, niech to będzie przestroga. nie tylko po to żeby zawrócić z drogi, ale też po to, żeby ci którzy stoją gdzieś na granicy, na marginesie, mieli kogoś kto ich dostrzeże i sprowadzi z powrotem. może właśnie w tym jest sedno, w tym że ktoś musi sie wykazac odwagą i sięgać do tych najtrudniej dostępnych miejsc.
być może jedynym co naprawdę usprawiedliwia całą tę drogę, jest satysfakcja z tego zdecydowanego, pozytywnego ukierunkowania. nawet jeśli sny temu przeczą.
nie chce mi sie komentowac tego co tu piszecie ale jedno moge powiedziec - tak samo wyglada mich z tego snu. i tyle. po prostu rzuc to, rzuc to wszystko o czym pisales w tym poscie
Tak naprawdę to nie żyjesz w zgodzie ze swoim sumieniem...
