Bardzo proszę o interpretację snu, jeżeli cokolwiek znaczy. Generalnie sen był mało symboliczny, dużo różnych głupot, ale zapamiętałam coś, co może mieć znaczenie. Co więcej, akurat po tym się obudziłam i może dzięki temu zapamiętałam, co mi się rzadko zdarza. Do rzeczy, to co pamiętam i co może mieć znaczenie:
Wracam skądś do domu po fakcie śmierci taty (tata zginął kilkanaście lat temu), czuję obecność jakiejś mojej rodziny (na pewno nie wracam sama), ale z nikim nie rozmawiam. Jest noc, w każdym razie jest ciemno, i w drodze powrotnej zauważam na niebie po lewej stronie piękny, wielki, świecący księżyc, jestem oszołomiona tym niecodziennym widokiem. Co więcej, gdy spoglądam w prawo, widzę drugi, mniejszy, mniej wyraźny (taki jak widziany za dnia), a obok niego jeszcze chyba słońce, takie jeszcze niewyraźne i raczej nieświecące (teraz sobie myślę, że może w tej nocy już powoli zaczynał się dzień). W zachwycie pokazuję innym te ciekawe zjawiska, patrzcie, tu księżyc, tam księżyc! Gdy spoglądam ponownie w lewo, widzę coś w rodzaju konstelacji gwiazd, formy, która zaczyna się wypełniać pulsującym blaskiem. To światło najpierw płynie w tej formie, a potem uwalnia się i lata w powietrzu, robiąc ósemki. Przywodzi mi to na myśl, nie wiem skąd, feniksa. Potem albo nie pamiętam, albo się budzę.
Tyle pamiętam, z góry dziękuję za interpretację 🙂
Jaki ładny sen. Wszystkiego dobrego
