Mam wrażenie, że Eliade jest tu trochę za ciasny. W tradycjach taoistycznych jedzenie nie jest ofiarą dla bóstwa - jest dbaniem o ciało jako mikrokosmiczną przestrzeń harmonii. To jest rytualne bez bycia skierowanym "do" czegoś zewnętrznego. Adresat jest wewnętrzny, można powiedzieć. Więc może to nie jest pytanie "czy jest adresat", tylko "jaka jest jakość uwagi".
Nie jestem pewna, czy rozumiem tę różnicę między uważnością techniczną a głębszą. Czy ktoś mógłby to jakoś rozwinąć na przykładzie? Bo dla mnie uwaga to uwaga - albo jestem przy tym, co robię, albo nie.
To jest stary problem liturgiczny, nie tylko ezoteryczny. W tradycji żydowskiej jest pojęcie kawwana - intencji, skupienia, które ma towarzyszyć modlitwie. Bez kawwany modlitwa jest ważna halakhicznie, ale jakościowo inna. Może rytuały żywnościowe działają podobnie - forma bez intencji jest pusta, ale intencja bez formy jest niestabilna. Potrzebują siebie.
Poczekajcie, bo się trochę zgubiłam. Mamy teraz: formę, intencję, kryzys jako napęd, ciągłość tradycji, wspólnotę. Czy ktoś mógłby mi powiedzieć - w kontekście codziennego gotowania, nie klasztoru - co jest tym minimum, żeby to w ogóle miało jakiś sens? Bo mam wrażenie, że nakładamy na gotowanie coraz więcej warstw i nie wiem, czy to nie przesada.
To jest naprawdę dobre rozróżnienie. Ale co z rytuałami jednorazowymi - pogrzebowymi, inicjacyjnymi? One się nie powtarzają dla tej samej osoby, a nikt nie podważa, że są rytuałem. Może powtarzalność jest cechą pewnego rodzaju rytuałów, ale nie wszystkich.
Spektrum to dobry obraz, ale nie rozwiązuje problemu Heńka - jeśli wszystko może być rytuałem, to słowo przestaje działać. Chyba że przyjmiemy, że rytuał to nie kategoria, tylko kierunek. Można gotować bardziej lub mniej rytualnie. Nie ma ostrej granicy, ale jest różnica między dwoma biegunami.
Mam pytanie do Hortensji i do wszystkich - bo to mi nie daje spokoju. Jeśli rytuał to kierunek, a nie kategoria, to co konkretnie wyznacza ten kierunek? Co sprawia, że gotowanie przesuwa się w stronę rytuału? Bo myślę, że każdy z was miałby inną odpowiedź.
Słuchajcie, mam może głupie pytanie, ale - czy wy w ogóle gotujecie ze świadomą intencją na co dzień, czy to raczej coś, co pojawia się przy szczególnych okazjach? Bo ja słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wszyscy mówią o jakichś wyjątkowych momentach, a większość jedzenia to jednak wtorek wieczór i cokolwiek z lodówki.
To mnie zastanawia - czy te momenty zostają w pamięci bardziej, bo były inne jakościowo, czy dlatego, że rzadkość robi swoje? Pamięć lepiej przechowuje rzeczy nierutynowe, to jest po prostu neurobiologia. Więc jak odróżnić "to miało głębszy sens" od "to było po prostu bardziej niezwykłe"?
W tradycji żydowskiej jest taki komentarz do hagady, że każdy człowiek w każdym pokoleniu powinien widzieć siebie jako gdyby sam wyszedł z Egiptu - nie symbolicznie, ale naprawdę. Seder powtarza się co roku, a jednak zakłada, że powtórzenie nie może być tylko powtórzeniem. Coś w tym jest dla mnie odpowiedzią na ten problem.
Czekajcie, ale to brzmi jak coś, co wymaga lat pracy nad sobą, zanim w ogóle zaczniesz normalnie gotować obiad. Serio pytam - czy wy naprawdę tak do tego podchodzicie? Bo ja słyszę "zmień się, a potem gotowanie samo stanie się rytuałem" i to brzmi pięknie, ale totalnie niepraktycznie.
Mam wrażenie, że nie kręcimy się w kółko, tylko zbliżamy do czegoś z różnych stron. Ja mówiłam o obecności jako o odczuciu, Celestyna mówi o zmianie w człowieku, Hortensja wcześniej o kierunku. Może to są opisy tego samego zjawiska z różnych perspektyw? Choć nie jestem pewna, czy to oznacza, że się zgadzamy, czy że używamy tych samych słów na różne rzeczy.
Przy liczbach jest podobnie - numerologia operuje pojęciami, które każdy interpretatywnie trochę naciąga do własnego doświadczenia. I jakoś działa, mimo że definicje są płynne. Przy gotowaniu mam konkretne rozpoznanie: kiedy skończyłem gotować i nie pamiętam momentu, kiedy przyprawiałem - byłem nieobecny. Kiedy pamiętam zapach i kolor i moment decyzji - byłem tam. To jest mój test, dość prosty.
To jest ciekawe, ale czy nie odwracamy tu relacji? Zapytam inaczej: czy pamięć zmysłowa jest dowodem na to, że był rytuał, czy tylko na to, że byliśmy uważni? Bo można być bardzo uważnym na ból głowy i też go zapamiętać zmysłowo. Uważność i rytualność to chyba nie to samo.
Eliade albo van Gennep - ten drugi pisał o rytuałach przejścia i mam wrażenie, że gotowanie ma tę strukturę bardziej niż się wydaje. Surowiec wchodzi, gotowe wychodzi, człowiek przy tym jest świadkiem przemiany. Van Gennep wyróżniał separację, liminalność i reinkorporację - i to dokładnie pasuje do sekwencji: przygotowanie, gotowanie, podanie. Tylko że nikt nas tego nie uczy jako rytuału.
I to nas chyba wraca do początku tego wątku, tylko z innym ładunkiem. Pytałam na początku, czy sposób przygotowania posiłku może być rytuałem - i teraz myślę, że pytałam o to złe. Może pytanie brzmi: co sprawia, że w tym samym działaniu raz jest rytuał, a raz go nie ma? I z tej rozmowy wyłania mi się odpowiedź, że to nie jest w działaniu, tylko w tym, co człowiek wnosi albo czego nie wnosi. Choć wciąż nie wiem, czy to jest satysfakcjonująca odpowiedź.
To pytanie Hortensji mnie uderzyło, bo ono jest właściwie o tym, co sprawia, że forma staje się nośnikiem czegoś więcej niż tylko formy. Myślę, że nie ma jednej odpowiedzi - i może to jest właśnie ta różnica między rytuałem a procedurą. Procedura jest zawsze taka sama, rytuał może być za każdym razem inny, bo człowiek jest inny.
To mi daje nowe spojrzenie na całą poprzednią część rozmowy. Jeśli treść się nie powtarza, to nie możemy powiedzieć, że rytuał gotowania "działa" tak samo za każdym razem. Co to w ogóle znaczy dla czegoś tak codziennego jak obiad?
Tylko że "zamiar" to słowo, które każdy rozumie inaczej. Czy mama Lawendowej miała zamiar rytuału, czy po prostu chciała nakarmić rodzinę dobrze? Bo to chyba nie jest to samo. Skąd wiemy, że właśnie to, co odróżniało te pierogi, to nie był po prostu tłuszcz z domowej śmietany?
To jest ten rodzaj doświadczenia, który jest odporny na analizę. Kiedy próbujesz go rozłożyć na czynniki, coś ucieka. Może dlatego rytuały są rytuałami a nie przepisami - nie dają się do końca zreplikować.
I tu wracamy do tego, od czego zaczęłam ten wątek - tylko teraz rozumiem to inaczej. Pytałam, czy przygotowanie posiłku może być rytuałem. Ale może lepsze pytanie to: czy rytuał jest w ogóle coś, co można zapisać, skopiować, przekazać przez instrukcję? Bo jeśli nie, to co to mówi o tym, jak go w ogóle szukać w kuchni?
