Zaczęło się od tego, że w nowej pracy usiadłem przy biurku i od razu poczułem, że coś jest nie tak z tym miejscem. Nie chodzi o Feng Shui w stylu poradnikowym, ale zwyczajnie - przestrzeń miała jakiś ciężar. Bez zastanowienia, jeszcze przed pierwszym spotkaniem, wyjąłem mały kamień z kieszeni i położyłem go w rogu biurka. Nikt nic nie powiedział, bo wyglądał jak zwykły ozdobny kamyczek. I tu w sumie jest sedno - jak to robicie w pracy, żeby nie wyglądało dziwnie? Czy w ogóle robicie coś takiego, czy traktujecie biuro jako strefę wolną od tego wszystkiego?
U mnie biuro nigdy nie było strefą wolną, ale przez lata nauczyłam się, że dyskrecja to nie wstyd, tylko po prostu rozsądek. Mam w szufladzie kilka rzeczy, które dla postronnych wyglądają jak śmieci albo biurowe drobiazgi. Mały worek z solą i kilkoma ziołami przykryty dokumentami. Nikt nie pyta, bo nikt nie szuka. Bardziej mnie ciekawi co z przestrzenią robisz, jak masz wspólne open space? Bo tam już trudniej, wszystko jest na widoku.
To akurat zależy też od tego, co chcesz osiągnąć. Czy chodzi o ochronę własnego miejsca, o ogólną atmosferę w biurze, czy o coś konkretnego - na przykład przed ważnym spotkaniem albo negocjacjami? Bo każdy z tych przypadków trochę inaczej podchodzę. Na open space miałam kiedyś praktykę z kadzidełkami, ale to odpada od razu. Skończyłam na olejkach - mała rollerka z mieszanką na nadgarstek, wygląda jak perfumy, a robiła swoje.
Mam inne podejście do całej tej kwestii. Przez kilka lat pracowałem w środowisku korporacyjnym i doszedłem do wniosku, że rytuały w pracy niekoniecznie muszą być oparte na fizycznych przedmiotach. Mam pewien stały rytuał przed każdym ważnym dniem - konkretna kolejność czynności rano, coś w rodzaju uziemienia, jeszcze zanim wyjdę z domu. W biurze zostaje już tylko intencja. Nie wiem czy to działa tak samo jak kamień na biurku, ale mnie wystarczy. Czy ktoś tu robi coś podobnego, czysto mentalnie bez fizycznych rekwizytów?
A to nie jest tak że bez fizycznego przedmiotu to traci jakąś... nie wiem jak to powiedzieć... moc? Czytałem gdzieś że przedmioty służą jako punkt skupienia ale nie wiem czy to prawda czy mit. Szczerze mówiąc sam zaczynam się zastanawiać nad takim kamykiem na biurku ale nie wiem który brać do pracy.
miałam rozmaryn, czarny pieprz i odrobinę bergamoty na bazie jojoba. Rozmaryn dla jasności myślenia i ochrony, czarny pieprz odpędza to co niepotrzebne - szczególnie czyjeś złe nastroje, które w biurze bardzo się rozchodzą. Bergamota żeby nie było zbyt ostro i żeby w sumie pachniało normalnie, bo bergamota jest do kupienia w każdej drogerii. Nikt nigdy nie skomentował inaczej niż, że ładnie pachnie.
Ciekawe, że tu mowa o ochronie przed nastrojami innych. Mnie bardziej zastanawia aspekt czasowy - czy są rytuały, które lepiej pasują do konkretnych dni? Mam na myśli na przykład czy przed środą jako dniem Merkurego warto coś inaczej przygotować, jeśli chodzi o komunikację i umowy? Sama ostatnio zaczęłam zwracać na to uwagę i mam wrażenie, że planowanie większych spraw zgodnie z tym kalendarzem daje inne wyniki niż przypadkowe działanie.
Wracając do pytania o open space - interesuje mnie coś innego. Jak radzicie sobie z biurkami rotacyjnymi? Coraz więcej firm przechodzi na hot desking i wtedy nie ma 'swojego' miejsca. Czy w ogóle można zrobić coś sensownego z przestrzenią, której nie posiadasz na stałe? Widziałam na kilku anglojęzycznych forach dyskusje o tym, że wtedy pracuje się bardziej z przedmiotami osobistymi, które zabiera się ze sobą, niż z miejscem.
Przepraszam że się wtrącam bo pewnie nie znam się na tym tak jak wy, ale mam szczere pytanie - czy to nie jest tak że jak siadasz na cudzym miejscu i próbujesz coś 'czyścić', to nie wchodzisz na teren czyjejś energii bez pytania? Pytam serio, nie złośliwie. Bo sam pracuję na zmiany i siadam po kimś i teraz się zastanawiam czy robiłem coś nie tak.
Ale w takim razie co sie robi jak sie jest w otwartej przestrzeni i np siadasz przy stole konferencyjnym przed ważnym spotkaniem? Macie jakis szybki rytuał? Nie mam pojęcia czy w ogóle to ma sens robić na miejscu publicznym czy lepiej zrobić to wcześniej w domu.
Jest coś, co wygląda zupełnie niewinnie i można to zrobić przy wszystkich - zanim zaczniesz układać swoje rzeczy na stole, po prostu połóż dłonie płasko na blacie na chwilę. Wygląda jakbyś sprawdzał czy jest stabilny albo po prostu robisz coś automatycznie. Tę chwilę możesz wykorzystać na co chcesz - intencję, oddech, cokolwiek. Nikt nie zwróci uwagi. Na poważnie, próbowałam różnych rzeczy i to jest coś, co da się zrobić dosłownie wszędzie.
Wracając do wątku o dniach tygodnia, który podniosła Eteria - faktycznie jest w tym coś, co trudno zignorować jak zaczniesz to obserwować. Środa i Merkury, piątek i kwestie relacji z ludźmi w pracy, wtorek zanim wyślesz jakiś trudny mail. To nie jest tak, że zmieniam treść maila w zależności od dnia, ale jeśli mam wybór kiedy wysłać coś ważnego, to teraz zwracam na to uwagę. Efekt placebo czy nie - wyniki są inne.
Mnie raz zapytała koleżanka co to za kamyk mam przy monitorze. Powiedziałam że to pamiątka po babci i temat się skończył. Myślę, że większość ludzi tak naprawdę nie chce wiedzieć więcej niż to co usłyszy w pierwszej odpowiedzi. Mało kto drąży. Ten strach przed demaskowaniem jest większy niż rzeczywiste ryzyko, przynajmniej w moim środowisku.
Ja raz miałem gorzej - szef zapytał wprost co to jest i dlaczego trzymam na biurku takie 'amulety' w cudzysłowie, bo tak to nazwał. Odpowiedziałem, że to elementy dekoracyjne i mam słabość do minerałów. Poczytał chwilę w internecie i się okazało że jest kolekcjoner kamieni - potem jeszcze rozmawialiśmy o geologii. Szczęśliwe wyjście, ale nauczyło mnie, że odpowiedź musi być przygotowana zawsze. Coś co brzmi zwyczajnie i jest prawdziwe na poziomie formy, nawet jeśli nie oddaje całości.
Wracając do tej historii z szefem - to ciekawe, że kolekcjonerstwo minerałów zadziałało jako zasłona. Myślę, że to jedna z lepszych odpowiedzi, bo jest niepodważalna. Znam kogoś, kto poszedł jeszcze dalej i zaczął rzeczywiście czytać o geologii, żeby mieć co powiedzieć jak ktoś dopyta. Nie wiem czy to nie za daleko, ale przynajmniej miał spokój.
Historia z szefem-kolekcjonerem to chyba najlepsze wyjście jakie mogło się zdarzyć, serio. Gorzej jak ktoś zaczyna drążyć z innej strony - nie pytając o przedmioty, tylko o zachowanie. Miałam kiedyś koleżankę, która zauważyła, że zawsze przed dużymi prezentacjami chodzę na chwilę do łazienki. Nie skojarzyła z niczym ezoterycznym, ale zaczęła mnie naśladować 'bo może to działa'. Trochę śmieszne.
To co mówi Fraida o naśladowaniu bez wiedzy to w sumie otwiera inny temat - bo w wielu tradycjach powtarzalność gestu jest ważna niezależnie od tego, czy robiący wie 'dlaczego'. Kwestia intencji jest dyskutowana od lat i nie ma jednej odpowiedzi. Ale wracając do dyskrecji w pracy - mnie bardziej interesuje co robicie kiedy macie naprawdę trudną sytuację i nie możecie nic fizycznie przygotować? Nagłe spotkanie, telefon którego się bałaś, wezwanie do szefa?
Myślę, że ta różnica o której mówi Eteria jest realna, ale bardzo trudna do pokazania z zewnątrz. I właśnie dlatego to tak dobrze działa jako rytuał dyskretny - wygląda identycznie. Ale mam pytanie do wszystkich - czy ktoś stosuje coś regularnie, nie tylko przed wyzwaniami? Codzienną rutynę, coś co powtarzacie niezależnie od tego co się dzieje danego dnia?
Ja mam jedną rzecz codziennie - zanim włączę komputer, przez chwilę patrzę na biurko i mentalnie wyznaczam co jest moją przestrzenią. Brzmi prosto, ale robiłam to od kilku lat i w dniach kiedy tego nie zrobiłam - na przykład bo ktoś zagadał mnie od razu przy wejściu - czułam przez cały dzień jakby coś było nie na swoim miejscu. Nie wiem czy to rytuał czy nawyk, pewnie jedno i drugie.
A jak sie czesto zmienia praca to trzeba to wyznaczanie zaczynac od poczatku? Pytam bo nie mam jednego biurka od jakiegos czasu.
Przy rotacyjnych biurkach naprawdę zostaje głównie to co nosisz przy sobie i to co robisz zanim usiądziesz, nie przy konkretnym biurku. Mówiłam wcześniej o dłoniach na blacie - to właśnie do tego pasuje. Ale widzę, że wątek zaczął się kręcić wokół ochrony i przygotowania, a mało mówimy o zakańczaniu dnia. Czy ktoś ma coś na rozstanie z przestrzenią biurową wieczorem?
To co Fraida mówi o zamknięciu dnia ma sens, ale mam inne doświadczenie. Przez jakiś czas pracowałam w miejscu z bardzo ciężką atmosferą - konflikty, napięcia, toksyczny management - i żaden gest przy wychodzeniu nie był wystarczający. Trzeba było czegoś więcej, coś żeby dosłownie wymyć dzień z siebie. Prysznic po powrocie do domu, ze świadomą intencją. Brzmi trywialnie, ale naprawdę działało lepiej niż cokolwiek co robiłam przy biurku.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę nie na temat, ale - czy to znaczy, że właściwie każda regularna czynność z intencją może być rytuałem? Bo mam wrażenie, że rozmawiacie i o dłoniach na biurku, i o oddechu, i o prysznicu - i wszystko to rytuał. Gdzie jest granica między nawykiem a rytuałem, bo trochę mi się to miesza.
Ok to rozumiem, ale jak sie jest 'przy tym obecny' w biurze gdzie wszyscy gapią sie na ciebie albo ktoś ciągle gada? Mnie sie wydaje że to jest główny problem z tym co tu opisujecie - że potrzeba choć chwili skupienia i w otwartej przestrzeni jej po prostu nie ma.
No i właśnie to jest sedno Szymek - ta chwila skupienia nie musi być widoczna. Mam na myśli, że jeśli siedzisz przy komputerze i przez dziesięć sekund po prostu nie ruszasz myszką, nikt nie wie czy czytasz coś, czy jesteś rozproszony, czy robisz coś swojego. Open space paradoksalnie daje dużo takich szczelin, bo wszyscy udają że są zajęci.
To zależy co chcesz z tym zrobić i po co. Jeśli chodzi o samo zaznaczenie granicy - dziesięć sekund spokojnie wystarczy, bo tu nie chodzi o czas trwania tylko o jakość tej chwili. Ale jeśli chodzi o coś głębszego, to wtedy i dwadzieścia minut może być za mało. Szymek, a co konkretnie próbowałeś i co nie działało?
Właśnie, bo tu wychodzi różnica między rytuałem a ćwiczeniem koncentracji. Szymek pyta o skupienie jak o technikę - a to jest inne pytanie niż to o co w tym wątku chodzi. Choć rozumiem, że to się przeplata.
