Zastanawiam się od jakiegoś czasu, jak to właściwie wyglądało w różnych kulturach z tym traktowaniem menstruacji w kontekście rytualnym. Nie chodzi mi o żadne nowoczesne podejście, bardziej o to, co historycznie kobiety z tym robiły, bo gdzieś czytałam, że w niektórych kulturach to był czas wycofania, a w innych wręcz przeciwnie, czas intensywniejszej aktywności duchowej. Czy ktoś wie coś więcej na ten temat? Bo większość źródeł, które trafiają mi pod ręce, albo jest bardzo powierzchowna, albo zahacza o jakiś feminizm, a mnie interesuje bardziej ta strona czysto obrzędowa.
To jest temat, który wymaga rozróżnienia, bo generalnie mamy dwa skrajnie różne podejścia historyczne i one często są mylone albo wrzucane do jednego worka. W kulturach z kręgu bliskowschodniego i częściowo żydowskiej tradycji halachy mamy izolację jako coś rytualnie "nieczystego", niddah i tak dalej. Ale już w wielu kulturach tubylczych Ameryki Północnej, na przykład u Lakotów, ten czas był traktowany jako wyjątkowo silna obecność duchowa kobiety, do tego stopnia, że nie powinna uczestniczyć w innych ceremoniach, bo jej moc by dominowała nad resztą. To nie był wstyd ani izolacja w sensie pejoratywnym, tylko coś innego zupełnie.
To brzmi jak sporo projektowania swoich lęków na coś naturalnego i biologicznego. Nie rozumiem, po co w ogóle nadawać rytualne znaczenie czemuś, co jest po prostu fizjologią. Pytam szczerze, nie złośliwie, bo widzę, że to temat ważny dla wielu osób tutaj.
Ja czytałam ze w Indiach jest specjalny rytuał zwany Ritu Kala Samskara, albo jakoś tak, gdy dziewczyna dostaje pierwszy raz menstruacje, to jest dosłownie swięto i ceremonia. W nekótrych regionach trwa kilka dni. Nie wiem czy to mielii też jakies regularne rytuały powtarzane co miesiac czy tylko to pierwsze przejscie.
A co z połączeniem cyklu z fazami księżyca? Bo gdzieś czytałam, że menstruacja podczas nowiu to zupełnie inne doświadczenie energetycznie niż podczas pełni i że kiedyś kobiety żyjące razem synchronizowały się z tym samym etapem. Jest coś w tym?
Ja w sumie nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, ale jak teraz czytam tę rozmowę, to zastanawiam się czy te "zakazy" w różnych kulturach, że menstruująca kobieta czegoś nie może, nie były po prostu wygodną wymówką dla mężczyzn, żeby kobiety odsunąć od ważnych spraw. Nie wiem, może naiwne pytanie.
Wracając do współczesności, bo trochę od tego odeszłyśmy, czy ktoś z was praktykuje coś regularnie w tym czasie? Nie pytam o wielkie ceremonie, bardziej o codzienne drobne rzeczy, które ktoś sobie wypracował. Mnie samą ciekawi, od czego zacząć jakieś świadome podejście, jeśli w ogóle, bo te historyczne konteksty są ciekawe, ale trochę oderwane od tego, co można faktycznie robić.
Ja od jakiegoś czasu zaczynam ten czas od gaszenia telefonu na godzinę i siedzenia z herbatą bez nic. Głupio powiedzieć, ale po kilku miesiącach doszłam do wniosku, że to jest dla mnie więcej warte niż jakikolwiek rytuał z opisem. Chociaż nie wiem, czy to już można nazywać rytuałem.
Słucham tej rozmowy od początku i mam pytanie, może trochę z boku. Czy te praktyki, i historyczne, i współczesne, mają jakiś związek z czakrami? Gdzieś widziałam, że drugi czakr i menstruacja są ze sobą powiązane, ale nie wiem, czy to jest starsza tradycja czy coś wymyślonego przez nową duchowość.
Jeśli chodzi o tradycje celtyckie, bo nikt tego nie poruszył, to tam menstruacja była ściśle związana z kultem bogini, szczególnie w aspekcie triady dziewica, matka, staruszka. Czerwień była kolorem przejścia między światami, więc ten czas traktowano jako chwilowe otwarcie na inny wymiar. Przynajmniej tyle wynika z materiałów, które znam.
To jest dobre pytanie i sama długo się nad tym zastanawiałam. Dla mnie różnica wyszła z powtarzalności i z tego, że robię to z jakimś zamiarem, nie dlatego, że jestem zmęczona. Ale nie wiem, czy to definicja, czy tylko moje usprawiedliwianie sobie czegoś.
A jeśli ktoś nie ma żadnej konkretnej intencji, tylko po prostu robi coś spokojnie i to sprawia, że czuje się lepiej? Czy to wyklucza z definicji rytuału? Pytam, bo zaczynam podejrzewać, że ja sama mam jakieś swoje rzeczy w tym czasie, tylko nigdy ich tak nie nazywałam.
Słuchajcie, mam problem z całą tą rozmową, ale nie złośliwy. Mówimy o tym, że rytuał może być wszystkim, bo wystarczy mu dodać intencję. Ale wtedy pojęcie traci jakiekolwiek kontury. Co to zmienia w praktyce dla kogoś, kto chce świadomie przeżywać swój cykl?
Mam pytanie do Ewuni bo nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem. Mówisz, że historyczne rytuały są inspiracją, ale wcześniej z Bolkiem dyskutowałaś o tym, ze nie wiemy czy te rekonstrukcje są autentyczne. To jak korzystać z czegoś, co może być wymysłem z XIX wieku?
Trochę się zgubiłam w tej rozmowie, ale mam pytanie z zupełnie innej beczki. Czy ktoś z was łączył te praktyki z runami? Bo runy skandynawskie mają trochę do powiedzenia o cyklach i przemianach, i zastanawiam się, czy ktoś to jakoś stosował.
Tak, miałam. Przez jakiś czas rozpisywałam swoje praktyki w dzienniku i paradoksalnie zaczęłam je wykonywać bardziej mechanicznie, jakby opis zastąpił doświadczenie. Nie wiem, czy to kwestia natury czy charakteru, ale chyba dla mnie te rzeczy działają lepiej, kiedy zostają trochę nieuchwytne.
Ja właśnie chciałam zapytać o to księżycowe śledzenie, bo widziałam różne aplikacje do tego. Ale mam wrażenie, że to bardziej wellness niż cokolwiek rytualnego. Czy ktoś z was faktycznie to robił i z czego wynikało?
To z tymi aplikacjami do śledzenia cyklu księżycowego to jest według mnie naprawdę naciągana sprawa, bo większość z nich bazuje na uproszczonych założeniach, że owulacja = pełnia i menstruacja = nów, a ludzki cykl tak nie działa. Josephine McCarthy zresztą pisała że synchronizacja księżycowa to mit, który spopularyzował się w XX wieku bez solidnych podstaw. Ale z drugiej strony Miranda Gray w "Red Moon" z 1994 roku opisuje dwa archetypy - "white moon cycle" i "red moon cycle" - i to jest przynajmniej jakiś model do myślenia, nawet jeśli nie empiryczny.
Dobra, ale ja się trochę gubię. Mamy Shuttle i Redgrove, mamy Gray, mamy jakichś neodruidów i rekonstrukcje - tylko co z tego wynika praktycznie? Bo dyskusja jest świetna, ale nadal nie wiem, co miałabym robić inaczej przez te kilka dni w miesiącu, gdybym w ogóle chciała coś robić.
Wrócę do Irenki na chwilę, bo to wątek runiczny zostawiliśmy. Hagalaz jest rzeczywiście runą, która mówi o przemianie przez rozpad czegoś co było - i można to czytać w kontekście cyklu, ale to jest interpretacja własna, nie historyczna. W Starszym Futhark nie ma przekazów łączących konkretne runy z cyklem kobiecym. To co teraz krąży w neopogańskich kręgach to interpretacje XX-wieczne, często przez pryzmat Freyi, która jest łączona z kobiecością i płodnością, ale to znowu rekonstrukcja z niepewnych źródeł.
I tu jest według mnie clou całej rozmowy, którą prowadzimy od dłuższego czasu. Historyczny materiał mówi nam że różne kultury traktowały menstruację jako czas szczególny - izolacja, zakazy, tabu, czasem sacrum - ale niekoniecznie jako czas rytuałów w sensie pozytywnych praktyk. Wiele z tych "rytualnych" interpretacji to projekcja współczesnych potrzeb na przeszłość. I to nie jest złe, ale trzeba to nazywać wprost.
Mówiłam wcześniej o tym że przestałam się umawiać na pierwszy dzień. To jest moja jedyna "praktyka" i szczerze, nie wiem czy to ezoteryka czy po prostu zdrowy rozsądek. Ale przestałam traktować to jako problem i coś się zmieniło w tym jak przez to przechodzę. Nie mam lepszego słowa niż że jest lżej.
To trochę ironia, że temat tak centralny dla doświadczenia połowy populacji jest tak słabo udokumentowany właśnie z perspektywy osób, które to przeżywały. Choć może nie ironia, a coś dużo bardziej przewidywalnego.
Mam pytanie do Ewuni albo Tadka, bo wy macie chyba więcej wiedzy w tym temacie - czy są jakieś kultury, gdzie mamy dokumentację od samych kobiet? Nie zewnętrzne opisy ale coś pisanego przez nie?
Trochę odosobniona, ale nie całkowicie. Hildegarda miała tę przewagę, że pisała jako wizjonerka z autorytetem religijnym, więc mogła sobie pozwolić na więcej niż zwykłe piszące kobiety. Ale jest na przykład też Trotula z Salerno, XI-XII wiek, gdzie teksty medyczne traktują cykl jako kwestię zdrowotną, a nie moralną. Problem polega na tym, że do dziś spieramy się czy "Trotula" to była jedna osoba, kilka osób, czy kompilacja. Więc nawet te rzadkie głosy kobiet są niejednoznaczne źródłowo.
Ja tu siedzę i słucham tej rozmowy o Hildegardzie i Trotuli i trochę się gubię - czyli właściwie nie wiemy czy kobiety w średniowieczu miały cokolwiek do powiedzenia na temat własnego cyklu, czy tylko mężczyźni to opisywali i nazywali?
To jakim cudem w ogóle próbujemy rekonstruować jakieś rytuały jeśli nie mamy pewności nawet co do tekstów? Pytam serio, bo mi się wydawało że historia menstruacji to jest jakiś ustalony obszar, a tu okazuje się że co chwilę ktoś kwestionuje czyjeś autorstwo.
