Dodam że woda deszczowa miała w słowiańskich praktykach specyficzny status właśnie jako dar - nie wyciągnięta ze studni, nie przygotowana. Przychodziła sama. Zbieranie jej było gestem przyjęcia, nie produkcji. To mogłoby być ciekawe jeśli chodzi o sam gest - nie robię czegoś, tylko przyjmuję coś co spadło.
Ale jak to zrobić praktycznie przy polskiej pogodzie w listopadzie? 🙂 Pytam serio, bo fajny pomysł ale jeśli rytuał zależy od deszczu to jest nieprzewidywalny.
To jest odwrócenie logiki OCD. Normalnie robi się coś żeby uzyskać poczucie kontroli. Tutaj - czeka się na deszcz i dopiero wtedy jest okno. Mnie to brzmi rozsądnie, ale Oriona jak ty na to reagujesz? To by działało czy raczej ta nieprzewidywalność byłaby frustrująca?
A gdyby nie mieć konkretnego efektu do osiągnięcia? Jak siadasz przy tej misie i co - po prostu siedzisz? Bez żadnej intencji? Pytam bo mi się wydaje że mnie by to frustrowało, byłabym cały czas "no i co teraz".
Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi i trochę mnie drażni kiedy ktoś podaje konkretne minuty jak przepis. Różne tradycje mówią różnie. Ważniejsze jest to, czy jest to czas który poczujesz jako skończony, nie odcięty przez timer. Ale to znowu bardzo indywidualne.
Właśnie wróciłem do wątku i mam pytanie trochę z boku - czy ktokolwiek tu mówił o tym, jak śnienie albo stan tuż przed snem wchodzi w te rytuały? bo ta rozmowa o stanie między snem a jawą, o tym "miękkim", o deszczu - to wszystko brzmi jak praca z hipnagogią właśnie jako formą rytuału. nie sen jako symbol, ale sam stan jako praktyka.
Tak, mam kilka doświadczeń z hipnagogią i to jest właśnie ta granica, o której trudno mówić bez brzm... bez używania słów, które nic nie znaczą. Ten stan tuż przed snem ma inną logikę niż dzień. Obrazy pojawiają się bez zaproszenia, dźwięki też. Myślałem o tym jeśli chodzi o tego wątku - że może dla kogoś, kto w ciągu dnia jest bardzo kontrolujący, właśnie hipnagogia jest jedynym miejscem, gdzie kontrola odpada sama, bo nie da się jej utrzymać. Ale rozumiem co mówisz że chronisz tę przestrzeń. Jak to chronisz w praktyce?
A właśnie - tu się zastanawiam, bo cała ta rozmowa kręci się wokół tego, żeby rytuał nie był kolejną formą kontroli, a jednocześnie rytuał z definicji jest czymś powtarzalnym i planowanym. Czy w ogóle da się połączyć te dwie rzeczy? Mam wrażenie, że trochę gonimy własny ogon.
Dokładnie o to mi chodziło wcześniej przy shiné. Ta praktyka ma formę - siadasz, jest cicho albo jest dźwięk. ale forma nie determinuje treści. Twój umysł robi co chce i nie masz nad tym kontroli. To jest właśnie ta różnica której szkuamy.
Medytacja i rytuał to nie są rozłączne kategorie, wiele praktyk jest jednocześnie jednym i drugim. Chyba ważniejsze jest pytanie - czemu to rozróżnienie miałoby być ważne dla Oriany? no, bo jeśli działa, to czy ma znaczenie jak się to nazywa?
Mam wrażeenie że ta rozmowa zakłada, że Oriana musi wybrać jedną konkretną formę i się jej trzymać. A co jeśli nie? no ale czy nie można mieć kilku różnych rzeczy, które działają w różnych momentach - raz dźwięk, raz woda, raz ten stan poranny?
Szczerze to ta luźniejsza wersja jest mi bliższa. Mój problem z jedną konkretną formą jest taki, że jak coś nie wychodzi dokładnie tak jak powinno, to się nakręcam. A jak mam więcej opcji i nie muszę każdej z nich robić idealnie, to jest inaczej. Ale jednocześnie nie wiem czy to nie jest przypadkiem ucieczka od rytuału jako takiego.
Nie, to nie jest ucieczka. To jest rozumienie swojego własnego wzorca. Część osób potrzebuje jednej formy, bo daje im kotwicę. Inne osoby - i to nie jest gorsze - lepiej funkcjonują z repertuarem. W tradycji runicznej zresztą nie ma jednego rytu, są zestawy gestów zależnych od kontekstu. Nikt nie mówi że musisz wybrać jeden ryt na całe życie.
Wracając do Oriany i misy - mam pytanie praktyczne. Mówiłaś że deszcz za oknem działa na ciebie inaczej niż woda w kontekście sprzątania. Jak myślisz, gdybyś siedziała przy tej zebranej wodzie i patrzyła w nią, czy uruchomiłoby się w tobie skojarzenie z czystością? Czy ta woda byłaby nadal "wodą z zewnątrz" czy zaczęłaby być "wodą którą trzeba teraz coś z nią zrobić"?
eh a moze to jest wlasnie wazne - ze nie musi byc idealnie przez caly czas. Że te pierwsze kilka minut ma wartosc sama w sobie nawet jesli pozniej cos wchodzi. Nie wiem jak ty to odbierasz ale mi sie wydaje ze czesto szukamy praktyk ktore beda dzialac przez caly czas od poczatku do konca, a to po prostu nie istnieje.
Zgadzam się z Julisią. dodatkowo - to co opisujesz, to przechodzenie z jednego trybu do drugiego w trakcie. To jest do obserwowania, nie do eliminownaia. Jeśli zauważysz że po trzech minutach przy misie zaczyna się kręcić myśl o czystości, to samo to jest informacja. nie porażka.
To mie kieruje do czegoś z tej hipnagogii - tam jest podobna dynamika. zaczynasz w jednym miejscu, po chwili umysł idzie gdzie indziej, często w kierunku czegoś co cię niepokoi. i to nie jest błąd tej praktyki to jest jej treść. Obserwujesz co wychodz samo kiedy nie kontrolujesz kierunku.
Czytam tę rozmowę od pewnego czasu i mam jedną wątpliwość do całego kierunku. Czy nie pakujemy tutaj za dużo sensu w jeden element - wodę? Jest tu woda jako dźwięk, woda jako wyzwalacz, woda jako dar, woda do wróżenia z wody, woda w misie. Może Oriana powinna poszukać czegoś co nie ma żadnych skojarzeń z czystością, zamiast próbować przekształcić element który jest już bardzo naładowany?
i właśnie to jest kluczowe zdanie - "boję się sprawdzania". to nie jest powód, żeby nie próbować, ale powód, żeby zrobić to z jakimś zabezpieczeniem. Masz kogoś przy sobie, kiedy testujesz nowe rzeczy? Albo jakiś moment, po którym kończysz niezależnie od efektu?
Dobre pytanie. Mnie się wydaje, że to co Oriana opisuje - ten lęk przed sprawdzaniem - to jest osobny sygnał, który warto potraktować poważnie nie jako powód do rezygnacji, ale jako punkt orientacyjny. oj jeśli sama praktyka wyzwala lęk zanim jeszcze zaczniesz, to może ona sama w sobie nie jest złym tropem, tylko wymaga innego wejścia.
To co Gustlik opisuje ma swoje odbicie w czymś co w niektórych tradycjach nazywa się progiem rytuału - wchodzisz i wychodzisz w konkretnym momencie, a to co jest w środku jest oddzielone od reszty. ale żeby to działało wyjście musi być tak samo intencjonalne jak wejście. Czy Oriana ma jakiś zwyczaj zamykania praktyk, czy raczej po prostu kończysz jak skończysz?
Raczej jak skończysz. Nie mam żadnego świadomego zamknięcia, po prostu w pewnym momencie wstaję. Czasem to jest dobre, czasem zostawia mnie z czymś niedokończonym. Nie myślałam o tym jako o czymś do zmiany, ale teraz jak o tym piszę, to widzę że może to jest jeden z kawałków.
Mnie to trochę zaskoczyło - to że nie ma zamknięcia. bo przy tej konkretnej sytuacji, przy OCD wokół czystości, brak wyraźnego "koniec" może oznaczać, że umysł nie dostaje sygnału że ta czynność jest zakończona. I wtedy może wracać do niej w kółko. Czy tak to czujesz?
Herbata zresztą działa dla niektórych całkiem dobrze właśnie dlatego, że angażuje inne zmysły naraz - ciepło kubka, zapach, smak. To jest naturalne przerwanie jednego trybu i wejście w drugi. Nie jestem przekonana czy potrzebne jest tu słowo "zamknięcie rytuału", bo to może brzmieć bardziej poważnie niż jest.
Ale chyba o to właśnie chodzi, że to nie musi być poważne? Gustlik mówił wcześniej o strukturze kontra treści - może zamknięcie to jest właśnie jeden z tych elementów struktury, które mogą być lekkie, a jednocześnie działają. oriana, masz jakiś moment w ciągu dnia który naturalnie cię przełącza? Coś co robisz i po tym czujesz że jesteś w innym miejscu mentalnie?
A co jeśli właśnie balkon z kawą jest twoim rytuałem? Serio - masz powtarzalność, masz zmysły, masz czas który należy tylko do ciebie, i masz efekt. no i, Czego tu brakuje?
Tu się trochę nie zgodzę, bo intencja to nie zawsze konieczność. niektóre tradycje mówią, że sam akt, powtórzony świadomie, już niesie ze sobą coś. Ale zgadzam się że dla Oriany, przy tym co opisuje, dodanie intencji mogłoby być tym elementem który zamienia nawyk w coś celowego. oj tam pytanie tylko co miałoby być tą intencją.
