Tylko czy wtedy to jeszcze rytuał? Jeśli każda robi co jej pasuje bez żadnej struktury ani tradycji, to jest po prostu rutyna higieniczna albo autosugestia. Rytuał ma jednak jakiś wymiar wspólnotowy albo przynajmniej symboliczny, nie?
Właściwie to mnie zastanawia czy w ogóle musimy to nazywać rytuałem. Ja na przykład zrobiłam coś prostego - mam zeszyt gdzie przez te kilka dni piszę rzeczy które chcę odpuścić. Nie wiem czy to rytuał, może to terapia, może to dziennik. Ale robi mi różnicę.
To jest pytanie które pojawia się w antropologii od lat. Victor Turner pisał o tym jak rytuał transformuje uczestników przez "liminalność" - stan zawieszenia między tym czym byłeś a czym będziesz. I menstruacja bardzo pasuje do tej struktury. Kwestia czy świadomie to nazywamy rytuałem czy nie, może nie być decydująca. Chodzi o to czy praktyka pełni tę funkcję - czy coś w tobie przechodzi przez ten czas.
Słuchajcie, ta rozmowa jest dobra, ale mam wrażenie że trochę odpłynęłyśmy w akademię. Celestyn pyta o Turnera, Tadek cytuje Douglas - a Sybilla na początku pytała co z tym zrobić praktycznie. Wróćmy może do tego? Co konkretnie ludzie tu robią, jeśli w ogóle coś robią?
Ja od jakiegoś czasu nie planuję nic wymagającego na pierwsze dwa dni. Nie dlatego że wierzę w jakiś zakaz, ale po prostu zorientowałam się że i tak nie ma z tego sensu, bo jestem rozkojarzona i zmęczona. Nie wiem czy to rytuał, ale jest intencjonalne.
To z tym placebo to jest w ogóle ciekawy temat. Bo jeśli "placebo" sprawia że mi lepiej, to właściwie czy to ma znaczenie jak to nazwiemy? Badania nad placebo pokazują że efekt działa nawet kiedy pacjent wie że dostaje placebo - to się nazywa open-label placebo i jest całkiem solidnie zbadane. Więc to "tylko autosugestia" to trochę za mało powiedziane.
No ale chwila - my tu rozmawiamy o rytuałach menstruacyjnych, a nie o farmakologii. Nie wiem czy to najlepsze porównanie, bo rytuał to nie tabletka z napisem "placebo". Rytuał ma jakieś znaczenie symboliczne, jest osadzony w jakimś kontekście. Inaczej to działa.
To brzmi logicznie ale też trochę idealizuje spontaniczność. Większość tradycyjnych rytuałów to są właśnie schematy przekazywane - nie wymyślasz sama, uczysz się od innych. I to miało sens bo budowało wspólnotę. Jeśli każda ma własny prywatny rytuał to może to działa dla niej ale ginie ten wymiar zbiorowy.
No ale czy to na pewno jest to samo? Bo wspólnota w rytuałach tradycyjnych - jak te wspomniane wcześniej domy menstruacyjne - polegała na fizycznej obecności. Razem, w jednym miejscu. Rozmowa na forum to chyba jednak coś innego? Nie mówię że gorszego, ale innego.
Ja tu jestem trochę z boku bo nie mam osobistego doświadczenia z tym tematem, ale mi się nasuwa pytanie - te domy menstruacyjne, o których wspominałyście wcześniej, jak to w ogóle wyglądało organizacyjnie? Kobiety po prostu tam odchodziły i robiły co chciały, czy był jakiś ustalony porządek dnia?
