Mam dość specyficzny problem i szczerze nie wiem czy ktoś tu miał coś podobnego. Pracuję w branży gdzie co jakiś czas zmieniam miasto, czasem kraj. Przez ostatnie lata mieszkałem chyba w sześciu różnych miejscach. za każdym razem jak próbowałem cokolwiek zacząć - jakiś stały rytm, rytuał, cokolwiek - po kilku miesiącach musiałem to rzucić i zaczynać od zera. i za każdym razem czułem ze tracę coś co zacząłem budować. czy w ogóle ma sens tworzenie rytuałów w takim trybie życia? albo może są jakieś, które z definicji nie są przywiązane do miejsca?
To pytanie zastanawiało mnie samą zanim się ustabilizowałam. Przez lata myslałam ze rytuał muusi mieć swój kąt, swój ołtarzyk, swoje miejsce. Ale to jest trochę błędne myślenie bo rytuał to w zasadzie sekwencja, nie lokalizacja. Rdzeń jest w tobie, nie w mieszkaniu. Pytanie tylko co konkretnie robiłes i co czułes że tracisz przy przeprowadzce? bo to może pomóc ustalić co jest naprawdę ważne w tym co praktykowałes.
Też się nad tym zastanawiam czytając ten post. Bo to są dwie różne rzeczy. jeśli problem jest praktyczny - brak miejsca, brak przedmiotów - to można to obejść. Ale jeśli przeprowadzka rozbija jakis wewnętrzny rytm, to samo upakowanie rytuału w walizkę nic nie da. Znam osoby ktore wożą ze sobą cały ołtarz i nadal nie mogą wejść w stan który miały w poprzednim miejscu.
Ten wątek z kontekstem jest ciekawy, bo to nie jest specyfika ezoteryki - tak samo działa w każdej dziedzinie. Sportowcy mają rytuały przedmeczowe które wykonują wszędzie, na każdym stadionie. I działa właśnie dlatego, że sama sekwencja czynności tworzy stan niezależnie od otoczenia. Pytanie czy da się to samo osiągnąć w tym co tu robimy. myslę że tak, ale wymaga trochę innego podejścia do budowania rytuału od podstaw.
Nasuwa mi sie mysl że moze chodzi o jakis jeden przedmiot który jedzie razem. Nie wielki ołtarz, ale jeden konkretny obiekt ktory jest centrum. Jak wyjeżdzam gdzies na dluzej, biore ze soba jedna rzecz i ona mi wystarczy do utrzymania rytmu. Chodzi o to żeby cos fizycznego spinało te miejsca ze sobą.
To co opisujesz z kamieniami ma sens jako baza. Kamienie mają tę zaletę że łatwo je zabrać i że praca z nimi jest bardzo bezpośrednia, nie wymaga specjalnego otoczenia. Ale słyszę że problem jest trochę głębszy. Czy masz w ogóle jakis rytuał powitalny dla nowego miejsca? Coś co robisz gdy wchodzisz do nowego mieszkania żeby je jakoś oswoić?
O, to ważna obserwacja. Progi i wejścia to bardzo stara kategoria w praktycznie każdej tradycji. Rytuały progowe, przekraczanie granicy, oswajanie przestrzeni - to nie jest współczesny wymysł. w wielu kulturach nowe miejsce wymagało jakiegoś działania żeby w ogóle zaczęło być "swoje". Słowiańskie tradycje miały np. wprowadzanie domowego w nowe miejsce. Wymaga adaptacji, ale idea jest wciąż żywa.
Mam teraz pytanie do Olimpii, bo mówisz o dwóch różnych działaniach. Jak to wygląda w praktyce dla kogoś kto się często przeprowadza? Jeśli za kilka miesięcy i tak się przeniesie, to ten rytuał powitalny jest trochę... jednorazowy? Czy to nie jest mozolne zaczynanie czegoś od nowa wiedząc że za chwilę to porzucisz?
Czytam to i myślę ze jest w tym coś z buddyjskiego podejscia do nietrwałosci. nie wiem czy tu pasuje, ale w praktykach tybetanskich jest dużo rytuałów ktore są z założenia tymczasowe - mandala piasku np jest tworzona, istnieje przez chwile i jest rozsypywana. ojej moze problem Karrota znika jezeli rytuał powitalny przestaje byc traktowany jako inwestycja a staje sie celem samym w sobie.
Chcę dodać coś z innej strony. Uważam że najlepszy rytuał dla osoby w ruchu to taki oparty na wschodzie albo zachodzie słońca. Niezależnie gdzie jesteś słońce jest to samo. Możesz rano wyjść, powitać dzień w nowym miejscu i to jest twój punkt zakotwiczenia. Nie potrzebujesz nic więcej.
To mi trochę układa rzeczy w głowie. czyli można to rozdzielić: jest rytuał który oznajmia miejscu "jestem tu", i osobno te które po prostu robię regularnie. Dotąd traktowałem to jak jeden blok i może dlatego jak jeden element szwankował, to wszystko się sypało.
Właśnie. i te dwa elementy mogą mieć zupełnie inną strukturę. Rytuał powitalny może być jednorazowy, elastyczny, dostosowany do miejsca. A praktyka codzienna - powtarzalna, niemal mechaniczna, niezależna od miejsca. Mieszanie ich razem to jeden z częstszych błędów, bo człowiek zakłada że jedno warunkuje drugie.
To dobre pytanie, bo ja miałam podobny problem - nie przeprowadzki, ale zmiana pracy, nowy harmonogram, wszystko się posypało. i rzeczywiście, próbowałam utrzymać stare rytuały bez przerobienia otoczenia. nie szło. Dopiero jak zrobiłam coś małego dla nowej przestrzeni, reszta jakoś sama weszła w rytm. Więc może Lada ma rację że kolejność ma znaczenie.
Różne. Ostatnio to był pokój w mieszkaniu z innymi ludźmi, teraz mam małe studio. wcześniej coś większego. Chyba najtrudniej było właśnie z tym współdzielonym mieszkaniem, bo nie byłem tam jedyną osobą i miałem poczucie że nie mogę "oznaczać" przestrzeni, bo to nie jest tylko moje.
Tak, teraz mam całe miejsce dla siebie więc jest lepiej. Ale jakoś nie ruszam z tym rytuałem powitalnym bo nie wiedziałem jak to robić. Wydawało mi się że to coś skomplikowanego, a może chodzi właśnie o coś tak prostego jak ten kąt za szafą.
Może chodzi o to żeby miało jakis element granicy. Fizycznej albo symbolicznej. Wejście, zamknięcie, otwarcie - cokolwiek co wyznacza "tu zaczynam". W starszych tradycjach słowiańskich był taki zwyczaj związany z pierwszym wejściem do domu, chlebem solą progiem. Nie wiem czy chcesz iść w tę stronę, ale zasada jest prosta - próg to granica i przekroczenie go świadomie robi coś z nastawieniem.
Pasuje, i to nie jedyna paralela. W Japonii jest też praktyka związana z oczyszczaniem przestrzeni przed zamieszkaniem - solą, modlitwą, obejściem domu. Inne źródło kulturowe ale ten sam mechanizm. nowe miejsce wymaga jakiegoś aktu otwarcia zanim zaczniesz w nim cokolwiek innego robić.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie do Karrota - czy twoje rytuały są o konkretnej porze dnia? bo jeśli tak, to może problem nie jest z miejscem, tylko z tym że przeprowadzka rozbija rytm dobowy. Pierwsze tygodnie w nowym miejscu to często chaos z harmonogramem i może dlatego praktyka upada, a nie dlatego że przestrzeń jest nieodpowiednia.
To może być kilka nakładających się rzeczy naraz, nie jeden problem. Zmiana miejsca, zmiana rytmu dnia, brak wydzielonej przestrzeni - każde z osobna byłoby do ogarnięcia, ale razem to faktycznie może paraliżować. Może warto zacząć od jednego, nie próbować naprawiać wszystkiego jednocześnie.
To co Komecik napisała o nakładaniu się kilku problemów naraz - to jest chyba clou całej tej rozmowy. Bo my przez ostatnią godzinę gadamy o rytuałach powitalnych, przestrzeni, przedmiotach, a tak naprawdę Karrot ma trzy kryzysy jednocześnie: miejsce, czas i rytm dnia. żaden z tych elementów nie funkcjonuje bez pozostałych.
To brzmi sensownie, ale jak próbuję robić cokolwiek "tylko ciałem" bez żadnego otoczenia, to się po prostu nie skupiam. Jakbym potrzebował jakiegoś punktu zewnętrznego. stąd te kamienie i naczynie o których mówiłem.
To co mówisz o punkcie zewnętrznym jest ważne. Wiele osób zakłada że praktyka powinna być czysto wewnętrzna, ale dla sporej części ludzi skupienie wymaga jakiejś kotwicy w fizycznym świecie. Nie ma w tym nic do naprawienia. Dlatego właśnie przedmioty wędrują razem z praktyką od tysięcy lat - nie dlatego że są magiczne same w sobie, tylko dlatego że pełnią tę funkcję skupienia.
Konkretnie? Trzy kategorie. Pierwsza: przedmioty małe, zawsze w jednym miejscu w bagażu - zawsze, nie "prawie zawsze". Druga: czynność powiązana z ciałem, nie z miejscem. Trzecia: stały moment w harmonogramie który nie zależy od tego gdzie jesteś. Jak masz jedno z tych trzech, masz kotwicę. jak masz dwa albo trzy, masz praktykę.
Jestem tu trochę z boku bo runy to moja glowna dziedzina, ale akurat mam doswiadczenie z podrozowaniem z praktyka. Przez kilka lat miałam taka zasade - jeden kamien runiczny zawsze ze mna, jeden gest przed snem i po przebudzeniu. i wiesz co? To sie nie zrywalo nawet jak nie miałam ani swieczki ani czasu ani spokojnego miejsca. Właśnie dlatego ze to było minimum, nie maksimum.
I to jest właśnie ta zmiana w myśleniu która robi różnicę. Nie "jak utrzymać to co miałam" tylko "co jest jądrem, bez którego reszta i tak nie ma sensu". Często to jądro jest mniejsze niż myślimy.
Dokładnie. I wracając do Karrota - masz te kamienie i naczynie, to jest forma. Pytanie czy masz też jakiś gest albo sekwencję którą robisz zawsze tak samo zanim zaczniesz? Bo jak nie, to może właśnie tego brakuje - ta czynność powiązana z ciałem o której mówiła Fomalhaut.
