To jest bardzo dobre spostrzeżenie i myślę że trafiłaś w coś istotnego. To okno czasowe - to przestrzeń między bodźcem a reakcją - u wielu osób z silnymi wzorcami emocjonalnymi jest naprawdę wąskie. I tak, regularna praktyka może je poszerzać. Nie poprzez to że rytuał magicznie zatrzymuje czas, ale przez to że twój układ nerwowy zaczyna się nauczać krótkich pauz. Nawet rytuał porannej kawy z pełną uwagą przez kilka minut trenuje zdolność do bycia w między.
Mam pytanie do Wanessa - opisujesz to jako bardzo krótkie okno między bodźcem a reakcją. Czy to jest zawsze tak samo krótkie, czy w niektórych sytuacjach jednak jest trochę więcej czasu? Bo to by mogło coś powiedzieć o tym od czego zacząć.
To co Wanessa opisuje to klasyczne zawężenie okna tolerancji jeśli chodzi o przywiązania - relacje bliskie aktywują głębsze warstwy układu nerwowego i te są znacznie szybsze. Dlatego zresztą wiele osób świetnie radzi sobie emocjonalnie w pracy czy z obcymi, a w domu się "rozsypuje". To nie jest hipokryzja tylko neurobiologia.
Wchodzę tu z małą dygresją bo Lunella powiedziała coś co chcę rozwinąć. Mówisz o powtórzeniu i bezpieczeństwie jako warunkach uczenia się tych głębszych warstw. I to ma sens. Ale mam pytanie - co się dzieje kiedy rytuał jest wykonywany w stanie silnego lęku lub po traumatycznym zdarzeniu? ehh czy ciało wtedy też go "nagrywa" ale w złym kontekście?
Przy runach jest właśnie taka zasada - nie zaczynasz od razu od sytuacji kryzysowych. Najpierw dłuższy kontakt z runą w spokojnym kontekście, medytacja, rysowanie, siedzenie z nią :/ Dopiero potem ewentualnie jako punkt skupienia w trudnym momencie. Inaczej rysujesz symbol w panice i nie ma on żadnego zakorzenienia.
To jest dla mnie bardzo konkretna wskazówka. Że zaczyna się budować w dobrych momentach. oj tam, bo ja miałam takie podejście żeby sięgać po cokolwiek kiedy już jest źle - a tu wychodzi że to powinno być odwrotnie.
To co Wanessa napisała na końcu mnie zatrzymało. Że sięgała po praktykę dopiero kiedy już było źle. I to jest chyba jeden z najczęstszych błędów - nie dlatego że ktoś głupio robi, tyko dlatego że intuicja podpowiada "potrzebuję tego teraz, bo teraz jest problem". Ale to tak nie działa. Budujesz w spokoju, żeby mieć z czego korzystać w trudnym momencie. Tylko jak to sobie wytłumaczyć emocjonalnie, kiedy w spokoju czujesz że przecież wszystko gra i po co ci w ogóle jakiś rytuał?
Dorzucę coś od siebie bo czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam podobne spostrzeżenie. Kiedy zaczynałem regularną praktykę medytacyjną, to pierwsze tygodnie były... nudne. Dosłownie siedziałem i nic spektakularnego się nie działo 🙂 I właśnie wtedy chcialem rzucić. ale potem, w momencie kiedy miałem naprawdę trudny czas, okazało się że mam jakiś dostęp do spokoju którego wcześniej nie miałem. nie wiem jak to opisać inaczej - jakby był tam, zanim go potrzebowałem.
To co Magus mówi o nudzie na początku - to jest coś o czym mało się mówi. Bo większość opisów praktyki koncentruje się na efektach, a pomija to żmudne środkowe. I chyba właśnie to środkowe jest najważniejsze, bo to tam buduje się ta baza o której wcześniej była mowa.
no i czytam was i zastanawiam się nad czymś praktycznym. Mówicie żeby budować w spokojnych momentach. Ale moje spokojne momenty są krótkie i często nieregularne. rano może być ok, wieczorem już nie. I nie wiem czy wystarczy pięć minut rano, czy to musi być bardziej rozbudowane żeby w ogóle cokolwiek zbudować.
Pięć minut dziennie, regularnie, bije dwadzieścia minut trzy razy w tygodniu. to nie jest opinia, to jest dosyć dobrze zbadana prawidłowość jeśli chodzi o kształtowanie nawyków układu nerwowego. Regularność jest ważniejsza niż długość - szczególnie na początku. Więc jeśli masz rano pięć minut, to to wystarczy żeby zacząć.
Mam pytanie do Wanessa - napisałaś że spokojne momenty są krótkie i nieregularne. Czy to znaczy że otoczenie jest niespokojne, czy raczej że wewnętrznie ciężko ci się zatrzymać nawet kiedy zewnętrznie jest spokojnie?
To co Martusia opisuje to jest właściwie to co robi się w wielu tradycjach medytacyjnych - jest wejście do praktyki, właściwa praktyka i wyjście. I to wejście często jest niedoceniane, a u osób z dużym wewnętrznym szumem może być najważniejsze. Ja swój rytuał zaczęłam od dosłownie jednej minuty samego oddechu zanim cokolwiek innego - i to zmieniło jakość całej reszty.
Ok, to mnie ciekawi. jeśli to dziala przez fizjologię a nie przez coś ezoterycznego, to po co w ogóle nazywać to rytuałem? mógłbym to samo robić bez żadnego kontekstu duchowego i efekt byłby taki sam, nie?
Ok, to mnie ciekawi. Jeśli kontekst sam w sobie zaczyna wywoływać stan, to czy to nie jest po prostu warunkowanie klasyczne? pies Pawłowa, tylko zamiast śliny mamy spokój układu nerwowego. nie mówię że to źle, po prostu zastanawiam się co dodaje tu ezoteryka, skoro mechanizm jest czysto behawioralny.
To co piszecie o mechaniczności - to jest mój problem chyba. Jak zaczynam coś regularnie, to po pewnym czasie robię to żeby zrobić, a nie żeby poczuć. I potem myślę że skoro nie czuję to pewnie nie działa i przerywam. Czy to jest normalne że po jakimś czasie rytuał "wypala się" w sensie przestaje angażować?
Wanessa to jest bardzo normalny etap i akuurat mam tu własne doświadczenie. Rytuał kótry robię od dłuższego czasu też przechodził przez takie okresy wygaszenia. Odkryłem że to nie znaczy że przestał działać - to znaczy że przestał być nowy i mózg przestał mu poświęcać uwagę. Rozwiązanie które u mnie zadziałało to drobna modyfikacja, nie porzucenie. Zmiana jednego elementu przy zachowaniu struktury.
A ja mam inne zdanie na ten temat. Nie jestem pewny że modyfikacja jest zawsze odpowiedzią. Czasem ta mechaniczność jest właśnie celem - robisz to na tyle automatycznie że możesz za tym iść głębiej. Różne tradycje mówią o tym że powtarzalność mantry czy gestu właśnie przez swoją nudę dociera do warstw których nie dotyka nowość. Więc może zanim zmienisz - zapytaj czy to wpala się czy osiąga nowy poziom?
Nie mam gotowej odpowiedzi, ale zwracam uawgę na jedno - czy po rytuale jest jakaś różnica w ciele albo myślach, nawet mała. Jeśli tak, to prawdopodobnie coś się dzieje mimo pozornej mechaniczności. Jeśli przez długi czas zupełnie nic, nawet subtelnie to może sygnał że forma przestała pasować do etapu na którym jesteś.
Wanessa, chcę wrócić do tego co napisałaś wcześniej o wewnętrznym szumie. Bo jeśli chodzi o niedojrzałości emocjonalnej - a to jest właściwy temat tego wątku - jest jedno rozróżnienie które mnie długo zajęło zrozumieć. Różnica między rytuałem który wycisza szum tymczasowo, a rytuałem który buduje zdolność do bycia z szumem bez uciekania. Pierwsze jest ulgą, drugie jest pracą.
To co Martusia opisuje to jest dokładnie to czego nie uczą żadne techniki oddechowe same z siebie. Oddech pomaga zejśćć z pobudzenia ale ta zmiana relacji do emocji to jest osobna praca. I rytuał może być środowiskiem do ćwiczenia tej relacji, jeśli jest do tego zbudowany. Ale większość ludzi używa rytuałów do pierwszego - do obniżenia stanu - i zatrzymuje się tam.
Mam pytanie do Cecylki i Martusi - jak w praktyce wygląda rytuał który buduje tę relację a nie tylko wyciszenie? Bo rozumiem teorię, ale wyobraźcie sobie kogoś takiego jak Wanessa na początku, z tym wewnętrznym szumem - co konkretnie miałby robić inaczej?
No dobra, ale ja wracam do Wanessa i jej pytania sprzed kilku postów, bo chyba wszyscy trochę odpłyneliśmy w teorię. Ona pyta jak konkretnie ma to robić - i Cecylka dała fajną odpowiedź z nazwianiem emocji, ale mnie ciekawi jedno: co jeśli ktoś na początku w ogóle nie potrafi nazwać co czuje? Nie "nie chce", tylko naprawde nie wie. bo to jest chyba klasyczny objaw tej niedojrzałości emocjonalnej o której jest ten wątek - alexithymia się to chyba nazywa, nie? I wtedy co - rytuał nie zadziała?
Przepraszam że wchodzę w środek, ale mam pytanie bo nie do końca rozumiem. To znaczy że rytuał ma działać bardziej na poziomie neurologicznym niż, nie wiem, energetycznym? Bo czytam ten wątek i trochę mi się miesza - z jednej strony mówicie o korze przedczołowej i oknach tolerancji, a z drugiej strony to jest forum o rytuałach, więc rozumiem że jest jakiś wymiar który wykracza poza samą neurobiologię?
Mam wrażenie że ten wątek krąży wokół czegoś ważnego i jeszcze tego nie nazwaliśmy wprost. Niedojrzałość emocjonalna jeśli chodzi o rytuałów to jest konkretny problem z sekwencją: coś się dzieje, pojawia się emocja, i zamiast chwili między bodźcem a reakcją - jest natychmiastowe działanie albo zamrożenie. Rytuał który adresuje właśnie tę przerwę - ten moment między "czuję" a "reaguję" - to jest coś innego niż rytuał który po prostu wycisza. I to jest chyba clue tego czego szuka Wanessa. Czy ona się z tym utożsamia, ciekawa jestem.
Tak, to jest bardzo trafne co Lunella napisała. To jest właśnie mój problem - ta przerwa po prostu nie istnieje. Jak coś się dzieje to już reaguję zanim w ogóle pomyślę. I potem żałuję albo się dziwię skąd to wyszło. Pytanie tylko jak tę przerwę zbudować przez rytuał, bo jak to brzmi to jakby trzeba było ją jakoś "wstawić" w codzienny schemat, a ja nie wiem jak.
Wanessa, ta przerwa którą opisujesz ma swoją nazwę w różnych tradycjach i zawsze chodzi o to samo - o wytworzenie czegoś w rodzaju wewnętrznego świadka. Nie obserwatora który ocenia, tylko takiego który po prostu widzi. W praktyce rytualnej stosuje się do tego różne wejścia. jedno z klasycznych to jakiś fizyczny gest jako kotwica - dosłownie coś ruchowego co oznacza "teraz zaczynam patrzeć". Może być dotknięcie konkretnego miejsca na ciele, może być oddech z intencją. Ważne że jest konsekwentne i że samo w sobie zaczyna trenować tę paózę. Ale mam pytanie do ciebie - czy ta natychmiastowa reakcja to jest raczej wybuchy, czy raczej zamrożenie i wycofanie?
