Szczerze? Kiedy pisałam ten temat, myślałam o tym, czy codzienne rzeczy - kawa, karty rano, chwila ciszy - mają jakieś znaczenie same w sobie. Czy to jest wystarczające, żeby czuć się w kontakcie z czymś. Nie miałam konkretnego zewnętrznego celu. Bardziej pytałam o jakość tego, co robię na co dzień.
Trochę się gubię w tym wszystkim, ale powiem jak ja to czuję - moja poranna herbata z kartami to na pewno nie jest nawyk, bo jak go pominę, to nie jest tylko "brakuje mi kawy". Jest jakieś uczucie, że coś ominęłam, że dzień jakoś nie jest kompletny. Nie wiem czy to jest rytuał w sensie, który tutaj rozumiecie, ale coś jest.
A co jeśli to jest kwestia tego, jak sama to nazywasz? Że jak coś w głowie masz jako "rytuał", to brak boli inaczej, niż jak masz coś jako "nawyk"? Nie mówię, że tak jest, ale zastanawiam się, czy w ogóle da się oddzielić poczucie braku od etykietki, którą przyklejasz do tej czynności.
Ale jak to przełożyć na zwykłe codzienne rzeczy? Bo ja nie robię galdr ani nie mam żadnej ceremonialne praktyki. Mam kawę i dziennik rano. I zastanawiam się, czy to w ogóle może mieć ten "próg", o którym mówisz, czy to jest za proste.
No dobra, ale to znowu jest ta sama pętla - albo sprowadzamy to do biologii i psychologii, albo mówimy o progu, który ktoś "przekracza w głowie". Gdzie tu jest jakikolwiek zewnętrzny wymiar? Bo ta rozmowa od początku oscyluje między "rytuał działa na ciebie" i "rytuał działa przez ciebie na coś". I nikt nie powiedział wprost, co konkretnie ma na myśli.
Właśnie dlatego nie pisałam w tytule o "skuteczności". Pytanie było o to, czy codzienne praktyki wystarczają jako rytuał w ogóle, nie do konkretnego celu. I mam wrażenie, że im dłużej rozmawiamy, tym bardziej wychodzi, że to zależy od tego, co rozumiemy przez słowo "wystarczyć".
A może to jest pytanie, którego nie da się rozstrzygnąć bez ustalenia, co rytuał ma "być"? Mam takie wrażenie od początku tej dyskusji, że rozmawiamy o kilku rzeczach jednocześnie i nie zawsze wiemy, czy mówimy o tym samym.
Tylko to nie jest trochę zbyt wygodne wyjście? "Zdecyduj sam, czym to jest dla ciebie" to brzmi jak zamknięcie tematu przez jego unikanie. Rozumiem, że każdy ma inne doświadczenie, ale czy nie ma jakichś cech, które muszą być spełnione, żeby coś nazwać rytuałem, a nie po prostu przyzwyczajeniem?
Słuchajcie, a ja mam pytanie trochę z boku tej dyskusji. Bo przez całą tę rozmowę mówicie o rytuałach jak o czymś, co jest albo nie jest - jakby był jakiś próg, który się przekracza. Ale czy ktoś z was miał tak, że coś zaczęło się jako zwykła rutyna i w pewnym momencie zorientował się, że już to traktuje inaczej? Bo u mnie tak było z tym dziennikiem i nie wiem, kiedy to się zmieniło.
