Mam taki problem i nie wiem do końca jak go ugryźć. Zaczęłam jakiś czas temu robić proste rytuały oczyszczające, nic spektakularnego, spalanie ziół, zapalanie świec, trochę medytacji z intencją. Matka weszła do pokoju, zobaczyła dymiące szałwię i dosłownie zamknęła drzwi i powiedziała, że nie będzie tego tolerować pod swoim dachem. Ojciec powiedział, że to czary i że zapraszam złe duchy. Próbowałam tłumaczyć, że to tradycja, że różne kultury to praktykują, ale dla nich to jedno słowo: czary. Nie wiem jak z nimi rozmawiać żeby nie robić z tego dramatu rodzinnego, ale też nie chcę rezygnować z czegoś, co mi po prostu pomaga wewnętrznie poukładać myśli. Czy ktoś w ogóle był w takiej sytuacji?
Sytuacja znajoma choć moje doświadczenia są trochę inne. Jedno pytanie zanim cokolwiek napiszę więcej: czy oni w ogóle pytali co robisz i dlaczego, czy od razu był wyrok? Bo to zmienia całkowicie sposób podejścia do rozmowy.
To co opisujesz to niemal klasyczna reakcja na coś co nie mieści się w ramce kulturowej rodziny. Badania nad tym jak ludzie reagują na nieznane praktyki religijne i duchowe wskazują, że pierwszy odruch to kategoryzacja przez to co znane a szałwia i świece wchodzą wprost do szufladki z napisem "okultyzm" albo "czary". Nie dlatego że rodzice są głupi, tylko dlatego że mózg tak działa. Inna kwestia czy ta szufladka kiedykolwiek zostanie otwarta na inną interpretację.
Mam pytanie do autorki, trochę z boku, ale ważne. Czy mieszkasz razem z rodzicami, czy to był przypadkowy wypad do ciebie? Bo to robi kolosalną różnicę czy masz tu pole do negocjacji, czy to jest ich przestrzeń i ich zasady.
Żyję z tym od lat, nie w identycznej sytuacji, ale bliskiej. Jestem zainteresowany różnymi tradycjami religijnymi i duchowymi, i w mojej rodzinie to też długo było tematem napięcia. To co mi najbardziej pomogło to nie tłumaczenie rytuałów przez pryzmat ezoteryki, tylko przez pryzmat tego co ogólnie wiadomo o tradycjach. Jeśli powiesz rodzicom że palisz szałwwię bo to indiańska tradycja smudgingu stosowana do oczyszczania przestrzeni, to brzmi inaczej niż "robię rytuał" 😉 Słowo rytuał samo w sobie u niektórych rodziców odpala alarm.
A ja bym zapytał zupełnie inaczej: co właściwie chcesz osiągnąć? Chcesz żeby rodzice zaakceptowali, zrozumieli, zostawili cię w spokoju, czy po prostu przetali reagować gwałtownie? bo to są cztery różne cele i każdy wymaga innego podejścia. Akceptacja jest najtrudniejsza i szczerze mówiąc, w niektórych rodzinach nieosiągalna.
Słuchajcie, jest tu jeden wątek który mi umknął w tej rozmowie. Czy rodzice formułują sprzeciw jako troskę o ciebie, czy jako naruszenie ich własnych wartości? Bo jeśli mówią "boimy się o ciebie", to jest inne wejście do rozmowy niż "nam to przeszkadza moralnie" 😉 Pytam bo widziałam obie wersje i każda wymaga kompletnie innej odpowiedzi.
Dodam coś z wlasnego podwórka. Byłam przez długi czas w podobnej sytuacji i w końcu przestałam tłumaczyć co robię, a zaczęłam rozmawiać o tym jak się czuję kiedy ktoś wchodzi do mojego pokoju i wydaje wyroki bez pytania. To przesunęło rozmowę z tematu "czy to czary" na temat "czy zasługuję na szacunek w tym domu". I nagle rodzice przestali walczyć z moją praktyką, bo temat już nie był o praktyce.
Czytam to wszystko i mam jedno pytanie do autorki, które mnie nurtuje. Mówiłaś że rytuały pomagają ci poukładać myśli. Czy kiedyś próbowałaś powiedzieć rodzicom właśnie to, bez słowa rytuał, po prostu że potrzebujesz tego dla siebie mentalnie? Nie wiem czy to zmienia, bo mam podobną sytuację z medytacją i u mnie słowo medytacja też wywoływało reakcję zanim zaczęłam mówić że po prostu siedzę w ciszy żeby odpocząć.
Własnie to próbowałam zrobić, Otylijko. Powiedziałam że to mi pomaga się wyciszyć, że po tym mam jakiś spokój w głowie. Matka stwierdziła że jak mi potrzebne wyciszenie to mam iść na spacer albo do kościoła. Dosłownie. Jakby te dwie opcje były jedyną odpowiedzią na wszystko.
Ten kościół jako alternatywa jest bardzo wymowny. Bo to pokazuje że dla rodziców istnieje tylko jedna uprawniona forma pracy z tym co wewnętrzne, i wszystko poza tym jest podejrzane z definicji. To nie jest rozmowa o rytuałach, to jest rozmowa o tym co uważają za dopusczalne w ogóle. Stąd trudność.
To co opisujesz z tą pauzą, a właściwie jej brakiem, to jest coś co znam aż za dobrze. Kiedy ktoś już ma wyrobione zdanie to całą rozmowę traktuje jako konieczność do odsiedzenia, a nie jako coś co mogłoby go czegoś nauczyć. pytanie do ciebie jest takie: czy twoja matka w ogóle kiedykolwiek zmieniła zdanie na jakikolwiek temat pod wpływem rozmowy z tobą? Bo to daje jakiś obraz tego co jest możliwe.
To co opisujesz to jest klasyczny podział na tematy negocjowalne i nienegocjowalne w rodzinie. I większość rodziców ma tę samą strukturę: w sprawach praktycznych jest elastyczność, w sprawach które dotykają tożsamości i wiary jest mur. Problem polega na tym, że ty traktujesz rytuały jako coś praktycznego i osobistego, a oni jako deklarację ideową, niemal jako apostazję.
Tu pojawia się pytanie czy w ogóle celem jest zmiana ich przekonań, bo jeśli tak to raczej nie ma na to szans w krótkim czasie. Ale jeśli celem jest tylko spokój i brak awantury, to może warto pomyśleć o tym co jest widoczne, a co nie. Nie mówię żeby chować się ze wszystkim, ale rytuały mające formę bardziej codzienną, bez dymu i świec, są po prostu niewidoczne. Co ty robisz, Pytonisso, że to w ogóle jest widoczne?
I tu wracamy do tego co mówiłam wcześniej, że mieszkanie u rodziców zmienia reguły gry. Nie oceniam tego bo mam podobnie za sobą, ale to oznacza że pewne rzeczy po prostu będą musiały być bardziej prywatne. Nie jako kapitulacja, tylko jako realizm. Szalwia na przykład da się zastąpić innymi metodami oczyszczania przestrzeni, które nie zostawiają śladu zapachowego. Pisałam o tym gdzieś w innym wątku.
To jest ważna informacja. Bo jeśli doszło do przeszukania pokoju, to mamy inny temat niż tylko reakcja na zapach dymu. hmm to jest wejście w czyjąś przestrzeń bez zgody i to powinno być nazwane wprost, niezależnie od całej reszty. Czy ktokolwiek w tej rozmowie powiedział że to przekracza granicę prywatności?
Ale czy da się te dwie rozmowy naprawdę rozdzielić? Bo w głowie rodziców one są jedną całością. Jak powiesz "nie grzebcie w moich rzeczach" to oni usłyszą "pozwól mi robić te czary w spokoju". Nie wiem czy jest sposób żeby oddzielić kwestię prywatności od treści która tę prywatność wywołała.
Dodam jeszcze jedno, bo mi się kręci w głowie od kilku postów. W tej rozmowie rozmawiamy dużo o strategii, o tym jak mówić, kiedy, co ukrywać, co pokazywać. Ale chcę zapytać bezpośrednio: jak ty się z tym czujesz? Nie strategicznie, tylko po ludzku. Bo jest różnica między kimś kto szuka kompromisu bo chce spokoju, a kimś kto jest naprawdę zmęczona tym że musi tłumaczyć swoe życie.
Serenity pytasz jak ja się z tym czuję. Szczerze? Zmęczona. Nie wściekła już, tylko zmęczona. Bo przez całą tę rozmowę mam wrażenie że rozgryzamy sytuację na wszystkie strony i chyba macie rację w wielu miejscach, i Zaklinacz z tym przeszukaniem, i Gebda z tym że można to nazwać inaczej, i ty z tą strategią. Ale jednocześnie mam w głowie to że za kilka godzin wrócę do domu i nic z tego nie będzie miało znaczenia bo matka będzie siedziała w kuchni i będzie miała tę minę. I żadna strategia mediacyjna mi wtedy nie pomoże.
To co opisujesz, to jest taki moment kiedy teoria zderza się z praktyką i człowiek czuje się bezradny mimo że rozumie sytuację analitycznie. Ale chcę się cofnąć do jednej rzeczy. Mówiłaś że nie przypominasz sobie żeby matka kiedykolwiek powiedziała "masz rację" w sprawach wartości. Czy była kiedyś sytuacja kiedy wasze relacje się poprawiły po jakimś konflikcie, niekoniecznie że ona przyznała rację, ale że coś się po prostu uspokoiło? Bo to by dużo mówiło o tym jak ona przetwarza napięcie.
Ale to cichnienie bez żadnego wyjaśnienia to chyba nie jest rozwiązanie :/ Bo za rok znowu wybuchnie, tylko przy innj okazji. Mam wrażenie że ta rozmowa cały czas krąży wokół tego jak przetrwać teraz, a nie jak ułożyć to na dłużej.
To co opisujesz z tą kawą to jest coś co antropolodzy nazywają czasem "implicit truce", czyli rozejmem który nigdy nie został nazwany. oj tam, to działa w wielu rodzinach, szczególnie tam gdzie ludzie nie mają nawyku nazywania emocji wprost. Problem polega na tym że żeby taki rozejm zadziałał, obie strony muszą po prostu przestać pchać. Czy ty jesteś teraz w stanie po prostu przestać? nie kapitulować, tylko nie podpalać na nowo?
Dokładnie. Jeśli ktoś uważa że działa w imię czegoś ważnego, na przykład w imię ochrony dziecka przed złem, to może być gotowy ciągnąć ten konflikt bardzo długo. no dobra, zmęczenie nie jest równomierne. i to jest asymetria która komplikuje całą tę kalkulację.
Chcę doprecyzować jedną rzecz bo widzę że rozmowa się trochę rozmywa. zaklinacz mówi o "słyszeniu jej strachu" i to jest dobra intuicja ale to wymaga od Pytonissy czegoś konkretnego w środku rozmowy. trzeba być w stanie wejść w tę rozmowę bez własnego strachu i bez własnej potrzeby obronienia się. i to jest bardzo trudne, szczególnie kiedy czuje się że jest się atakowaną we własnym domu. Czy ktoś tu rzeczywiście próbował czegoś takiego w podobnej sytuacji z rodzicami, nie w teorii, tylko w praktyce?
Ja próbowałam raz czegoś podobnego, nie w kwestii rytuałów bo u mnie to był inny temat, ale chodziło o przekonania religijne teścia. Weszłam w rozmowę z założeniem że jego strach mnie nie dotyczy i mogę go po prostu wysłuchać. Wyszło mi to przez może pięć minut, a potem jedno zdanie i się posypałam. Więc to się łatwo mówi, trudniej wykonuje.
Mam jedno pytanie do Pytonissy bo się nad tym zastanawiam od kilku postów. Czy ty w ogóle chcesz żeby mama rozumiała co robisz, czy chcesz po prostu żeby dała ci spokój? Bo to są dwa zupełnie róóżne cele i chyba wymagają innych podejść.
