Nie wiem czy dobrze trafiłam z kategorią, ale nijak nie pasowało mi to do medytacji ani do wierzeń, więc wrzucam tutaj. Mam od jakiegoś czasu bardzo konkretny problem - lęk przed nicością. Nie przed śmiercią jako taką, nie przed umieraniem, tylko właśnie przed tym, że po śmierci może nie być... nic. Żadnej świadomości, żadnego "gdzieś", zero. I ten lęk potrafi mnie dopaść w środku nocy, kompletnie bez powodu, i dosłownie paraliżuje. Czytałam o tym trochę, to się nazywa "horror vacui" albo "existential dread", różnie. Ale mnie nie interesuje etykietka, tylko czy ktoś próbował z tym pracować przez jakiś rytuał. Nie modlitwę, nie afirmacje, tylko coś bardziej uziemionego, z konkretną formą. Czy takie coś w ogóle istnieje?
To jest jedno z trudniejszych pytań, bo dotyka czegoś, z czym systemy rytualne radziły sobie bardzo różnie. Japończycy mają praktykę "memento mori" w formie zen - kontemplację impermanencji, ale to nie jest rytuał w sensie działania, tylko raczej regularne oswajanie z kolei w tradycji tybetańskiej masz bardo thödol, czyli coś, co dosłownie jest instrukcją jak przejść przez stan pomiędzy - i tam nicość jest opisywana jako jeden z możliwych "widoków", z którymi praktykujący ma się nauczyć siedzieć bez paniki. pytanie, czy tobie chodzi o przepracowanie lęku czy o zbudowanie jakiegoś codziennego rytuału, który trzyma ten lęk na dystans?
Zatrzymałam się na tym, co napisałaś o nocnym paraliżu. Ja to znam z własnego doświadczenia i przez długi czas myślałam, że to coś złego ze mną że inni jakoś sobie z tym po prostu... nie mają problemu? Dopiero kiedy trafiłam na Yaloma i jego pisma o śmiertelności zorientowałam się, że to jest bardzo stary temat filozoficzny, tylko zazwyczaj ludzie go wypierają na tyle skutecznie, że nie czują go tak ostro. Ciekawe, że pytasz o rytuał, a nie o terapię czy filozofię. Co cię do tego kieruje?
W tradycji nordyckiej jest coś, co mnie tu przychodzi do głowy. Hel - i mówię o bogini, nie o miejscu - nie była postrzegana jako coś czego się bać, tylko jako naturalny porządek. Były rytuały poświęcone jej jako strażniczce, które polegały między innymi na symbolicznym "wejściu" w stan graniczny i powrocie. Nie mam na myśli nic dramatycznego, tylko konkretne działania z ciemnością, ciszą i intencją zejścia na dół i wyjścia. Część runicznych praktyk przejściowych działa na tej samej zasadzie. Ale żeby to miało sens, to musi być powtarzalne, nie jednorazowe.
Czytam i zastanawiam się, bo ja sam mam coś podobnego, ale u mnie to przychodzi nie w nocy, tylko podczas ciszy. Jakby cisza sama w sobie uruchamiała ten lęk. Próbowałem z tarotem ale karty nie za bardzo tu pomagają bo to inny rodzaj pytania. Czy te rytuały, o których piszecie, wymagają jakiegoś przygotowania albo konkretnej tradycji, żeby miały sens?
Czytam tę rozmowę i mam jedno pytanie do aótorki tematu: czy ten lęk ma jakiś konkretny "smak"? Tzn. czy to jest lęk przed nieistnieniem jako takim, czy bardziej przed zapomnieniem, przed tym że nikt nie będzie pamiętał, że byłaś? Bo to są dwa różne rzeczy i inaczej na nie pracuję.
Dobrze to opisujesz. To się po angielsku nazywa "fear of non-existence" i filozofowie rozróżniają je od tanatofobii właśnie dlatego, że dotyczy nie procesu umierania ani tego co po, tylko samego braku perspektywy pierwszej osoby. Epikur próbował to rozbroić logicznie - "kiedy ty jesteś, śmierci nie ma; kiedy śmierć jest, ciebie nie ma" - ale to niestety nie działa na poziomie emocjonalnym, tylko intelektualnym. I tu właśnie widzę sens rytuału - on nie musi być logiczny, musi działać na innym poziomie.
Ja mam trochę inne doświadczenie z tym i nie do końca zgadzam się z neurobiologicznym wyjaśnieniem, bo u mnie to nie zadziałało w tej kolejności. Robiłam regularną praktykę oddechową przez kilka miesięcy i lęk nie malał, dopóki nie dołożyłam do tego czegoś symbolicznego - konkretnie kamieniowania miejsca, w którym siedzę. Jakby samo powtarzanie bez znaczenia nic nie dawało. Dopiero połączenie tych dwóch rzeczy coś zmieniło.
To co opisuje Dianka ma związek z czymś, o czym się rzadko mówi wprost - rytuał potrzebuje progu. Fizycznego, symbolicznego, cokolwiek - ale czegoś, co oddziela "przed" od "w trakcie" 😉 W pracy z czakrami też to widzę: samo skupienie na czakrach bez żadnej formy wejścia i wyjścia bywa bezużyteczne. Pytanie do autorki tematu: czy próbowałaś kiedyś czegokolwiek, co choć częściowo działało? Nawet chwilowo?
To co opisujesz z tym progiem drzwi - mam dokładnie to sao i nawet nie wiedziałem że komuś jeszcze to pomaga. U mnie w pracy z runami jest jedna praktyka, którą robię wieczorami, właśnie z myślą o zamknięciu dnia i czegoś w rodzaju oswajania ciemności. Rysa Hagalaz - runy nieporządku i przejścia - i siedzę z nią przez chwilę świadomie. Nie chodzi o przepowiadanie czegokolwiek, tylko o to, żeby poczuć że "to co nieprzewidywalne" nie musi być automatycznie zagrożeniem. Nie wiem, czy to coś dla ciebie ale ta konkretna runa ma w sobie tę dwoistość, że jest i destrukcją i ziarnem.
Rysę Hagalaz i Isa razem, bo Hagalaz to chaos i rozpad, a Isa to zatrzymanie, wstrzymanie oddechu. rysuję je powoli, na drewnianej desce nim zacznę wyciszanie. to nie jest coś co działa od razu, ale po czasie zacząłem kojarzyć ten gest z wejściem w stan, gdzie lęk jest... obecny, ale nie rządzi. nie wiem czy Klimcia miałaby do tego podejście, bo to wymaga czasu.
To z tą deską mnie zatrzymało, bo mam coś podobnego - mam kubek, z którego piję tylko przy pewnych wieczorach i rzeczywiście to działa jak jakiś sygnał dla całego mnie, że "teraz jest inaczej". Ale to bardzo nieświadome, nigdy nie pomyślałam o tym jako o rytuale. Może powinnam to bardziej ustrukturyzować?
Klimcia, ja bym nie strukturyzowała za szybko. U mnie to co działało naturalnie, przestało działać kiedy zaczęłam to traktować zbyt formalnie. Jakby zbyt duża świadomość tego co robię zabiła coś w samym akcie. Nie wiem jak to nazwać - może za dużo głowy za mało ciała?
Wrcam do tego co Damianek pisał o khalwa i ciszy, bo to mnie nie puściło przez całą resztę rozmowy. Khalwa w sufizmie to jest naprawdę konkretna praktyka - czterdzieści dni odosobnienia ale w najbardziej okrojonej wersji to może być kilka godzin celowo spędzonej ciszy z intencją. Próbowałem coś zbliżonego samodzielnie i cisza przestała być wyzwalaczem lęku, zaczęła być... neótralna. Ale to trwało.
Ta rozmowa o ciszy i porze dnia przypomina mi praktyki o których czytałam przy rytuale "utiseta" - w tradycji nordyckiej siadanie na grobach lub na ziemi po zmroku właśnie po to, żeby być z tym co nieznane. Pora była kluczowa, bo noc miała inną jakość niż dzień. Nie mówię żeby to dosłownie robić, ale zasada jest ciekawa - pewne stany są dostępne tylko w pewnych warunkach i może szukanie tych warunków jest częścią rytuału.
A można zapytać - jak długgo trwa takie siedzenie w utiseta? Bo mam wrażenie, że moje własne próby konfrontacji z tym lękiem kończą się za szybko, bo uciekam. Nie wiem czy chodzi o dyscyplinę czy o coś innego.
nie ma stałego czasu, źródła mówią różnie. no, ale ważniejsze jest chyba to co napisałaś - "uciekam" 🙂 Czy uciekasz fizycznie, czy to jest myśl która cię wyrywa? bo to jest bardzo różne i wymaga innych podejść.
To co opisujesz - ciało zostaje, umysł ucieka w planowanie - to jest klasyczna dysocjacja jako mechanizm obronny. Nie w patologicznym sensie, tylko to co robi mózg kiedy coś jest nieznośnie abstrakcyjne. Niektóre tradycje pracy rytualnej mają na to bardzo konkretną odpowiedź: drobny ból. Szczypanie skóry, zimna woda, kamień w dłoni który ściskasz. Nie po to żeby cierpieć, tylko żeby wróci połączenie ciało-tu-teraz.
To co Damianek napisał o dysocjacji i zakotwiczaniu w ciele przez kamień - właśnie łączę to z tym turmalinem, o którym wspomniałem. Ale teraz mam pytanie: czy to zakotwiczenie w ciele faktycznie pomaga nie uciekać w planowaie, czy tylko przekierowuje uwagę na chwilę? Bo mam wrażenie, że u mnie kamień zatrzymuje ten ucieczkowy impuls na może minutę, a potem i tak umysł szuka wyjścia.
Wtrącę się w ten wątek z kamerą na chwilę, bo to co Anastazy opisuje - ta minuta przerwy - przypomina mi coś z praktyki vipassany. Tam mówi się o "noting", czyli nazywaniu tego co się pojawia, bez angażowania się. Kiedy umysł zaczyna planować kolację, zamiast walczyć z tym albo udawać że tego nie ma, po prostu "notujesz" sobie mentalnie: "planowanie, planowanie". I wracasz. Nie wiem czy to kogokolwiek tu interesuje, bo to nie jest rytuał w klasycznym sensie, ale jeśli chodzi o lęku przed nicością to jest jedna z niewielu rzeczy które naprawdę uczą siedzieć z pustką bez dramatyzowania jej.
To noting brzmi prosto, ale wyobrażam sobie że w praktyce jest zupełnie inaczej. Czy nie prowadzi do sytuacji, że zamiast doświadczać nicości - obserwujesz siebie doświadczającego nicości, i w ten sposób cały czas jesteś jeden krok z tyłu? Pytam szczerze, bo mam wrażenie że moja ucieczka w planowanie to też jest jakiś rodzaj obserwowania siebie z dystansu, żeby nie być naprawdę w tym co jest.
Klimcia, to jest bardzo trafne pytanie i uczciwie - tak, to jest realne ryzyko. Noting może się stać kolejną warstwą ucieczki jeśli używasz go za ostro. Ale w teorii vipassany ta obserwacja ma być jak najcieńsza, prawie niezauważalna - nie "ja obserwuję planowanie" tylko "planowanie" bez podmiotu. Czy to w praktyce wychodzi, to już inna sprawa 🙁 Mnie zajęło dużo czaus żeby to poczuć jako różnicę.
ta warstwa obserwatora to jest coś z czym sama długo się borykałam. U mnie pomogło jedno ćwiczenie które dostałam od kogoś kto pracował z tradycją zen - zamiast notować co robi umysł, miałam skupić się na doznaniu fizycznym które jest naprawdę nieprzyjemne, ale znośne. Coś jak zimna podłoga pod stopami albo ciężar własnego ciała. Nie jako symbol, tylko jako fakt. To paradoksalnie wyciągało mnie z pozycji obserwatora szybciej niż jakiekolwiek mentalne techniki.
Czytam tę rozmowę o cieniu obserwatora i myślę o tym inaczej - może problem nie jest w technice, tylko w tym że wchodzimy w takie stany z jakimś celem? Kiedy robiłem te sesje ciszy o których pisałem wcześniej, to kiedy miałem cel - "chcę się oswoić z pustką" - to nic. Kiedy nie miałem celu i siadałem bez intencji, to o dziwo było inaczej. Nie wiem czy to obserwacja użyteczna, ale mnie zaskoczyła.
Ten wątek z celem i bezcelowością jest dla mnie bardzo konkretny, bo kiedy usiadłem kiedyś do pracy z runą Hagalaz bez żadnego pytania - po prostu medytacja na kształt - to był jeden z mocniejszych wieczorów 😉 Jak tylko postawiłem pytanie przed sesją, to sesja szła na odpowiedź i wszystko było bardziej płytkie. Nie wiem czy to samo, o czym mówi Remigiusz, ale brzmi podobnie.
To jest uczciwa odpowiedź. Mam podobne doświadczenia z przedmiotami - często to co trafia do ręki bez planowania ma więcej do zaoferowania niż to co wybieram z konkretną intencją. Może właśnie dlatego że nie taszcze ze sobą żadnego oczekiwania co powinno się wydarzyć.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i naprawdę dużo z tego biorę dziękuję wszystkim. Mam pytanie może trochę z innej strony - czy ktoś próbował pracować z lękiem przed nicością przez rytm? Mam na myśli bębnienie, ale takie regularne, długie. czytałem o praktykach szamańskich gdzie monotonny rytm jest właśnie po to żeby "wyjść" poza normalny stan. Zastanawiam się czy to nie byłoby trudniejsze do ucieczki niż cisza, bo cisza jest abstrakcyjna, a rytm jest czymś konkretnym do trzymania się.
