Zastanawiam się nad czymś, o czym rzadko się tu mówi - rytuały miłosne kojarzone są głównie z przyciąganiem kogoś nowego, ale co z parami, które są już razem od lat? Mam na myśli takie sytuacje, gdzie związek jest, uczucie gdzieś jest, ale coś jakby przygasło. Czy robienie rytuałów wewnątrz istniejącego związku to w ogóle sens? Czy to działa inaczej niż np. przyciąganie? Pytam, bo sama od jakiegoś czasu jestem w takiej relacji i zastanawiam się, czy jest jakaś różnica między odnowieniem uczucia a... powiedzmy... zmuszaniem czegoś do życia na siłę.
To ciekawe pytanie, bo ja zawsze myślałam, że rytuały robione w parze - czyli oboje razem, świadomie - to zupełnie inna kategoria niż te robione za plecami partnera. To pierwsze wygląda bardziej jak wspólna intencja, nie jak magia 'na kogoś'. Tylko nie wiem, czy pary w ogóle tak robią, bo jakoś mało o tym słyszałam.
To rozróżnienie, które zrobiłaś, Agnisio, jest moim zdaniem kluczowe. W tradycjach słowiańskich rytuały wzmacniające więź między parą były bardzo konkretną kategorią - zupełnie oddzielną od zauroczeń czy działań skierowanych na kogoś bez jego wiedzy. Były to często rytuały wykonywane wspólnie, czasem przy ognisku, przy wodzie. Czerwona nić wiązana we dwoje, wspólne picie z jednego naczynia, symboliczne przeplatanie włosów - to nie były rytuały 'na kogoś', tylko 'razem z kimś'. Intencja i zgoda obu stron zmieniały naturę całego działania. Chociaż szczerze? Nie wiem, czy współczesne pary w ogóle są gotowe na taką rozmowę z partnerem - 'słuchaj, zróbmy razem rytuał' brzmi dla większości dosyć abstrakcyjnie.
Właśnie to 'brzmi abstrakcyjnie' jest chyba największą barierą. Moja znajoma próbowała zaproponować mężowi coś w stylu wspólnej medytacji z intencją i on spojrzał na nią jak na kosmitę. A z drugiej strony - jak ktoś robi coś za plecami partnera, nawet w dobrej wierze, to już wchodzi w etycznie niekomfortowy teren. Bo niby chcesz dobrze, ale decydujesz za kogoś bez jego wiedzy. Nie wiem, gdzie jest granica.
Mam zapisane kilka takich przypadków z różnych źródeł i to jest naprawdę różnie opisywane. Jedni mówią, że intencja jednej strony wystarczy, żeby rytuał 'zadziałał', inni że bez świadomej zgody obojga to tak jakbyś szła sama. Ciekawe jest to, że w tradycjach wschodnich - np. w tybetańskim buddyzmie - jest pojęcie 'pola intencji', gdzie jedna osoba może działać na rzecz drugiej bez jej fizycznego uczestnictwa. Ale to jest inna kategoria niż rytuały miłosne per se. Chyba że ktoś to jakoś łączy, ale to już zależy od podejścia.
Ja bym tu dopytała o jedną rzecz - bo rozmawiamy o tym, czy rytuał działa, ale nikt jeszcze nie powiedział wprost, jaki jest CEL takiego rytuału dla par. Bo 'odnowienie uczucia' to bardzo szeroki termin. Czy chodzi o wzmocnienie więzi emocjonalnej? Pożądanie? Lojalność? Otwartość? Bo to są różne rzeczy i być może każda wymaga innego podejścia.
Moim zdanem sprawa jest prosta - jesli oboje chcą odbudować coś co było, to działanie razem ma sens. Ale jak jedna osoba 'poprawia' drugą bez wiedzy, to to jest manipulacja, magiczna czy nie. Znam takie przypadki z pierwszej ręki i rzadko kończy się to dobrze, nawet jak intencja była dobra. Energia sie nie okłamuje, w końcu wychodzi co siedziało pod spodem.
Przepraszam że się wtrącę, bo ja na magii za dużo się nie znam, ale czytam ten temat i mam wrażenie, że to trochę jak z horoskopami - każdy interpretuje to pod siebie. Zastanawiam się tylko czy ktoś tu kiedyś faktycznie zrobił taki rytuał dla istniejącego związku i co z tego wyszło? Takie konkretne doświadczenie, nie teoria.
Ja słyszałam, że przy rytuałach dla par ważne jest żeby nie działać z miejsca lęku albo braku, bo to wtedy przyciąga właśnie to - brak. Nie wiem czy to ma jakieś głębsze uzasadnienie, ale wydaje mi się logiczne. Jak ktoś robi rytuał bo boi się stracić partnera, to ta intencja jest zupełnie inna niż u kogoś, kto chce po prostu pogłębić coś co już jest dobre.
A wracając do pytania z początku wątku - czy ktoś tu widzi faktyczną różnicę między 'odnowieniem' a 'zmuszaniem do życia'? Bo im dłużej czytam, tym bardziej mam wrażenie, że to zależy od tego, co siedzi w głowie osoby, która robi rytuał. Nie od techniki, nie od użytych przedmiotów, tylko od tego, z czego się wychodzi. Czy to jest uproszczenie, czy ktoś myśli tak samo?
No i właśnie to pytanie, które sam zadałem, siedzi mi w głowie po przeczytaniu całej tej rozmowy. Bo mam wrażenie, że każdy tu mówi o czymś trochę innym, kiedy mówi 'odnowienie'. Dla jednych to jest dosłownie - chcę żeby wróciło to, co było. Dla innych to bardziej - chcę żebyśmy jako para znowu szli w tym samym kierunku. I to są dwa zupełnie różne założenia, bo pierwsze jest cokolwiek nostalgiczne, a drugie jest... bardziej o tym, żeby coś zbudować na nowo, nie przywrócić.
Dobra, to ja zadam głupie pytanie, bo jestem tu trochę z boku - jak wy w ogóle rozróżniacie, że coś 'zadziałało' przez rytuał, a nie zadziałało samo przez się? Bo ta rozmowa się kręci wokół efektów, ale skąd wiadomo, że to nie byłoby tak samo bez żadnego rytuału?
Właśnie dlatego mam problem z oceną własnych notatek. Opisuję co robiłam i co się działo potem, ale związek przyczynowo-skutkowy to już moje interpretacje. Szczerze mówiąc jedyna rzecz, która mnie przekonuje, to że pewne zmiany zachodziły w bardzo specyficznym czasie i w specyficznym kontekście. Ale to nadal nie jest dowód.
To pytanie o dowód jest o tyle nieuchwytne, że w tradycjach, o których mówię, nie było czegoś takiego jak 'sprawdzam po tygodniu czy zadziałało'. Rytuał był częścią życia, nie interwencją z zewnątrz. Jeśli para zapalała ogień razem w określony dzień i wypowiadała intencję, to nie czekała potem z zegarkiem. To było raczej jak zasianie - nikt nie odkopuje ziarna żeby sprawdzić czy kiełkuje.
Ale jeśli to jest deklaracja, to po co w ogóle magia? Wystarczyłoby powiedzieć partnerowi wprost co się czuje. Mam wrażenie, że gdzieś po drodze gubimy to, co miałoby być specyficzne dla rytuału - czyli właśnie ten element, który wykracza poza samą rozmowę.
Mnie Mirta trochę zaskoczyła, bo właśnie tak to zawsze czułam, ale jakoś nigdy tego tak nie ujęłam. Rytuał jako sposób na wyrażenie czegoś, co słowami wychodzi sztucznie albo za małe. Może dlatego się ich używa nawet w świeckich kontekstach - ślub, pogrzeb, urodziny - tam też jest coś czego samo powiedzenie nie zastąpi.
Wchodzę do rozmowy, bo ten wątek o zgodzie mnie bardzo interesuje. Mam takie pytanie - czy jeśli ktoś robi rytuał na wzmocnienie swojej własnej zdolności do miłości, do bycia lepszym partnerem, to czy to wymaga zgody drugiej osoby? Bo to jest działanie na siebie, nie na partnera, ale efekt w relacji i tak będzie.
Wracam do tego, co napisała Kunisia - bo właśnie to jest coś, nad czym siedzę od jakiegoś czasu. To rozróżnienie między pracą na sobie a pracą na relacji. Dla mnie granica nie jest wcale taka oczywista. Jak na przykład medytujesz z intencją otwarcia serca, to teoretycznie działasz na siebie. Ale relacja się zmienia, bo ty się zmieniasz. Więc kiedy praca na sobie przestaje być 'tylko' o sobie?
To jest chyba jeden z tych przypadków, gdzie konkretna tradycja daje jakiś punkt odniesienia. W słowiańskich praktykach, o których czytałam, nie było czegoś takiego jak wyraźna granica między jednostką a relacją - człowiek był zawsze w kontekście, w sieci połączeń. Praca na sobie była pracą na sieci. Nie ma tam logiki indywidualnego 'ja' które działa w próżni.
Ale to trochę zmienia całą tę dyskusję o zgodzie, prawda? Bo jeśli myślimy w kategoriach zachodniej autonomii jednostki, to pytamy o zgodę, bo zakładamy że dwie osoby to dwa oddzielne byty. A jeśli jesteś częścią sieci - to pytanie o zgodę brzmi inaczej.
Bardzo mi się podoba ta rozmowa, naprawdę. Ale właśnie Tadek powiedział coś, co sprawia, że gubię się trochę - czy rytuały, które ludzie robią dziś dla par, korzystają z tej słowiańskiej siatki, czy już działają w jakimś innym systemie? Bo jeśli podnosisz tradycję, ale kontekst kulturowy jest zupełnie inny, to co właściwie robisz?
Słucham tej rozmowy o mieszaniu tradycji i zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle ma sens szukać 'czystego' rytuału dla pary. Może każdy w jakimś sensie go składa ze swoich kawałków. Moja sytuacja jest taka, że szukałam czegoś konkretnego - czegoś, co pomogłoby nam odbudować bliskość, która gdzieś po drodze zniknęła. I nie wiedziałam, od czego zacząć, bo każde źródło mówi coś innego.
Lila, to co opisujesz - ta bliskość, która znikła - to właśnie był mój punkt wyjścia. I chyba dlatego tak kręciłam się wokół czegoś prostego, bo nie miałam siły na skomplikowane systemy. Runy mi dały taki punkt skupienia, ale naprawdę myślę, że to nie runy robiły robotę, tylko to że w ogóle zaczęłam coś robić świadomie zamiast czekać aż samo się ułoży.
No i wracamy do mojego pytania sprzed kilku postów - jak odróżnić czy to rytuał, czy po prostu decyzja żeby się skupić. Jaskier właściwie przyznaje, że to mogło być to drugie. I nie mówię tego złośliwie, bo myślę że to jest uczciwa odpowiedź. Ale wtedy cały ten temat 'rytuały dla par' to właściwie temat 'jak zacząć robić coś celowo razem albo dla relacji'.
Może to jest głupie pytanie, ale czytam ten wątek i chce się zapytać - czy ktoś z was w ogóle robił taki rytuał razem z partnerem, oboje świadomie, nie żeby 'naprawić' coś, tylko po prostu jako coś wspólnego? Bo większość historii tu brzmi jak coś robionego 'za dwoje' albo w tajemnicy, a mnie zastanawia jak to wygląda gdy oboje są na tak.
No właśnie, i to pytanie mi zostało z poprzednich postów - bo Tadek mówi, że jak oboje świadomie, to cała dyskusja o granicach odpada. Ale mam wątpliwość: czy naprawdę odpada, czy tylko się przesuwa? Bo na przykład - co jeśli jedno z partnerów zgadza się na rytuał głównie dlatego, że nie chce zawieść drugiego? Też jest świadomość, też jest zgoda, ale już nie taka czysta.
Lila, ale czy to nie jest problem w sumie z każdą decyzją podejmowaną w parze, nie tylko przy rytuałach? Ja na przykład czasem zgadzam się na rzeczy, na które nie mam ochoty, bo zależy mi na osobie. I nie wiem, czy to jest zła zgoda, czy po prostu kompromis. Pytam szczerze, bo sama nie umiem tego rozgraniczyć.
