Zastanawiam się nad czymś, co chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Mam znajomą, która po zdradzie partnera rozważa jakiś rytuał na pogodzenie się - żeby to wszystko jakoś "naprawić" energetycznie, odbudować więź. I teraz pytanie: czy to w ogóle ma sens? Bo z jednej strony rozumiem, że magia może wspierać procesy, które już gdzieś tam się toczą. Ale z drugiej - jeśli zaufanie zostało złamane, to czy rytuał cokolwiek tu zmieni, czy tylko przykryje problem? Nie wiem, jak wy na to patrzycie, bo mnie ta kwestia naprawdę nie daje spokoju.
To jest jedno z tych pytań, gdzie sama magia schodzi na drugi plan, bo najpierw trzeba by ustalić, czego ta osoba właściwie chce. Czy chce żeby partner wrócił, czy żeby relacja była taka jak przed zdradą, czy może żeby po prostu przestało boleć? Bo to są trzy zupełnie różne intencje i każda z nich prowadzi do innego rodzaju pracy. Rytuał na pogodzenie się po zdradzie to nie jest jedno konkretne działanie - to zależy w stu procentach od tego, co siedzi u podstaw.
Zatrzymajmy się chwilę, bo ta rozmowa zmierza w kierunku "rytuał na pogodzenie się jest zły", a to nie jest takie jednoznaczne. Są tradycje, gdzie praca z parą po kryzysie jest czymś zupełnie normalnym - na przykład w praktykach hoodoo jest coś, co się nazywa reconciliation work, i to nie jest o "zmuszaniu" kogoś do powrotu, tylko o usunięciu energetycznych blokad między dwiema osobami, które oboje chcą spróbować. Klucz to właśnie to "oboje". Pytanie do Zorki: czy twoja znajoma wie, czy jej partner też chce próbować?
A co to jest to hoodoo? Słyszałem nazwę ale nie do końca wiem, czym się różni od zwykłej magii. Przepraszam że trochę z boku.
Słucham tej rozmowy i mam mieszane uczucia. Znam kilka osób, które po zdradzie robiły różne rzeczy - karty, rytuały, numerologia - i szczerze, w żadnym przypadku to nie "naprawiło" relacji, jeśli nie było równoległej realnej pracy między ludźmi. Ale z drugiej strony jedna z tych osób mówiła, że rytuał dał jej poczucie, że "robi coś", zamiast tylko czekać. I może to właśnie temu służyło - odzyskaniu poczucia sprawczości. Nie wiem, czy to dobry powód do rytuału, ale rozumiem tę logikę.
Wchodzę w to z innej strony. Mnie zawsze przy rekoncyliacji po zdradzie interesuje, co się dzieje z energią samego aktu zdrady - bo to nie jest neutralne zdarzenie. Zostaje po tym coś, co różne tradycje nazywają różnie: "breach in the container", "złamanie przysięgi", w Wicca mogłoby to wejść w kontekst karmy przysięgi. I jeśli rytuał na pogodzenie się nie uwzględnia pracy z tym śladem, to trochę jak malowanie ścian bez szpachlowania dziur.
Dodałbym do tego, że w tradycji ceremonialnej jest pojęcie "severance" przed każdą pracą naprawczą - najpierw przecinasz stare połączenia, potem budujesz nowe. Bez tego kroku łatwo o mieszanie energii z różnych etapów relacji, co może dać efekt odwrotny do zamierzonego. Znam przypadki, gdzie ktoś robił rytuał "na miłość" bez wcześniejszego oczyszczenia i efektem było nasilenie konfliktu, bo wyciągnęło to na powierzchnię rzeczy, które były zakopane.
Słuchajcie, a jak to technicznie wygląda, to "przecinanie starych połączeń"? Czy to znaczy że trzeba najpierw zrobić rytuał na rozstanie, a potem na pogodzenie? To nie brzmi intuicyjnie...
Mam jedno pytanie do tej dyskusji, bo coś mnie tu gryzie. Wszyscy mówimy o rytuałach z perspektywy osoby zdradzanej. Ale co z osobą, która zdradziła? Czy ten temat w ogóle uwzględnia jej pracę energetyczną, czy zakłada się, że wystarczy praca jednostronna?
Słucham tego i mam pytanie, które mi siedzi od jakiegoś czasu w tej dyskusji - czy ktokolwiek z was widział albo słyszał o przypadku, gdzie praca jednostronna po zdradzie rzeczywiście coś zmieniła? Nie "zmieniła nastawienie osoby robiącej rytuał", tylko dosłownie wpłynęła na drugą stronę?
Czyli trochę jak z terapią, tylko w innej formie?
Słucham tego wszystkiego i w sumie zaczynam rozumieć, dlaczego moja znajoma jest w takim miejscu. Ona chce mieć poczucie, że coś robi, że ma jakiś wpływ. Bo czekanie i niepewność są nie do zniesienia. Ale z tego co piszecie, to chyba ważniejsze byłoby żeby ona najpierw wiedziała, czego w ogóle chce dla siebie - nie tylko "żeby on wrócił".
A czy te dwie intencje mogą ze sobą kolidować w trakcie rytuału? Pytam, bo wyobrażam sobie sytuację, że ktoś siada z jedną intencją, a w połowie pracy zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę chce czegoś innego. Co wtedy?
Wchodzę tu na chwilę, bo mam jedno przemyślenie do całości. Rozmawiamy o tym, czy rytuał po zdradzie ma sens, ale cały czas zakładamy, że ta praca ma "załatwić" sprawę. Tymczasem są tradycje - choćby w praktykach afrobrazylijskich - gdzie praca po takim zerwaniu kontraktu emocjonalnego służy głównie temu, żeby osoba wychodziła z tego bez energetycznego ciężaru, niezależnie od tego, co się wydarzy w relacji. Nie chodzi o przyciągnięcie ani nawet o naprawę. Chodzi o odzyskanie własnego gruntu.
To co powiedziałaś o tradycjach afrobrazylijanskich jest dla mnie ważne i chcę do tego wrócić. Bo w Candomblé czy Umbandzie praca po zerwaniu więzi - niezależnie od przyczyny - ma często charakter oczyszczenia przez rozstanie z tym, co było, a nie przez zatrzymanie. Czyli de facto nie ma tam czegoś takiego jak "praca na powrót", jest praca na zamknięcie jednego cyklu i otwarcie nowego. I ten nowy cykl może być z tą samą osobą, ale może nie być. To jest fundamentalna różnica w podejściu.
To mi przypomina coś z Hoodoo, gdzie jest rozróżnienie między "come back to me" a "reconciliation work". To drugie jest znacznie bardziej skomplikowane i często wymaga pracy z przeszkodą, czyli z tym konkretnym zdarzeniem, które spowodowało rozłam. Nie można go po prostu ominąć.
A czy ten etap z kartami jest w ogóle konieczny, czy można po prostu wejść w pracę i zobaczyć co wychodzi?
Mam wrażenie, że w tej dyskusji cały czas kręcimy się wokół jednego pytania, które zostało postawione na początku wątku: czy to w ogóle dobry pomysł. I po tych kilkudziesięciu postach moja odpowiedź jest taka, że zależy całkowicie od tego, jaka jest ta intencja i czy obie osoby są wewnętrznie gotowe. Nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich.
Słucham tej rozmowy o symbolicznym wyrównaniu i zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest właśnie ta część, której brakuje w większości gotowych rytuałów na rekoncyliację. Takie rzeczy, które krążą po internecie, zazwyczaj mają na celu przyciągnięcie, a pomijają całkowicie etap przepracowania.
Nie do końca rozumiem tego pojęcia "struktury relacji". Czy mówicie o czymś metafizycznym, czy po prostu o tym, że zaufanie jest zniszczone i trzeba to jakoś przepracować?
Słuchajcie, chcę tu dopowiedzieć jedną rzecz, bo ta rozmowa dobrze zmierza, ale coś mnie trochę uwiera. Mówimy teraz jakby problem był tylko po jej stronie, bo to ona ma nieufność. Ale zdrada to wydarzenie, które zmienia zarówno tę która doświadczyła zdrady, jak i dynamikę między nimi. On może być obecny i chcieć zostać, a mimo to ta dynamika może nadal wymagać pracy. To nie jest zero-jedynkowe.
Wchodzę tu z boku, bo dyskusja jest naprawdę gęsta. Ale mam pytanie praktyczne do Indaphorosa: czy ta praca na nowe fundamenty jest czymś co jedna osoba może przeprowadzić intencjonalnie za oboje, czy wymaga świadomego uczestnictwa obydwojga? Bo jeśli wymaga obydwojga, to znowu wracamy do punktu, że jego znajoma nie może tego zrobić samodzielnie.
To rozminięcie między wiedzą a czuciem jest klasycznym objawem traumy, nie braku informacji. I tu mam szczere wątpliwości czy rytuał w ogóle jest tu właściwym kierunkiem, czy może raczej zastępuje coś innego. Nie mówię tego złośliwie, ale z ciekawości - czy ona w ogóle rozważała terapię, albo chociaż pracę z kimś, kto mógłby jej pomóc przeprocesować to bardziej bezpośrednio?
Mam wrażenie, że ta rozmowa zaczyna krążyć wokół pytania: czy w tej sytuacji rytuał ma sens. I nikt nie daje prostej odpowiedzi, bo jej nie ma. Ale może warto zapytać Zorki - czego ona konkretnie oczekuje po rytuałach dla tej swojej znajomej? Jaki efekt ma nastąpić, w jaki sposób, w jakim czasie?
Powiem jej, ale nie wiem jak to przyjmie. Ona jest mocno przywiązana do tej narracji, że rytuał "naprawi zaufanie". Może dlatego że to daje jej złudzenie kontroli nad czymś, co czuje że wymknęło się spod kontroli. Nie wiem, może musimy to jeszcze przemyśleć razem.
To złudzenie kontroli to jest coś, o czym nie mówi się dość głośno w kontekście rytuałów miłosnych w ogóle. Ludzie często sięgają po taką pracę nie dlatego, że wierzą że zadziała w jakiś konkretny sposób, tylko dlatego że potrzebują poczuć że coś robią. I to jest zrozumiałe. Tylko warto być szczerym wobec siebie co się tak naprawdę szuka - sprawczości czy zmiany.
Mówiła że gdzieś czytała, bodajże na jakimś forum albo w grupie na fb. Ktoś opisywał podobną sytuację i polecał rytuał na przywrócenie harmonii w związku. I ona się tym chwyciła, bo brzmiało dokładnie jak to czego szuka.
