Ostatnio myślałam o czymś, co mnie trochę niepokoi i chciałam to gdzieś wyrzucić z siebie. Zrobiłam kilka miesięcy temu rytuał na zbliżenie z konkretną osobą, a po jakimś czasie zaczęłam dostrzegać w tej osobie rzeczy, których wcześniej kompletnie nie widziałam albo nie chciałam widzieć. Taką nagłą impulsywność, zamknięcie na rozmowę, jakiś dziwny egocentryzm. I zaczęłam się zastanawiać, czy to rytuał coś ujawnił, czy może odwrotnie, czy sam coś zmienił. Czy wy w ogóle macie wrażenie, że praca magiczna z człowiekiem może pokazać jego prawdziwą naturę? Albo że może te cechy wyciągnąć na wierzch?
To jest akurat bardzo ciekawe pytanie i nie ma na nie jednej prostej odpowiedzi. Sama spotkałam się z opinią, że rytuały przyciągające działają jak lustro, tzn. energetycznie eksponują to, co w człowieku jest, zamiast to zmieniać. Ale mam też inne zdanie w tej sprawie. Myślę, że czasem po prostu zaczynamy widzieć więcej, bo zwiększa się nasza czujność i uważność na tę konkretną osobę. I wtedy to co zawsze było, nagle staje się widoczne.
Nie każdy i nie zawsze, ale tak, to ryzyko jest realne. I powiem więcej, w tradycji hoodoo na przykład jest dość powszechna wiedza, że niektóre prace miłosne, szczególnie te oparte na dominacji albo tzw. commanding work, mogą destabilizować zachowanie osoby, na którą są skierowane. To nie jest żadna metafizyczna tajemnica, po prostu jeśli ingerujesz w wolę kogoś, to nie wiesz co przy okazji nakręcisz. Ta osoba może być bardziej pobudzona, bardziej reaktywna, mniej kontrolowana. I to wygląda właśnie jak nagłe wyskoczenie złych cech.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym nikt tu nie wspomniał. Czasem to co widzimy po rytuale nie jest ani efektem zmiany w osobie, ani naszą nową uważnością. Zdarza się, że praca miłosna, szczególnie taka robiona na kogoś, kto nie jest na to gotowy energetycznie, wywołuje rodzaj tarcia. I ta osoba zaczyna reagować w sposób, który jest sprzeczny z jej normalnym zachowaniem, właśnie dlatego, że energetycznie coś na nią naciska. To nie jest jej prawdziwa natura. To jest reakcja obronna.
Czytam tę rozmowę od początku i trochę mnie to wszystko przeraża. Tzn. w sensie, wchodziłam tu z przekonaniem, że rytuały miłosne to po prostu sposób na pomoc sobie w miłości, a tu okazuje się, że to znacznie bardziej złożona sprawa. Mam pytanie do kogoś, kto ma większe pojęcie, czy jest jakiś sposób, żeby zrobić taką pracę bezpiecznie, tak żeby nie wpaść w te wszystkie pułapki, o których mówicie?
Kurczę, to jest bardzo dosadny test. I uczciwy. Ja bym oblała, gdybym go wtedy sobie zrobiła.
Mam takie głupie pytanie, ale czy w takim razie w ogóle jest bezpieczny moment na rytuał miłosny? Tzn. czy ktoś z was miał poczucie, że robi to z dobrego miejsca i że efekty były OK?
Miałam raz taką sytuację, że robiłam pracę, kiedy byłam naprawdę spokojna, nie obsesyjnie zakochana, po prostu chciałam się otworzyć na nowe relacje w ogóle, bez konkretnej osoby. I to był całkiem inny rodzaj energii. Nie czekałam na konkretny efekt, nie śledziłam każdego ruchu. I rzeczywiście coś się poruszyło, ale naturalnie, bez dramatów.
Czytam to wszystko i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Czy ktoś z was miał sytuację, gdzie rytuał nie ujawnił żadnych ciemnych cech u osoby, na którą był zrobiony, ale za to ujawnił coś u samego wykonawcy? Bo wydaje mi się, że ten wątek gdzieś nam umknął.
To ciekawe podejście, bo chyba większość ludzi robi odwrotnie, tzn. najpierw działa, potem analizuje. Szczególnie w emocjonalnym kryzysie.
osoba zaczęła być bardziej obecna, ale w dziwny sposób. Tzn. kontaktowała się, ale z każdej rozmowy czułam napięcie. Jakby chciała być blisko i jednocześnie uciekać. I nie wiem do tej pory, czy to był jej własny wewnętrzny konflikt, który istniał wcześniej, czy coś, co rytuał wywołał albo uwydatnił.
I chyba dlatego tak wiele osób po rytuałach miłosnych jest zdezorientowanych, co w ogóle się stało. Bo jest przynajmniej kilka nakładających się warstw, własny stan emocjonalny, energia rytuału, natura tej drugiej osoby, i żadnej z tych warstw nie da się łatwo oddzielić.
i co, masz teraz poczucie winy? Bo się zastanawiam, czy takie retrospektywne analizy nie są bardziej szkodliwe niż pomocne. Tzn. czy to nie jest pułapka, że im więcej wiesz, tym bardziej siebie obwiniasz za efekty, których i tak do końca nie znasz.
A macie może jakieś doświadczenie z tym cofaniem? Bo słyszałam o tym, ale nigdy nie znałam nikogo, kto by to robił świadomie i z efektem.
Czyli rozwiązuje się to, co się wywołało? Tzn. jeśli rytuał wzmocnił jakieś cechy albo wywołał napięcie, to można to jakoś wycofać?
A mnie zastanawia, czy w ogóle można to jakoś z góry przewidzieć, co wyjdzie. Tzn. czy patrząc na kogoś, sytuację, relację, można ocenić, że tu rytuał coś odsłoni, a tu nie? Czy to zawsze jest trochę loteria?
Ten nierówny poziom zaangażowania to chyba jeden z tych wzorców, które najłatwiej zamieść pod dywan. Sama przez długi czas tłumaczyłam sobie, że on po prostu inaczej okazuje uczucia. I chyba rytuał nie zmienił tej nierównowagi, tylko ją bardziej wyostrył. Albo sprawił, że przestałam ją ignorować.
A czy nie jest tak, że jak zaczęłaś robić rytuał, to skupiłaś się na nim bardziej, i to skupienie samo w sobie zmieniło twój odbiór sytuacji? Tzn. rytuał nie musiał nic ujawniać, bo ty sama zaczęłaś patrzeć uważniej?
a czy to musi być albo, albo? Mnie się wydaje, że w wielu przypadkach oba poziomy działają równolegle. Coś się uruchamia energetycznie i jednocześnie ty sama przechodzisz jakiś proces przez samo przygotowanie, intencję, skupienie. I efekty się nakładają.
To trochę jak pytanie, czy placebo działa naprawdę. Działa, bo efekt jest, tylko mechanizm inny niż myślisz. Ale nie wiem, czy to nie jest trochę rozczarowujące jako odpowiedź dla kogoś, kto liczy na coś więcej niż zmianę perspektywy.
I wracając do tytułu, bo chyba trochę odpłynęliśmy. To, o czym mówimy, jest właśnie odpowiedzią na pytanie, czy rytuał ujawnia, czy maskuje. Bo skoro zmiana perspektywy jest prawdziwa, to ujawnienie też jest prawdziwe. Nawet jeśli nie wiemy, jaki mechanizm za tym stoi.
I właśnie o to mi chodziło w tym, co napisałem wcześniej. Zazdrość czy obsesja po rytualne to nie jest coś, co rytuał stworzył od zera. To jest raczej intensyfikacja czegoś, co już leżało w tej osobie uśpione. Pytanie, które mnie nurtuje, brzmi: czy to jest w ogóle problem rytuału, czy problem człowieka, który nie był gotowy na to, co wyjdzie?
A mam wrażenie, że pomijamy jeden wątek, który może być kluczowy. Chodzi o to, czym jest intencja w momencie wykonywania rytuału. Jeśli ktoś wchodzi w pracę miłosną z pozycji lęku przed utratą, to czy rytuał nie wzmacnia właśnie tej energii lęku zamiast miłości? I wtedy obsesja to nie tyle efekt uboczny, co logiczny wynik tego, co zostało wpuszczone do pracy.
Zgodzę się z Betalią. Są jeszcze okoliczności zewnętrzne, charakter samej relacji, energia drugiej osoby. I tutaj jest coś, o czym rzadko się mówi wprost: rytuał pracuje na tym, co jest, nie na tym, co chciałabyś, żeby było. Jeśli relacja jest toksyczna, rytuał to uwydatni, bez względu na to, jak czysta jest intencja po twojej stronie.
A wracając do tej obsesji, o której mówiłam wcześniej. Mam wrażenie, że to jest konkretna kategoria, którą warto traktować osobno. Bo zazdrość, lęk, zaborczość to są rzeczy, które mogą eskalować stopniowo i da się powiedzieć, że rytuał je uwydatnił. Ale obsesja potrafi skoczyć nagle. I to mnie bardziej niepokoi, bo tu już nie brzmi jak ujawnienie, tylko jak coś innego.
tylko że to też jest wygodna interpretacja, nie? Mam na myśli, że można nią przykryć każdy błąd w pracy. Że to nie ja zrobiłam coś nie tak, tylko tak miało być, bo rytuał pracuje na tym, co jest. Gdzieś musi być granica między rzeczywistym działaniem energetycznym a racjonalizacją własnych decyzji.
A skąd wiadomo, które jest właściwe? Tzn. czy jest jakiś znak, że to bardziej ten energetyczny kierunek, a nie psychologiczny?
