To jest ciekawe bo w tarecie jak rozkładam karty na temat miłości dla siebie, bardzo inaczej wchodzę w to kiedy mam jakąś żyywą emocję do tego tematu, a inaczej kiedy to jest czysto teoretyczne. Może to podobny mechanizm.
Ojej, to chyba tak. Bo tęsknię za czymś czego nie miałam. Nie wiem jak to nazwać inaczej. To jest jakies realne uczucie, nie abstrakcja.
A to jest w ogole możliwe, tęsknić za czyms czego się nie zna? Pytam serio, nie złośliwie bo to brzmi troche jak tesknota za miejscem w którym się nigdy nie bylo
Kurcze to wracajac do tytulu watku bo trochę mi to pomoglo. wychodzi na to że samotnosc przy rytualach miłosnych to nie jest wada ani zaleta, to po prostu inny punkt startowy. I rytuał można zrobić z obu miejsc, tylko inaczej
Sam rytuał, jakko sekwencja działań, jest taki sam. ale rytuał to nie tylko to co robisz rękami. To co się dzieje w tobie w trakcie to część rytuału nie dodatek do niego. Więc tak, de facto to jest inny rytuał, mimo że te same kroki.
Hmm to znaczy, że jak robie rytual i tesknie za czymś czego nie znam, to on się "odczyta" przez tę tesknote nie przez doświadczenie? I to jest wystarczajace?
Myślę że tak, ale z zastrzezeniem. Tęsknota to silny nosnik, ale jest dosc ogólna. Kiedy masz doświadczenie nawet nieudane, masz jakis kształt tego czego nie chcesz a przez to lepiej wiesz czego chcesz. Bez tego rytual może skierować energię w stronę czegoś bardzo archetypowego czyli ogolna miłość, ogólna bliskość. Czy to źle? Niekoniecznie ale może dać cos zaskakującego.
To chyba jeden z tych przypadków gdzie intencja musi być naprawdę dobrze sformułowana. Widziaałm opisy rytuałów z tradycji afrobrazylijskich, gdzie rozróżnia się rytuały na milosc "ogólną", czyli despacho de amor, od rytuałów nastawionych na konkretną relację. I dla kogoś bez doświadczenia ten pierwszy moze być bezpieczniejszym wyborem właśnie dlatego że nie wymaga zakorzenienia w konkretnej pamieci.
To mi przypomnialo coś z medytacji na czakrę serca. tam też nie chodzi o wyobrazenie sobie konkretnej osoby, tylko o otworzenie na okreeślony rodzaj odczuwania. I to działa nawet jesli nie masz żadnego punnktu odniesienia w postaci prawdziwej relacji. Uczucie jst dostepne jako stan, nie tylko jako wspomnienie
Dobra, ale ja mam bardziej przyziemne pytanie. Czy to znaczy, że osoba bez doswiadczenia powinna robić inne rytualy niż ta z doświadczeniem? Czy są jakies konkretne techniki ktore lepiej działają w jednej albo drugiej sytuacji?
Oj, że kierunek może być mniej precyzyjny. Energia idzie, ale bez osobistego filtra może rozejść się szerzej zamiast skupić. to nie jest problem sam w sobie, ale wymaga świadomego zacieśniania intencji. I to akurat jest coś nad czym mozna pracować przed rytuałem nie dopiero w trakcie.
Słucham tej rozmowy od dawna i mam wrazenie że wychodzi nam coś ważnego. Że przygotowanie do rytualu dla kogos bez doswiadczenia to nie jest prostsze, ale inne. I że to "inne" nie jest wada
I może warrto spojrzeć na to tak, że każdy robi ten rytuał z miejsca w którym jest. Nie z miejsca w którym chciałby być, nie z miejsca kogoś z bogatą historią. to co masz, nawet jeśli to tylko tesknota jest prawdziwe i to jest materiał do pracy. Pytanie jak z tym materiałem pracowac, a nie czy jest dobry czy zły.
To jest według mnie jedno z lepszych pyan w tej rozmowie poczucie braku i tęsknota to nie są złe punkty wyjscia, tylko troche inaczej sie z nimi pracuje. Zamiast formułować intencję jako cel do osiagniecia, można ją sformulowac jako stan do wejścia. Czyli nie "chcę miec relację" ale "chcę czuć obecność drugiej osoby". To pierwsze wymaga wyobrażenia sobie czegoś zewnetrznego, to drugie odwołuje sie do wnętrza.
To mnie troche uspokaja bo wlasnie to jest mój problem. Nie wiem jak opisać co chce osiągnąć poza "chcę żeby coś się zmieniło". Ale uczucia takie jak bezpieczeństwo czy bycie widzianym to znam. Nawet z innych kontekstow, nie miłosnych.
I to jest wlasnie ten moment gdzie archetyp przestaje być abstrakcją. Bezpieczeństwo, widzenie, obecnosc, to są doświadczenia z relacji w ogole, nie tylko romantycznych. Jeśli masz to z rodziny, z przyjaciół, nawet z chwil bycia sam ze sobą, to masz materiał. Rytuał miłosny nie musi wymagać doświadczenia miłości romantycznej jako punktu wyjścia.
Dobra to teraz mam konkretne pytanie. czy to oznacza że osoba ktora ma za soba toksyczne relacje jest w gorszej sytuacji niz ktos bez doswiadczenia w ogóle? Pytam serio, bo mi to kiedys powiedziano i nigdy nie wiedziałam czy to prawda. 🙂
Okej ale z perspektywy sceptycznej to wszystko co tutaj opisujecie to brzmi jak psychologia, a nie rytuał. Czy to nie jest po prostu przygotowanie mentalne, ktore mozna by zrobic na terapii?
Mam wrażenie, że ta rozmowa odpowiada na pytanie z tytulu w sposób ktory mnie trochę zaskakuje. Myślałam że wyjdzie że brak doświadczenia to wada. A wychodzi, że to po prostu inny punkt startowy. i że to co masz, bez wzgledu czy to histroia czy tesknota da sie jakoś uzyc
Serio, ja ndaal mam wątpliwści co do jednej rzeczy. Jesli ktoś jest sam i robi rytuał miłosny to czy nie ma ryzyka, że przyciagnie coś co nie jest tym czego szuka, tylko tym czego sie boi? Bo czytałam gdzies że silne emocje bez kierunku moga działać dwustronnie.
No nie wiem, to jst właśnie ten problem z retrospektywnym tłumaczeniem. Zawsze można powiedzieć że cos nie wyszlo bo "nieświadoma intencja", ale to nie jest zbyt użyteczne zanim cokolwiek zrobisz. Myślę że bardziej praktyczne jest obserwowanie siebie w trakcie przygotowania a nie po. Jeśli przy formułowaniu intencji czujesz glownie naapięcie i lęk, a nie spokoj, to jest sygnał że coś jeszcze siedzi pod spodem.
Dobra ale wróćmy do tytułu, bo troche odpłynęliśmy. pytanie bylo o to czy robienie rytuału w pojedynkę, bez doswiadczenia milosnego jest "gorsze". I wlasciwie przez całą tę rozmowę nikt nie odpowiedzial wporst tak ani nie. Wiekszosc odpowiedzi brzmi jak "to zalezy". czy naprawdę nie ma zadnej konkretniejszej odpowiedzi?
Właściwie to mnie ta rozmowa troce odblokowania. Zaczynałam ten temat z założeniem że coś mi brakuje że jestem w jakimś deficycie. a wychodzi że to co mam, tęsknota podstawwowe potrzeby doswiadczenia bliskocsi z innych kontekstów, to wystarczający materiał do pracy. Nie spodziewałam sie takiego wniosku.
No proszę, mnie zostalo jedno pytanie które gdzieś po drodze zaginęło. Czy sam fakt bycia sam podczas rytuału fizycznie, bez nikogo w pobliżu ma znaczenie? Czy to jest neutralne? Chodzi mi o sam aspekt energetyczny obecności lub braku drugiej osoby w przestrzeni
